Zaginiony Legion [The Misplaced Legion - pl]
- Автор: Тертлдав Гарри Норман
- Серия: Videssos (pl) #1
- Год: 1995
- Язык: польский
- Год: Amber
- ISBN: 83-7082-837-X
- Переводчик: Jacek Kozerski
- Жанр: Фэнтези
Электронная книга - «Zaginiony Legion [The Misplaced Legion - pl]». Краткое содержание книги:
— Moi przyjaciele, moi bracia, moje dzieci, jeśli rozewrzemy ramiona okazując miłosierdzie, nawet tylko taką odrobinę miłosierdzia, która nie uwłaczałaby godności poborcy podatków… — bez względu na powagę chwili, Balsamon musiał zażartować i nagły, pełen zaskoczenia śmiech z zewnątrz, kiedy lektor odczytywał ten fragment kazania potwierdził, że dowcip dotarł do uważnych słuchaczy — …to z pewnością zdołamy wznieść się ponad dzielące nas różnice i spojrzeć na siebie z życzliwością. A nasiona wzajemnej życzliwości istnieją; gdyby ich nie było, czy ludzie z Namdalen przypłynęliby do nas przez morze, by wspomóc nas w walce przeciwko naszemu wrogowi?
Patriarcha rozejrzał się po raz ostatni, prosząc, pragnąc, by jego słuchacze zrozumieli, że istnieje coś większego niż oni sami. Martwa cisza zaległa przez chwilę w Świątyni, nim rozległy się oklaski. I kiedy w końcu zabrzmiały, nie był to grzmot, którego Balsamon — i Skaurus — życzyliby sobie. Tutaj klaskał jakiś człowiek, tam inny, gdzie indziej jeszcze paru. Niektórzy mieli kwaśne miny nawet kiedy klaskali, oddając cześć patriarsze, lecz w najlepszym razie ze względu na niego; tylko tolerując jego posłanie.
Mavrikios nie należał do nich. Powstał i odsunął ozdobną, ażurową barierkę, głośno oklaskując Balsamona. U jego boku, również klaszcząc, stała Alypia. Natomiast nigdzie nie było widać Thorisina Gavrasa.
Marek znalazł chwilę, by zmartwić się nieobecnością Sevastokraty. Nie mógł sobie przypomnieć, by widział obu Gavrasów razem po owym niefortunnym spotkaniu przy kościach. Jeszcze jedna rzecz, która mogła dręczyć Imperatora — pomyślał. W bardzo niepomyślnym dla siebie czasie Mavrikios posprzeczał się ze swym porywczym bratem.
I nawet otwarte poparcie Imperatora nie zdołało przychylniej nastawić zebranych w Świątyni dostojników do kazania Balsamona. Takie samo zamieszanie, niepewne oklaski rozległy się wśród większego tłumu zgromadzonego na zewnątrz. Marek przypomniał sobie, co powiedział Gorgidas; nawet patriarcha miał kłopoty, by zawrócić mieszkańców miasta z drogi, jaką obrali.
A jednak Balsamem odniósł pewien sukces. Kiedy Soteryk wyłonił się z Głównej Świątyni, nikt na niego nie powarkiwał. W rzeczy samej, parę osób zdawało się nawet wziąć do serca słowa Balsamona, gdyż krzyknęli „Śmierć Yezda!” do najemnika. Soteryk uśmiechnął się okrutnie i machnął mieczem w powietrzu, czym zdobył sobie szczere, choć nieliczne, brawa.
Takie niepełne zwycięstwo nie zadowoliło go. Zwrócił się do Skaurusa, narzekając: — Myślałem, że kiedy patriarcha przemawia, wszyscy zrywają się, żeby zrobić, co mówi. I jakim prawem nazywa mieszkańców Księstwa dziećmi? Pewnego pięknego dnia pokażemy mu, jakimi jesteśmy dziećmi.
Marek ułagodził go w paru słowach. Nie spodziewając się żadnego polepszenia sytuacji, trybun cieszył się tym, co udało się zyskać.
Powróciwszy wieczorem do koszar, Skaurus zastanowił się poważnie nad Soterykiem. Zachowanie brata Helvis mogło budzić trwogę. Był, jeśli to w ogóle możliwe, jeszcze bardziej zawzięty i uparty niż Thorisin Gavras — a to już coś mówiło. Co gorsza, brakowało mu beztroskiego uroku Sevastokraty. Soteryk zawsze traktował wszystko ze śmiertelną powagą. A jednak nie można było odmówić mu odwagi, energii, zdolności wojskowych ani nawet rozumu. Trybun westchnął. Ludzie są tacy, jacy są, a nie tacy, jakimi chciałby ich widzieć, i głupotą było — szczególnie dla kogoś, kto uważał się za stoika — oczekiwać, że będą inni.
Niemniej jednak przypomniał sobie powiedzenie, które w duchu zastosował do Soteryka, kiedy wyspiarz snuł wizje zdobycia Videssos na przekór całej imperialnej armii. Marek odszukał Gorgidasa. Zapytał Greka: — Kto powiedział, „Kogo bogowie chcą zniszczyć, temu najpierw odbierają rozum”? Sofokles?
— Miłosierny Zeusie, nie! — zawołał Gorgidas. — To mógł być tylko Eurypides, choć zapomniałem, z jakiej to sztuki. Kiedy Sofokles mówi o ludzkiej naturze, jest tak szlachetny, że chce się, żeby jego słowa były prawdziwe. Kiedy Eurypides odkrywa prawdę, to chce się, żeby jej nie mówił.
Trybun zadumał się, jaką też sztukę oglądał tego popołudnia.
IX
Wspólnota uczuć, którą Balsam on próbował tak mężnie stworzyć, rozpadła się, jak się okazało, pod naporem wściekłości oburzonego odłamu jego własnego duchowieństwa — mnichów. Wiedzę i współczucie Neposa podzielała zbyt nieliczna garstka; większość z butą obnosiła swój fanatyzm. Wyroili się ze swych klasztorów jak rozwścieczone pszczoły, by krytykować wezwanie swego patriarchy do spokoju i ponownie zagrzewać Videssos do nienawiści.
Marek wracał na czele dwóch manipułów Rzymian z pola ćwiczeń, kiedy stwierdził, że drogę blokuje mu wielki tłum, chciwie słuchający oracji jednego z takich mnichów. Mnich, wysoki, chudy mężczyzna o dziobatej twarzy i płonących oczach, stał na przewróconej na sztorc pace przed sklepem handlarza serów i wywrzaskiwał swoją nienawiść herezji do każdego, kto chciał słuchać.
— Ktokolwiek manipuluje kanonami naszej wiary, sprzedaje — nie, wydaje! — swoją duszę lodowatym otchłaniom piekieł! Plugawi obcokrajowcy swym gadaniem o zakładach przekręcają święte słowa samego Phosa. Próbują zwieść nas z drogi prawdy i wtrącić w lodowate objęcia Skotosa, a nasz wielki patriarcha — w swej wściekłości wręcz wypluł to słowo — podjudza ich i pomaga rozgłaszać posłanie demona.
— Albowiem powiadam wam, moi przyjaciele, nie ma, nie może być, żadnego kompromisu ze złem. Sprzedawczyki wiary prowadzą innych do zguby, którą wybrali dla siebie, i jest to tak pewne, jak to, że jedno zgniłe jabłko w beczce zepsuje całą resztę. Balsamem gada dziś o tolerancji; czy jutro będzie tolerował świątynię Skotosa? — W ustach mnicha tolerancja zabrzmiała jak coś nieprzyzwoitego.
Jego głos stał się jeszcze ostrzejszy. — Jeśli barbarzyńcy ze wschodu nie zechcą uznać prawdy naszej wiary, wypędźmy ich z miasta, powiadam! Należy się ich bać tak samo jak Yezda; bardziej, gdyż noszą maskę cnoty dla ukrycia swej herezji!
Słuchacze, których zgromadził, krzykami wyrazili swoje poparcie. Pięści uniosły się do góry; rozległy się okrzyki: „Brudni barbarzyńcy!” i „Zaraza na Namdalen!”.
— Jeśli podjudzi ich jeszcze trochę, może będziemy musieli porozbijać im głowy, żeby się przedostać — rzekł Viridoviks do Marka.
— Jeśli to zrobimy, całe miasto stanie w ogniu — odpowiedział trybun. Lecz zauważył, jak jego ludzie wysuwają miecze z pochew i mocniej ujmują kije, które nieśli zamiast oszczepów.
Właśnie wtedy mnich spojrzał ponad głowami stojącego przed nim tłumu i spostrzegł nietutejsze stroje i uzbrojenie Rzymian. Prawdopodobnie nie rozpoznałby prawdziwego Namdalajczyka, gdyby go zobaczył, lecz w jego uniesieniu każdy obcokrajowiec nadawał się do tego, co chciał zrobić. Wyciągnął długi, kościsty palec w stronę legionistów, krzycząc: — Patrzcie! Oto ludzie z Księstwa, którzy przyszli mnie zarąbać, bym nie rozgłaszał prawdy!
— Doprawdy, nie! — odkrzyknął Marek, gdy tłum zakręcił się, by spojrzeć na Rzymianina. Za sobą usłyszał
Gajusza Filipusa, który przestrzegł: — Bez względu na to, co zrobi ten motłoch, rozbiję głowę pierwszemu z was, który poruszy się bez rozkazu!
— Nie? — zapytał podejrzliwie mnich Skaurusa. Tłum zbliżał się powoli, gotując się do ataku.