Zaginiony Legion [The Misplaced Legion - pl]
- Автор: Тертлдав Гарри Норман
- Серия: Videssos (pl) #1
- Год: 1995
- Язык: польский
- Год: Amber
- ISBN: 83-7082-837-X
- Переводчик: Jacek Kozerski
- Жанр: Фэнтези
Электронная книга - «Zaginiony Legion [The Misplaced Legion - pl]». Краткое содержание книги:
Wciąż odległy, lecz straszliwie wyraźny, dochodził do jego uszu bojowy okrzyk motłochu: — Wykopać kości Namdalajczyków! — Ów okrzyk należał do pospolitego żargonu miejskich szumowin; kiedy ktoś naraził się miejscowym złodziejom lub stręczycielom, życzyli mu, by nie, zaznał spoczynku w grobie. Gdyby Rzymianin potrzebował jeszcze jakichś informacji, ten okrzyk powiedziałby mu, kim byli biorący udział w rozruchach.
Skaurus rozstawił manipuł uzbrojonych legionistów wokół koszar swoich żołnierzy. Czy to obnażona stal, którą dzierżyli, odstraszyła tłum, czy też po prostu Videssańczycy nie mieli nic do Rzymian, w każdym razie nikt ich nie niepokoił.
Słońce zaszło w krwawej łunie; wydawało się czymś posępnie właściwym dla symbolu Phosa, że został zmieniony w kulę krwi znikającą w gęstym dymie.
Płomienie, jak smocze języki, lizały nocne niebo. Na swej wyspie spokoju Rzymianie spędzali godziny ciemności w pełnej gotowości bojowej. Marek nie sądził, by Videssańczycy — wnioskując z dotychczasowej praktyki — zechcieli skorzystać z jego ludzi do stłumienia zamieszek, lecz nawet w przybliżeniu nie był tak pewien, czy motłoch pozostawi legionistów w spokoju.
Trybun pozostał na nogach przez większość nocy. Dawno minęła północ, nim zdecydował, że koszary prawdopodobnie nie zostaną zaatakowane. Położył się na swoim sienniku, by skorzystać z kilku godzin niespokojnego snu.
Jeden z jego żołnierzy obudził go na długo przed świtem. — O co chodzi? — zapytał niewyraźnie, na wpół przebudzony. Przypomniawszy sobie wszystko, poderwał się na nogi. — Zostaliśmy zaatakowani?
— Nie, panie. Jest niemal zbyt spokojnie, zważywszy na piekło, które otacza nas zewsząd. Nephon Khoumnos mówi, że chce z tobą rozmawiać; mój oficer uważa, że wydaje się to na tyle ważne, bym cię obudził. Jeśli jednak chcesz, odeślę go.
— Kto tam jest na zewnątrz? Glabrio?
— Tak, panie.
Marek ufał osądowi i dyskrecji tego spokojnego, młodego centuriona. — Zobaczę się z Khoumnosem — powiedział — lecz jeśli możesz, zatrzymaj go na parę minut, żebym mógł dojść do siebie.
— Zadbam o to — obiecał legionista i wyszedł pospiesznie. Skaurus spryskał twarz wodą z dzbanka stojącego przy jego posłaniu, przeczesał zmierzwione przez sen włosy i spróbował strzepnąć z płaszcza nieco pomiętych fałd, nim go nałożył.
Okazało się, że mógł całkowicie pominąć te przygotowania, nawet tak pobieżne, jak były. Kiedy rzymski wartownik wprowadził Nephona Khoumnosa do sali koszar, jedno spojrzenie wystarczyło, by stwierdzić, że videssański oficer znajduje się w ostatnim stadium wyczerpania. Jego zwykle rześki krok zmienił się w rozkołysany, niemal pijany chód; wydawało się, że przemocą trzyma uniesione powieki. Z głębokim westchnieniem ulgi opadł na podsunięte mu przez Rzymian krzesło.
— Nie, żadnego wina, dziękuję ci. Jeśli się napiję, zasnę, a na to nie mogę sobie jeszcze pozwolić. — Ziewnął rozdzierająco, równocześnie przecierając kłykciami zaczerwienione oczy. — Na Phosa, co za noc! — mruknął.
Siedział tak, nie wdając się w szczegóły, więc Marek ponaglił go: — Jak mają się sprawy tam, na zewnątrz?
— A jak sądzisz? Źle, bardzo źle. Wolałbym już iść nagi przez las pełen wilków niż dzisiejszej nocy jako uczciwy obywatel przez ulice tego miasta. To, że zostaniesz obrabowany, jest najlepszą rzeczą, na jaką możesz mieć nadzieję; reszta jest tylko gorsza.
Gajusz Filipus podszedł akurat w tej chwili, by to usłyszeć. Ze swoją zwykłą bezceremonialnością rzekł: — Więc na co czekacie? To tylko rozwydrzony motłoch, nie żadna armia. Masz dość ludzi, by go zgnieść w ciągu godziny.
Khoumnos skręcił się w swej kolczudze, jak gdyby nagle jej ciężar okazał się nie do zniesienia. — Chciałbym, żeby sprawy miały się tak prosto, jak ty je widzisz.
— Lepiej, bym się odwrócił — rzekł Gajusz Filipus — bo coś mi się wydaje, że zaraz mnie wypieprzysz.
— W tej chwili nie zdołałbym zrobić tego najwspanialszej dziwce w mieście, a cóż dopiero takiej szpetnej, starej małpie jak ty. — Khoumnos szczeknął śmiechem na widok miny starszego centuriona, lecz natychmiast znowu spoważniał. — Nie bardziej mógłbym wypuścić armię na miasto. Po pierwsze, zbyt wielu żołnierzy nie bardzo by się starało powstrzymać tłum przed atakami na Namdalajczyków; sami nie przepadają za wyspiarzami.
— To przykre słyszeć, że jedna część waszej pieprzonej armii nie chce pomóc drugiej — zauważył Gajusz Filipus.
— Być może, ale przez to nie staje się to mniej prawdziwe. Choć ten kij ma dwa końce: mieszkańcy Księstwa ufają videssańskim żołnierzom niewiele więcej, niż jakimkolwiek innym Videssańczykom.
Skaurus miał ochotę sam się odwrócić; domyślił się, do czego zmierza Nephon Khoumnos, i nie podobało mu się to. Następne słowa imperatorskiego oficera potwierdziły obawy trybuna. — W całej stolicy są tylko dwie grupy żołnierzy, które cieszą się szacunkiem zarówno mieszkańców miasta jak i Namdalajczyków: Halogajczycy i twoi ludzie. Chcę was wykorzystać jako tarczę do oddzielenia motłochu od wyspiarzy, podczas gdy oddziały videssańskie opanują całe miasto. Jeśli wy i Halogajczycy otoczycie kordonem główne zarzewie, ogień zamieszek powinien szybko wygasnąć.
Trybun nie miał najmniejszej ochoty, by jego ludzi wykorzystano do tłumienia ulicznych walk, które rujnowały miasto. Przyswoił już sobie pierwszą lekcję dowódcy najemników: jego ludzie stanowili jego kapitał, którego nie należało trwonić lekką ręką ani rozdawać po trosze w drobnych, bezsensownych awanturach w zaułkach miasta. Niestety, to co proponował Khoumnos miało sens. Bez podniecającego polowania na heretyków, rozruchy dla samych rozruchów stracą wiele ze swego powabu. — Zatem rozkazujesz nam wkroczyć do akcji? — zapytał.
Gdyby Nephon Khoumnos odpowiedział mu władczym „tak”, Marek prawdopodobnie odmówiłby mu otwarcie — przy zamieszaniu panującym w mieście, Khoumnos nie zdołałby wymusić spełnienia rozkazu. Lecz Videssańczyk był starym żołnierzem i znał zwyczaje najemników lepiej niż sam Skaurus. Poznał też dobrze trybuna.
— Rozkazać wam? — zapytał. — Nie. Gdybym zamierzał wydać wam rozkazy, mógłbym przesłać je wam przez spathariosa. Przyszedłem prosić o przysługę, ze względu na Imperium. Balsamon wyraził to lepiej niż ja; walka przeciwko Yezd usuwa w cień wszystko inne. Jest to prawda bez względu na wszystko, co mówią ci idioci mnisi. Wojna z Yezd nie może się toczyć bez pokoju tutaj. Czy pomożesz mi doprowadzić do pokoju?
— Niech cię — rzekł ze znużeniem Skaurus, trafiony w czuły punkt swego poczucia obowiązku. Są chwile — pomyślał — kiedy odrobina prostego egoizmu byłaby o wiele przyjemniejsza niż odpowiedzialność, którą wpoił w niego trening. Zastanowił się, ile ze swych ograniczonych zasobów ludzkich może przeznaczyć do tego zadania.
— Czterystu ludzi — zdecydował. — Dwadzieścia oddziałów po dwudziestu żołnierzy. Żadnych mniejszych jednostek, chyba że moi oficerowie tak rozkażą. Nie postawię na każdym rogu samotnego kawalerzysty, żeby młode rzezimieszki próbowały na nich swego szczęścia.
— Załatwione — powiedział natychmiast Khoumnos — I dziękuję ci.
— Gdybym powiedział, że twoja wizyta sprawiła mi radość, skłamałbym. — Przechodząc na łacinę, Skaurus zwrócił się do Gajusza Filipusa. — Pomóż mi znaleźć ludzi, których będę potrzebował. Trzymaj tutaj wszystko w pełnej gotowości, kiedy odejdziemy, i w imię bogów nie narażaj naszych ludzi na dalsze niepotrzebne straty, gdyby nam przytrafiło się coś złego. Jeśliby się tak stało, wciąż pozostanie ci więcej niż kohorta; to licząca się siła w tym świecie, który nie ma pojęcia o prawdziwej piechocie.