Бесплатная библиотека
Читайте книгу на сайте или телефоне

Электронная книга - «Skrzynia na złoto». Краткое содержание книги:

Założyciel rodu Fandorinów, Cornelius van Dorn, przybył do kraju Moskwitów w XVIII wieku i odnalazł bezcenną bibliotekę Iwana Groźnego. Trzysta lat później jego angielski potomek, sir Nicholas, pojawia się w Rosji, by szukać spadku po przodkach. Ścigany przez mafię i wciąż wpadający w tarapaty, trafia na ślad skarbu Cornelisua, ale to, co znajduje w tatarskiej skrzyni, całkowicie go zaskakuje…
Pomysłowe połączenie kryminału retro i współczesnej powieści sensacyjnej w „klasycznym” klimacie powieści Conan Doyle’a i Agaty Christie, czyli po prostu – nowy Akunin!
1 ... 63 64 65 66 67 68 69 70 71 ... 96
Перейти на страницу:

– Co do mnie, mógłbym się doskonale obejść bez pańskiego Siwego – burknął swarliwie magister, ale wypił koniak.

Okazało się, że Gabunija mówił szczerą prawdę – kieliszek czarodziejskiego napitku naprawdę Nicholasowi pomógł. I to tak dalece, że wytłumaczenie mogło być tylko jedno: ten dodatkowy łyk sprawił, że wszystkie poprzednio wprowadzone do organizmu alkohole o działaniu przejściowo opóźnionym przez zimno i napięcie nerwowe teraz dały o sobie znać, i to ze zwielokrotnioną siłą.

– Co tu ma do rzeczy Siwy? – zdziwił się Soso. – Siwy to żaden problem, co najwyżej maleńka drzazga w mojej tłustej dupie. I jest pewne, że ja tę drzazgę usunę – spodziewam się, że przy pańskiej pomocy. Nie, szanowny Nikołaju Aleksandrowiczu – proszę mi dać swój kieliszek – moje problemy są o wiele bardziej złożone.

Wypili, zakąsili czekoladkami i bankier ciągnął dalej:

– Tych trudnych problemów mam aż trzy. Oto pierwszy z nich: ważę sto dwadzieścia cztery kilogramy, powinienem schudnąć, ale bardzo lubię jeść. Drugi: nie mam szczęścia w miłości, nie radzę sobie z tym pięknym uczuciem. I trzeci: chodzę do cerkwi, zbudowałem trzy świątynie, utrzymuję cztery przytułki, a w Boga nie wierzę, choć staram się ze wszystkich sił. Czytam pobożne książki, modlę się – i wszystko, jak to się mówi, psu na budę. Oto co nazywam trudnymi problemami. Muszę je rozwiązać, ale nie wiem jak.

Wypili po drugim kieliszku i Nicholas poczuł się jeszcze lepiej. Najwyraźniej znalazł się w banalnej, wielokrotnie opisywanej w literaturze oraz przedstawianej na ekranie sytuacji cudzoziemca, który staje się ofiarą agresywnej rosyjskiej gościnności. „No tak, to się właśnie nazywa «ciąg» – pomyślał magister. – Zaczyna się libację od nowa, nie wytrzeźwiawszy jeszcze po poprzednim pijaństwie”. Najbardziej jednak niepokoiło go to, że wcale nie miał ochoty przestać.

Nicholas podsunął Josifowi Guramowiczowi pusty kieliszek, popatrzył na Gruzina i nagle poczuł przypływ szczerej sympatii do tego chytrego starego tłuściocha, który niejedno już w życiu widział, a przy tym zachował dziecięcą niemal świeżość uczuć.

Nicholas czuł pod sercem łaskotki rozrzewnienia, co znaczyło, że zaraz go poniesie i magister zacznie hojnie udzielać dobrych rad. Dwudziestoletni koniak osłabił jego mechanizm samokontroli. Fandorin wytrzymał jeszcze pół minuty – Soso ustawiał tymczasem bile na zielonym stole – po czym skapitulował.

– Z wiarą sprawa jest najprostsza – oznajmił.

– Czyżby? – zdziwił się Gabunija i znieruchomiał z gotowym już do uderzenia kijem w ręce.

– Nie trzeba się wcale starać ani zmuszać, by uwierzyć w Boga. To na nic.

– Myśli pan?… Więc co, mam nie dawać pieniędzy na przytułki?

Dźwięczne uderzenie. Trzy żółte bile potoczyły się po stole, przy czym ani jedna – prawdziwy cud! – nie musnęła nawet drzemiącej Joujou.

– Ależ nie, niech pan daje, to bardzo się panu chwali – oświadczył Nicholas. – Tylko proszę nie oczekiwać, że spłynie za to na pana łaska wiary. Mając pieniądze, godzi się wspierać ubogich, ale o wierze najlepiej nie myśleć. Jeśli gdzieś w głębi pańskiej duszy istnieje jej potrzeba, wiara sama się objawi w odpowiednim czasie, byleby nic nie robić na siłę. Napijemy się?

Wypili.

– Teraz przejdziemy do pańskich kłopotów z miłością – oznajmił Fandorin, zagryzając koniak miniaturowym eklerem. Nastrój miał znakomity, wszystkie problemy na świecie wydawały mu się w tej chwili proste i łatwe do rozwiązania. – Coś tu nie gra? Ma pan przecież młodą i piękną żonę, czytałem o tym.

– Ona mnie nie kocha – rzekł z goryczą Soso, a jego tłuste policzki obwisły smętnie. – Mam pecha… Całe życie tak było. To jakieś fatum. Pierwszy raz ożeniłem się, kiedy miałem dwadzieścia lat. Narzeczona piękna jak anioł, jej ojciec był sekretarzem komitetu rejonowego. Ach, tak ją kochałem, tak kochałem! „Milion, milion róż”… – pamięta pan, była taka piosenka?

Nicholas pokręcił głową – nie pamiętał. Przestrzeń wokół zaczynała zachowywać się równie nieodpowiedzialnie jak w „Szynku”. A nawet jeszcze gorzej.

– Śpiewała ją Pugaczowa. Ale to było później, w latach osiemdziesiątych. A ja dla swojej Nino już w sześćdziesiątym szóstym, i to bez żadnej Pugaczowej, wykupiłem cały plon kołchozu „Czterdzieści lat Października”, gdzie hodowano kwiaty, i ulicę przed domem zasypałem różami! Tak ją kochałem… A ona zadzierała nosa, wyśmiewała mnie, poniżała. Flirtowała z innymi. Zdradzała mnie… – Głos Gabunii zadrżał, rozbrzmiewało w nim echo gorzkich wspomnień. – Nie mogłem tego znieść, zabiłem ją.

Fandorin zakrztusił się koniakiem.

– Minęło trzydzieści lat – uspokoił go Soso. – Byłem młody, miałem gwałtowny temperament. Jeszcze nawet studiów nie skończyłem. Wtedy prawo było surowe, sześć miesięcy przesiedziałem w więzieniu! – Dumnie podniósł palec, ale po chwili znowu posmutniał. – Drugi raz również się ożeniłem z szalonej miłości. Ona była śpiewaczką w operze tbiliskiej. Co za głos! Serafiny w raju tak nie śpiewają! Jeździła po całym kraju na gościnne występy. A ja wszędzie wlokłem się za nią, jak ten wierny pies. Kręcili się koło niej różni gogusie, przysyłali kwiaty, liściki, a ja nic – wszystko znosiłem spokojnie. Siedemnaście lat się tak męczyłem! Zginęła w osiemdziesiątym dziewiątym, w wypadku samochodowym, świeć Panie nad jej duszą. A ile wstydu się przy tym najadłem…

– Wstydu? Dlaczego? – zdumiał się pełen współczucia słuchacz.

– Bo jechała wtedy z Churciławą, jego wozem. Był taki aktor, znany podrywacz. Kiedy palnikiem odcięli dach, żeby wyciągnąć ich z tej kupy złomu, on siedział za kierownicą bez spodni, a moja Lika obok… Lepiej nie wspominać! – Josif Guramowicz machnął ręką. – Przeniosłem się wtedy z Tbilisi do Moskwy. Myślałem, że mam już dość – żadnych więcej żon, żadnych miłości. Ale zobaczyłem Sabrinę – i koniec, przepadłem z kretesem, stary dureń. Dostaje wszystko, czego zapragnie – najdroższe toalety, biżuterię, sprowadziłem jej nawet iguanę z Ameryki, to taka obrzydliwa jaszczurka, Sabrina chciała to paskudztwo mieć. I co? W zeszłym tygodniu ściągnąłem ją z masażysty. Przedwczoraj zwolniłem kierowcę. A od ślubu minęło zaledwie trzy i pół miesiąca. Sto dni! I żeby chociaż przeprosiła – gdzie tam! Patrzy tylko tymi swoimi oczyskami. – Soso podniósł wysoko głowę i zmarszczył nos, naśladując pogardliwą minę małżonki. – Nie, Nikołaju Aleksandrowiczu, nie rozumiem, o co chodzi w tej całej miłości. Trójkę na jedenastkę i w róg.

Fandorin oświadczył po krótkim namyśle:

– Moim zdaniem, Josifie Guramowiczu, doskonale pan rozumie i za każdym razem wybiera pan taką kobietę, która potrafi pana uszczęśliwić.

Ręka mistrza drgnęła z zaskoczenia, tak że bila potoczyła się skosem i z rozpędu wyrżnęła w łebek biedną Joujou. Terierka z piskiem zaczęła się miotać po zielonym suknie, ale Soso nawet nie rzucił okiem na swoją ulubienicę – spoglądając przez ramię, lustrował Nicholasa od stóp do głów.

– Żarty pan sobie ze mnie stroi? – zapytał urażony. – To angielski humor, tak?

– Wcale nie – zaczął wyjaśniać Fandorin. – Po prostu dla pana szczęście w miłości to poczucie, że się jest niekochanym, poniżanym i dręczonym zazdrością. No bo właściwie co to jest miłość? – Magister w natchnieniu machnął ręką z pustym kieliszkiem. – Miłość to przeświadczenie, że można otrzymać od drugiego człowieka to, co jest nam w życiu niezbędne. Czego nikt inny dać nam nie może. Często owo przeświadczenie jest błędne, prowadzi nas na manowce, ale teraz nie o to chodzi. Słyszy się nieraz: „Co za nieszczęsne stadło! Żona tak dręczy tego biedaka, nie daje mu spokoju, a on znosi to wszystko cierpliwie, po prostu ją ubóstwia, wybacza. Coś niesamowitego, a przecież żyją już ze sobą tyle lat i ani myślą się rozejść!”. Prawda zaś jest taka, że ów męczennik właśnie potrzebuje partnerki, która będzie mu zadawała ból. Gdyby spotkał pan inną kobietę, Josifie Guramowiczu, taką, co to by się modliła do pana, nawet by pan na nią nie spojrzał, od razu by ją pan pogonił… Tak że jeśli chodzi o miłość i szczęście małżeńskie, wszystko jest u pana w najlepszym porządku.

1 ... 63 64 65 66 67 68 69 70 71 ... 96
Перейти на страницу:
0
Сюжет
  • 1
  • 2
  • 3
  • 4
  • 5
  • 6
  • 7
  • 8
  • 9
  • 10
0
Атмосфера
  • 1
  • 2
  • 3
  • 4
  • 5
  • 6
  • 7
  • 8
  • 9
  • 10
0
Главный герой
  • 1
  • 2
  • 3
  • 4
  • 5
  • 6
  • 7
  • 8
  • 9
  • 10
0
Общее впечатление
  • 1
  • 2
  • 3
  • 4
  • 5
  • 6
  • 7
  • 8
  • 9
  • 10
Итоговая оценка: 0.0 из 10 (голосов: 0 / История оценок)