Бесплатная библиотека
Читайте книгу на сайте или телефоне
READ-E-BOOK » Космическая фантастика » Ludzie z gwiazdy Pella [=Stacja Podspodzie / Downbelow Station - pl]
Ludzie z gwiazdy Pella [=Stacja Podspodzie / Downbelow Station - pl] - Читать Любимую Русскую Полную Книгу 👉 Read-E-Book.com

Ludzie z gwiazdy Pella [=Stacja Podspodzie / Downbelow Station - pl]

Электронная книга - «Ludzie z gwiazdy Pella [=Stacja Podspodzie / Downbelow Station - pl]». Краткое содержание книги:

Gwiazda Pella, strategiczny punkt w konflikcie zbrojnym Kompanii Ziemskiej i międzygwiezdnych kolonii. Ten, kto kontroluje Stacje Pella, decyduje o zasięgu ziemskich sił obronnych bądź o skali ziemskiej ekspansji w celu odzyskania utraconego imperium. Ale Pell jest zdecydowany utrzymać neutralność za wszelką cenę.
Ludzie z Gwiazdy Pella to obszerna, wielowątkowa i dramatyczna wizja przyszłości, ukazująca charaktery, postawy i ambicje nie odbiegające od naszych. Przez stronice tej powieści przewija się galeria fascynujących postaci, ludzkich i nieludzkich, których losy zależą od wyniku tytanicznych zmagań w skali kosmicznej.
Powieść ta otrzymała nagrodę Hugo w roku 1982.
1 ... 62 63 64 65 66 67 68 69 70 ... 146
Перейти на страницу:
GODZ. 1530

Lampki ostrzegawcze na zewnątrz, w korytarzu, musiały się palić bez przerwy. Centrum odzysku pracowało w nieśpiesznym tempie. Kierownik spacerował przejściem między maszynami i swoją obecnością wyciszał wszystkie rozmowy. Josh rozważnie nie unosił głowy; zdemontował plastikową uszczelkę z małego zużytego silniczka i rzucił ją na paletę do dalszego sortowania, na jeszcze inną tacę rzucił zaciski; części rozbieranych tu urządzeń należało kwalifikować wstępnie do rozmaitych kategorii, do ponownego wykorzystania lub jako surowiec obiegowy do ponownego przetworzenia, zależnie od stopnia zużycia i rodzaju materiału.

Od oryginalnego oświadczenia nadanego przez komunikator, z ekranu na przedniej ścianie nie padło jeszcze ani jedno słowo. Gdy umilkły pełne konsternacji przyciszone rozmowy będące reakcją na wysłuchany komunikat, nie pozwolono już na żadne dyskusje. Josh nie patrzył ani na ekran, ani na policjanta stacji przy drzwiach. Od chwili zakończenia jego zmiany upłynęły już prawie trzy godziny. Powinni już puścić do domu wszystkich zatrudnionych tu na niepełnych etatach. Ich miejsca powinni zająć robotnicy z następnej zmiany. Pracował już od sześciu godzin. Nie było tu warunków do spożywania posiłków. Kierownik posłał wreszcie po kanapki i coś do picia dla zatrudnionych. Na warsztacie przed nim stał jeszcze pojemnik z lodem. Nie spoglądał nawet na niego, pragnąc sprawiać wrażenie całkowicie pochłoniętego pracą.

Kierownik zatrzymał się na chwilę za jego plecami. Nie zareagował, nie wypadł z rytmu wykonywanych czynności. Usłyszał, jak kierownik rusza w dalszy obchód, ale nie obejrzał się, żeby to sprawdzić.

Nie traktowali go inaczej niż innych. To tylko jego skołatany umysł, perswadował sobie, każe mu podejrzewać, że właśnie jego szczególnie obserwują. Wszyscy tutaj byli ściśle nadzorowani. Dziewczyna obok niego, poważne, nadzwyczaj dokładne dziecko o powolnych ruchach, wykonywała najbardziej skomplikowaną pracę, na jaką było ją stać, a natura poskąpiła jej zdolności. Do tej kategorii zaliczało się tutaj, w centrum odzysku, wielu. Byli wśród nich tacy, którzy przychodzili tutaj w młodym wieku, być może szukając drogi w górę do prac wyżej klasyfikowanych, być może po to, by zdobyć podstawowe umiejętności manualne i piąć się dalej na stanowiska techników lub kwalifikowanych robotników. Byli też tacy, których nerwowe zachowanie wskazywało na inne przyczyny trafienia tutaj; ich niepokój, obsesyjna koncentracja… dziwne było obserwować te objawy u innych.

Tylko że on nigdy nie był kryminalistą, jakimi prawdopodobnie byli kiedyś oni i może dlatego mniej mu ufali. Zależało mu na tej pracy, bo dawała zajęcie jego umysłowi, bo dawała mu niezależność… tak samo lubi swoje miejsce ta śmiertelnie poważna dziewczyna obok, pomyślał. Na początku, chcąc się wykazać swoimi umiejętnościami, pracował z gorączkowym pośpiechem; potem zorientował się, że denerwuje siedzącego obok dzieciaka i to kazało mu się zastanowić; ona przecież nie mogła pracować szybciej, nie była w stanie. Poszedł wtedy na kompromis i przestał ujawniać się ze swymi potencjalnymi możliwościami. Tyle, co teraz robił, pozwalało mu przetrwać. Zanosiło się na to, że sytuacja utrzyma się przez dłuższy czas.

Teraz odczuwał skurcze żołądka i żałował, że w ogóle jadł swoje kanapki, ale przecież nie chciał odróżniać się od tych, którzy go otaczali.

Wojna dotarła do Pell. Mazianowcy. Nadciągała Flota.

Norwegia i Mallory.

Nie dopuszczał do siebie pewnych myśli. Kiedy przytłaczała go ciemność, pracował intensywniej i mruganiem powiek odpędzał wspomnienia. Tylko że… wojna… Ktoś obok szepnął, że mają ewakuować stację.

To niemożliwe. Do tego nie może dojść.

Damon! pomyślał. Zapragnął wstać natychmiast i wyjść, pójść do biura, rozproszyć obawy. Tylko że nie było ich jak rozproszyć i bał się nawet próbować.

Flota Maziana. Prawo wojenne.

Z nimi była ona.

Jeśli nie będzie ostrożny, może się załamać; jego umysł znajdował się w równowadze chwiejnej i zdawał sobie z tego sprawę. A może dążenie do zapomnienia wszystkiego było szaleństwem samym w sobie i przystosowanie uczyniło go bardziej niezrównoważonym niż przedtem? Podejrzana wydawała mu się każda emocja, jaką odczuwał, a więc starał się odczuwać jak najmniej.

— Odpoczynek — ogłosił kierownik. — Dziesięć minut przerwy.

Pracował dalej, tak samo jak podczas poprzednich przerw. Dziewczyna obok też.

NORWEGIA: GODZ. 1530

— Zostajemy na Pell — powiadomiła Signy swoją załogę i żołnierzy, tych, którzy byli z nią na mostku i tych rozproszonych po statku. — Zadecydowaliśmy, Maziana ja i inni kapitanowie, że będziemy bronić Pell. Wysłannicy Kompanii podpisali z Unią traktat… oddali im wszystko, co posiadaliśmy na Pograniczu i czyniąc to wezwali nas do usunięcia się w cień; ujawnili Unii nasze kody kontaktowe. Dlatego przerwaliśmy natarcie… dlatego się wycofaliśmy. Nie wiadomo, które z naszych kodów zostały zdradzone. — Poczekała, aż to do nich dotrze, patrząc po otaczających ją ponurych twarzach, świadoma całego ciała statku i wszystkich słuchaczy po nim rozsianych. — Pell… Gwiazdy Tylne, wszystkie peryferie Pogranicza… są jeszcze bezpieczne. Nie zamierzamy posłuchać rozkazu Kompanii; nie zamierzamy przyjąć kapitulacji, bez względu na to, jak będzie zawoalowana. Czujemy się spuszczeni ze smyczy i tym razem poprowadzimy tę wojnę po swojemu. Mamy planetę i stację, a stąd zaczyna się całe Pogranicze. Możemy odbudować stacje przy Gwiazdach Tylnych, wszystkie z istniejących między nami a samym Słońcem. Potrafimy tego dokonać. Kompania może nie być tak przewidująca, aby zadbać teraz o stworzenie swojego rodzaju bufora pomiędzy sobą a Unią, ale będzie, wierzcie mi, że będzie wystarczająco rozsądna, aby przynajmniej nie lekceważyć nas. Pell jest od teraz naszym światem. Mamy do jej obrony dziewięć nosicieli. Nie reprezentujemy już Kompanii. Jesteśmy Flotą Maziana i Pell należy do nas. Czy ktoś jest temu przeciwny?

Odczekała chwilę, chociaż znała swych ludzi jak rodzinę… bo niektórzy mogli mieć swoje własne zdanie, mieli prawo się zastanowić. Istniały przyczyny, dla których powinni to zrobić.

Wtem wszystkimi otwartymi kanałami z pokładów zajmowanych przez żołnierzy dotarła na mostek entuzjastyczna owacja. Ludzie znajdujący się na mostku brali się na wzajem w objęcia i uśmiechali do siebie. Ją uścisnął Graff, po nim operator komputera bojowego Tiho, a potem kolejno wszyscy z kadry oficerskiej służącej od wielu lat pod jej rozkazami. Niektórzy płakali. Dostrzegła łzy w oczach Graffa. W jej oczach nie było ani jednej; mogły napłynąć, gdyby nie poczucie winy… nie ustępujące, irracjonalne, nawyk przebrzmiałej lojalności. Objęła po raz drugi Graffa, odsunęła się od niego i rozejrzała dookoła.

— Przygotujmy się wszyscy — powiedziała. Komunikator przekazywał jej słowa na cały statek. — Ruszamy, aby zająć centralę stacji, zanim się zorientują, co się dzieje. Di, wykonać.

Graff zaczął wydawać rozkazy. Słyszała, jak w korytarzach sekcji zajmowanej przez żołnierzy odbija się charakterystycznym echem głos Di Janza. Mostek zatętnił aktywnością, technicy, potrącając się wzajemnie w ciasnych przejściach, rozbiegli się na stanowiska.

— Dziesięć minut — krzyknęła — pełne uzbrojenie, wszyscy żołnierze pod broń i na zewnątrz!

Spoza mostka dochodziła wrzawa — to komunikator przekazywał rumor wzniecany przez żołnierzy zakładających pośpiesznie rynsztunek jeszcze przed wydaniem oficjalnych rozkazów. Korytarzami niosło się echo wykrzykiwanych komend. Signy wróciła na swego małego gabinetu/kabiny i założyła na wszelki wypadek hełm i górną połowę pancerza; rąk i nóg postanowiła niczym nie chronić, przedkładając swobodę ruchu nad bezpieczeństwo. Pięć minut. Przez otwarty komunikator słyszała, jak głos odliczającego Di miesza się z kompletnym chaosem rozmów prowadzonych między rozmaitymi stanowiskami dowodzenia. Nieważne. Załoga i żołnierze potrafili wywiązywać się ze swych zadań i w ciemności, i wisząc głową w dół. Wszyscy stanowili rodzinę. Nie mogący się przystosować szybko się wykruszali, a ci, którzy pozostawali, byli sobie bliscy jak bracia, jak dzieci, jak kochankowie.

1 ... 62 63 64 65 66 67 68 69 70 ... 146
Перейти на страницу:
0
Сюжет
  • 1
  • 2
  • 3
  • 4
  • 5
  • 6
  • 7
  • 8
  • 9
  • 10
0
Атмосфера
  • 1
  • 2
  • 3
  • 4
  • 5
  • 6
  • 7
  • 8
  • 9
  • 10
0
Главный герой
  • 1
  • 2
  • 3
  • 4
  • 5
  • 6
  • 7
  • 8
  • 9
  • 10
0
Общее впечатление
  • 1
  • 2
  • 3
  • 4
  • 5
  • 6
  • 7
  • 8
  • 9
  • 10
Итоговая оценка: 0.0 из 10 (голосов: 0 / История оценок)