Nieustraszony [Fearless - pl]
- Автор: Хемри Джон
- Серия: Zaginiona flota #2
- Год: 2008
- Язык: польский
- Год: Fabryka Słów
- ISBN: 978-83-7574-068-4
- Переводчик: Robert J. Szmidt
- Жанр: Космическая фантастика
Электронная книга - «Nieustraszony [Fearless - pl]». Краткое содержание книги:
— Ale na to trzeba przecież całych lat lotu, nawet gdyby od najbliższej gwiazdy dzielił ich tylko rok świetlny.
— Przy założeniu, że będą lecieć z prędkością ekonomiczną, daje to około dziesięciu lat. Ale moim zdaniem znacznie więcej.
Geary pokręcił głową.
— Los gorszy od śmierci… — mruknął Geary. — Cholera, przecież mogą wykorzystać kapsuły ratunkowe i zahibernować większość załogi, pozostawiając ją na pokładzie. To znacznie by zwiększyło ilość zapasów przypadających na każdego aktywnego członka załogi. Ale i tak nie chciałbym znaleźć się w skórze jednego z tych ludzi, którzy będą czuwać. Tyle czasu gapić się w powoli rosnącą gwiazdę.
— My też nie dotrzemy do naszego portu jutro — wtrąciła ze smutkiem Cresida.
— To prawda. Ale jeśli sprawiliśmy, że jakaś część syndyckich okrętów utknęła gdzieś w przestrzeni na dziesięciolecia, tym lepiej dla Sojuszu. — Uśmiechnął się. — Może gdy dotrą do najbliższej gwiazdy, odkryją, że wojna już się skończyła. Ciekawe, jak by się poczuli?
Cresida nie odpowiedziała od razu.
— Niektórzy wątpią, czy ta wojna kiedykolwiek się skończy, skoro zarówno my, jak i Syndycy walczymy do upadłego.
Geary spojrzał na rozmówczynię i przypomniał sobie, że ta wojna od dawna trwała, kiedy ona się urodziła.
— Wiem, że tak to może wyglądać, ale przecież musi istnieć sposób na zakończenie tego szaleństwa. Musi istnieć sposób, by zapewnić Sojuszowi bezpieczeństwo i uniemożliwić Syndykom kolejny atak. — Zamilkł, gdy przed oczami stanęła mu groźba, jaką niesie zniszczenie wrót. Tak, to mogłoby zakończyć wojnę i raz na zawsze wyeliminować zagrożenie ze strony Syndykatu. Czy przyjdzie taki dzień, kiedy on, głównodowodzący flotą Sojuszu, uzna, że to jedyne rozwiązanie? Że to jedyne WŁAŚCIWE rozwiązanie?
— Zobaczymy się na Ilionie, pani kapitan.
Dziesięć
Po bogactwach Sancere Ilion wydawał się pustkowiem. Na zamieszkanej planecie znajdowało się zaledwie kilka miast, z czego jedno porastało chwastami, najwyraźniej porzucone przez mieszkańców. Jedynymi pojazdami wykrytymi w systemie były muzealne wręcz frachtowce, które kursowały na trasach wewnętrznych pomiędzy planetą a kilkoma podupadającymi instalacjami przemysłowymi ulokowanymi w pobliżu pasa asteroid. Nie stwierdzono obecności żadnej jednostki wojennej, a baza wojskowa na księżycu gazowego giganta wyglądała na dawno opuszczoną i dobrze zabezpieczoną.
Geary zdecydował, że nie będzie się naprzykrzał tutejszej populacji komunikatami ani odezwami. Nie zamierzał zbliżać się do zamieszkanej strefy, gdyż nie sądził, aby znajdowało się tam coś, co byłoby mu potrzebne. W rzeczy samej, dokładniejsze oględziny opuszczonej bazy pokazały, że nie tylko ogołocono ją z wszelkich zapasów, ale i z części sprzętu.
— Wygląda na to, że rozparcelowano tę bazę dobre kilkadziesiąt lat temu — zauważyła Desjani. — Mając tak blisko Sancere, kto tylko mógł, z pewnością opuścił to miejsce.
— Dlaczego więc Syndycy nie ewakuowali całej planety?
— Przeniesienie tak wielu osób musiałoby sporo kosztować. Zapewne zostawiono ich tutaj samych sobie, żeby nie obciążali i tak już napiętego budżetu Syndykatu.
— Porzuceni na pastwę losu — mruknął Geary, zastanawiając się, jakie to może być uczucie. Wiedział, że tak się czasem robi ze sprzętem, ale nie przypuszczał, że może to również dotyczyć ludzi. Jak długo jeszcze pociągną mieszkańcy tego systemu, wykorzystując to, co wyhodują, wyprodukują albo rozkradną?… Mógł iść o zakład, że ludzi ubywa tutaj z każdym rokiem i że prędzej czy później dojdzie do tego, iż na Ilionie umrze ostatni człowiek. Geary widział już kilka systemów ominiętych przez hipernet, lecz z nich wszystkich Ilion zrobił na nim najgorsze wrażenie.
— Ustawmy flotę tak, by zabezpieczyć punkt wyjścia ze Streny. — Jeśli którykolwiek z okrętów Falco przetrwał, powinien pojawić się właśnie stamtąd. — Zatrzymamy się o dziesięć minut świetlnych od wylotu studni grawitacyjnej. Jeśli ktoś zjawi się w tym systemie, może potrzebować natychmiastowej pomocy.
Geary raz jeszcze spojrzał na odczyty. Przy aktualnej prędkości podróż do punktu wyjścia zajmie im około dwóch dni.
— Coś mi się zdaje, że pora na następną naradę.
Cieszyło go, że znów widzi dowódców trzydziestu okrętów powierzonych Cresidzie. Cieszyło go, że za ich sprawą wszystko na Sancere poszło gładko. Tym razem nikt nie powinien zachowywać się wrogo czy choćby nieprzyjaźnie. Jednakże współprezydent Rione po raz kolejny odmówiła uczestnictwa w spotkaniu. Geary zastanawiał się, dlaczego woli przekazy z drugiej ręki, zamiast zasiąść przy stole, słuchać i zabierać głos podczas obrad. Przecież musiała wiedzieć, że dopóki jej obiekcje są racjonalne, nie będzie się na nią obrażał ani gniewał.
Czas potrzebny na skok wykorzystał tak jak jego ludzie — na odzyskanie sił po wyczerpującej akcji na Sancere. Nie było już pobudek w środku nocy, więc Wiktoria z wielką przyjemnością sypiała u niego. Mimo to nie chciała mu wyjaśnić, dlaczego odmawia udziału w konferencji. Ta kobieta wciąż pozostawała zagadką.
— Możemy się tylko domyślać, co się dzieje z okrętami, które opuściły flotę. — Geary rozpoczął naradę ostrożnie, z rozmysłem pomijając słowa bunt i ucieczka. — Korzystając z symulacji opracowaliśmy wariant zdarzeń, w którym wszystkie jednostki ocalałe po spotkaniu z przeważającymi siłami wroga na Vidhi wycofają się na Ilion, a ostatnim punktem tranzytowym będzie Strena. — Nie próbował ich chronić przed brutalną prawdą. Powinni liczyć się z tym, że nikt nie ocalał. — Jeśli nasze obliczenia są prawidłowe, okręty szukające naszej pomocy powinny się tutaj pojawić najprędzej jutro wieczorem, a najpóźniej za cztery dni.
— Jak długo będziemy na nie czekali? — zapytał oficer dowodzący Smokiem.
Geary sprawdził odczyty, zanim odpowiedział.
— Co najmniej do końca czwartego dnia. Ile dokładnie, nie wiem. Nie możemy czekać w nieskończoność…
— A jeśli najpierw nadlecą Syndycy? — Kolejne pytanie padło z ust kapitana Strasznego.
— Jeśli przylecą w ciągu najbliższych czterech dni, podejmiemy z nimi walkę — powiedział Geary. — A jeśli później, wszystko będzie zależało od okoliczności. Podjęcie decyzji spoczywa na mnie. — Widział, że kiwają głowami na znak, że przyjęli to oświadczenie do wiadomości. Nikt nie zgłosił zastrzeżeń. — Jeśli Syndycy pojawią się zaraz za naszymi okrętami, musimy być gotowi. Domyślam się, że będziemy musieli zapewnić im natychmiastową osłonę, bo mogą być nieźle pokiereszowane. Ponadto trzeba będzie jak najszybciej zlikwidować siły pościgowe Syndykatu. — Geary wskazał na wyświetlacz. — Kiedy już przejmiemy uciekinierów i rozprawimy się z ich prześladowcami, chcę zabrać flotę na Tavikę. — Zauważył, że kilku oficerów uśmiechnęło się na tę nazwę. Wymieniony system znajdował się na drodze do przestrzeni Sojuszu. — Tavika oferuje nam aż trzy możliwości dalszej podróży. Wedle mojej opinii najbezpieczniej będzie na Baldurze i tam skierujemy się w następnej kolejności. — Teraz uśmiechy były już na wszystkich twarzach. Skacząc z Taviki na Baldura, flota zmniejszy dystans dzielący ją od granic Sojuszu. — Dzisiaj bardzo niewielu Syndyków wie o naszej wizycie na Sancere. A to znaczy, że nie mają pojęcia, gdzie się obecnie znajdujemy. Dopiero gdy informacje o zniszczeniu stoczni dotrą do centrum dowodzenia, rozpoczną się poszukiwania, ale nas już tu dawno nie będzie… — przerwał i rozejrzał się po zebranych. — Jeśli jakiekolwiek jednostki przyłączą się do nas, konieczna będzie ocena stopnia ich uszkodzenia. Jest wysoce prawdopodobne, że wydam rozkaz porzucenia jednego lub nawet kilku okrętów, jeśli szkody będą zbyt poważne. Opracujcie plan przejęcia ich załóg na własne pokłady na wypadek, gdyby do tego doszło. Nie zostawimy NIKOGO bez względu na okoliczności. Czy ktoś ma jakieś pytania?