Zaginiony Legion [The Misplaced Legion - pl]
- Автор: Тертлдав Гарри Норман
- Серия: Videssos (pl) #1
- Год: 1995
- Язык: польский
- Год: Amber
- ISBN: 83-7082-837-X
- Переводчик: Jacek Kozerski
- Жанр: Фэнтези
Электронная книга - «Zaginiony Legion [The Misplaced Legion - pl]». Краткое содержание книги:
— Nie rozpoznajesz nas? Jesteśmy grupą mierniczych, która ma zrobić obmiary pod świątynię Skotosa, o której mówiłeś. Nie wiesz, gdzie ona ma stanąć?
Mnich wytrzeszczył oczy jak wyjęty właśnie z wody leszcz. Niedoszli napastnicy znieruchomieli tam gdzie każdy stał, z otwartymi ustami gapiąc się na Rzymianina, porażeni jego bezczelnością. Skaurus obserwował ich uważnie; zrozumieją żart, czy też spróbują rozerwać Rzymian na kawałki?
Najpierw jeden, potem drugi, potem jeszcze trzech ludzi w tłumie ryknęło śmiechem. W jednej chwili wszyscy wyli ze śmiechu; ludzie podbiegali do legionistów nie po to, by ich atakować, lecz by wychwalać dowcip ich dowódcy. Nagle opuszczony przez swych słuchaczy, mnich, rzuciwszy Skaurusowi ostatnie wściekłe spojrzenie, zszedł ze swego prowizorycznego podium i zniknął, by gdzie indziej głosić swoją nienawiść — co do tego Marek nie miał wątpliwości.
Jednak jego odejście wzbudziło niezadowolenie w ludziach, których zgromadził. Mnich zabawiał ich i teraz oczekiwali tego samego od Skaurusa. Milczenie przeciągało się niezręcznie; wydawało się, że ten jeden dowcip, na który zdobył się trybun, zupełnie wyczyścił mu umysł.
Viridoviks we wspaniałym stylu przyszedł mu z pomocą, intonując pieśń mieszkańców pogranicza mówiącą o złodziejach bydła z Yezd. Tylko całkowity brak zainteresowania muzyką nie pozwolił Markowi zauważyć, jak wspaniałym głosem dysponował Viridoviks. Nawet jego galijski akcent nadawał jego mowie śpiewne brzmienie. Ktoś z tłumu miał przy sobie komplet fujarek; Celt, Videssańczycy i ci z Rzymian, którzy znali słowa, odśpiewali pieśń co sił w płucach.
Kiedy skończyli, któryś z mieszkańców miasta zaczął kolejną piosenkę, sprośną pijacką śpiewkę, którą wszyscy w tłumie zdawali się znać. Tym razem więcej legionistów mogło się przyłączyć; sam Marek spędził dość czasu w tawernach, by nauczyć się refrenu: „Wino upija, lecz ty jeszcze bardziej!”
Po jeszcze dwóch czy trzech pieśniach można było odnieść wrażenie, że Rzymianie i Videssańczycy są przyjaciółmi od zawsze. Zmieszali się ze sobą, wymieniając się nawzajem imionami i racząc anegdotami. Marek nie miał żadnych kłopotów w dalszej drodze do koszar. Parę tuzinów Videssańczyków towarzyszyło legionistom przez większość drogi; co parę domów ktoś intonował nową pieśń i wszyscy zatrzymywali się, by ją odśpiewać.
Gdy w końcu znaleźli się w budynku koszar, czterech ludzi Skaurusa odkryło, że od pasów odcięto im sakiewki. Lecz nawet Gajusz Filipus, który w każdej innej sytuacji pognałby z powrotem do miasta, by ścigać złodziei, przyjął stratę z filozoficznym spokojem. — To dość niska cena za uniknięcie zamieszek — powiedział.
— Może dla ciebie — mruknął jeden z okradzionych legionistów, lecz tak cicho, że centurion nie zdołałby rozróżnić który. Prychnął i bezceremonialnie obdarzył wszystkich wściekłym spojrzeniem.
— Pewnie, i bystre było to, co powiedziałeś, żeby powstrzymać awanturę, nim jeszcze się zaczęła — rzekł Viridoviks do Skaurusa. — Ale czy wasza dostojność nie obawiała się, że to zupełnie rozjuszy tych nicponiów?
— Tak — przyznał Marek — ale nie sadziłem, żebyśmy znaleźli się w gorszej sytuacji, gdyby tak się stało. Nie było czasu, by przemówić im do rozsądku ani też większej nadziei, by to coś dało; nie przy tym szalonym mnichu, który ich podjudzał. Uznałem, że muszę nimi wstrząsnąć albo ich rozśmieszyć; na szczęście udało mi się zrobić jedno i drugie równocześnie. Sam mi odrobinę pomogłeś, wiesz przecież; doskonale śpiewasz.
— Nieźle, co? — przyznał z zadowoleniem Celt. — Nie ma nic lepszego od dobrej pieśni, żeby człowiek zapomniał o przyczynie swego gniewu. Videssańczycy też mają parę pięknych pieśni. Ta pierwsza, którą zaśpiewałem, przypomina mi taką jedną piosnkę, którą znałem u siebie w domu. Kradzież bydła jest u nas niemal czymś w rodzaju gry; wygrywający zdobywa szacunek innych i jest z tego dumny.
I bardzo lubimy o tym śpiewać.
— Albo lubiliśmy — dodał posępnie. Na chwilę, co zdarzało się niezmiernie rzadko, odkrył przed Markiem swoją samotność, którą zwykle ukrywał tak dobrze.
Wzruszony trybun wyciągnął ręce i uściskał go serdecznie. — Jesteś wśród przyjaciół, wiesz przecież — powiedział. I była to prawda; nie było Rzymianina, który nie lubiłby ich dawnego wroga.
Viridoviks też to wiedział. — Tak — rzekł, szarpiąc za swe długie wąsy — i cieszę się z tego, lecz są chwile, kiedy to nie wystarcza. — Powiedział coś we własnym języku, a potem potrząsnął głową. — Nawet w moich uszach celtycka mowa zaczyna brzmieć dziwnie.
Zamieszki przeciwko Namdalajczykom zaczęły się tak naprawdę następnego dnia, wywołane — jak obawiał się tego Marek — przez mnichów. Ów dzień był dniem poświeconym Phosowi. Wierni maszerowali w procesjach ulicami miasta, niosąc pochodnie, pozłacane kule, drewniane tarcze, i śpiewali hymny na cześć swego boga. Jak o wiele później dowiedział się trybun, jedna z takich procesji przechodziła główną arterią Videssos — miejscowi, w swym upodobaniu do prostych nazw, nazywali ją Ulicą Środkową — kiedy natknęła się na małą świątynię, gdzie Namdalajczycy z okazji święta odprawiali własne obrzędy.
Widok grupy wyspiarzy wchodzącej do przybytku schizmy rozwścieczył mnichów prowadzących procesję. — Precz z heretykami! — krzyknęli. Tym razem żadne żarty ani łagodne słowa nie odciągnęły uwagi ich zwolenników. Pochodnie Phosa podpaliły świątynię Phosa; wierny zabijał innego wiernego wierząc, że ten drugi jest ciemnym barbarzyńcą. A kiedy Namdalajczycy wypadli z kłębów dymu, odważni jak zawsze, również krew Videssańczyków pokryła czerwienią kocie łby Ulicy Środkowej.
Motłoch, czerpiący odwagę jedynie ze swej liczby, rozjuszył się jeszcze bardziej, kiedy padło kilku z jego szeregów. — Zemsty! — wrzasnęli i, nie pamiętając o własnej winie, ruszyli przez miasto, szukając Namdalajczyków, których mogliby zniszczyć. Tak jak to się dzieje z rozruchami, te również szybko przerosły swój pierwotny cel. Podpalenia, grabież i gwałt dawały zbyt wiele przyjemności, by ograniczać je do samych tylko wyspiarzy; wkrótce motłoch rozciągnął swoją zabawę również na rodzimych mieszkańców miasta. Niemniej jednak, mieszkańcy Księstwa pozostali głównym celem tłumu.
Dochodzące z oddali wycie motłochu oraz czarne słupy dymu strzelające w niebo zawiadomiły Rzymian o rozruchach. Skaurus dziękował wszystkim bogom, że miasto nie wybuchło aż do południa, które było czasem najbardziej czczonym przez wyznawców Phosa. Wstający wcześnie legioniści zdążyli skończyć musztrę i wrócić do pałacowego kompleksu, nim rozpętała się burza. Mogliby znaleźć się w tarapatach, uwięzieni w labiryncie uliczek, który biorący udział w zamieszkach znali bez porównania lepiej od nich.
Początkowo Skaurus uważał, że zamieszki nie rozprzestrzenia się, podobnie jak te, które wybuchły po jego spotkaniu z czarną magią Avshara. Kilka batalionów miejscowych żołnierzy wystarczyło, by stłumić tamte rozruchy. Trybun obserwował Videssańczyków wkraczających teraz do akcji, uzbrojonych na tę okazję w maczugi i włócznie bez ostrzy. Po dwóch godzinach wrócili w nieładzie, wlokąc ze sobą poległych i rannych. Ich osmolone dymem twarze wyrażały tępe niedowierzanie. Poza pałacowym kompleksem, Videssos znajdował się w rękach motłochu.
Wysłanie niewystarczającej siły przeciwko tłumowi okazało się gorsze niż niewysłanie żadnej. Wyjąca tłuszcza, podniesiona na duchu łatwym zwycięstwem, stała się jeszcze zuchwalsza. Marek wdrapał się na dach koszar Rzymian, by zobaczyć ile się da z toczących się w mieście zmagań. Obserwował teraz grupki uzbrojonych w byle co mężczyzn, przepychające się przez bujne ogrody dzielnicy pałacowej w poszukiwaniu łupu lub ofiar.