Бесплатная библиотека
Читайте книгу на сайте или телефоне
READ-E-BOOK » Фэнтези » Zamek Lorda Valentine'a [Lord Valentine's Castle - pl]
Zamek Lorda Valentine'a [Lord Valentine's Castle - pl] - Читать Любимую Русскую Полную Книгу 👉 Read-E-Book.com

Zamek Lorda Valentine'a [Lord Valentine's Castle - pl]

Электронная книга - «Zamek Lorda Valentine'a [Lord Valentine's Castle - pl]». Краткое содержание книги:

Pierwszy tom jednego z nasłynniejszych cykli fantasy/science fiction.
Majipoor to olbrzymia planeta, zamieszkana przez wiele ras napływowych, wśród których ludzie są rasą dominującą. Na Majipoor żyją też tubylcy, dziwna i wyobcowana rasa zmiennokształtnych, których wszyscy się boją.
Z racji braku surowców cywilizacja na planecie jest raczej słabo rozwinięta, ale nie brak i zaawansowanych technologii.
Bohaterem jest wędrowiec, zatrudniony jako żongler w objazdowej trupie. Ale sny, które na Majipoor mają niezwykłą moc, ujawniają, że jest on w rzeczywistości Lordem Valentine, władcą planety, w podły sposób pozbawionym władzy.
Wraz z Valentinem przemierzamy kontynenty Majipooru w kierunku ośrodka władzy, jakim jest Zamek.
1 ... 62 63 64 65 66 67 68 69 70 ... 141
Перейти на страницу:

— Jedną chwilę — odpowiedział Deliamber dotykając koniuszkami macek piersi i czoła chłopca, jak gdyby chciał mu przekazać część swojej energii. Shanamir odetchnął głęboko, poruszył się, uniósł powieki, opuścił je, znów uniósł. Zaczął coś niewyraźnie mówić, lecz Deliamber nakazał mu spojrzeniem złocistych oczu, aby leżał spokojnie, póki nie odzyska sił.

Nie było mowy, żeby tego popołudnia ruszyć w dalszą drogę. Valentine i Carabella zbudowali w trzcinowych zaroślach prowizoryczny szałas, a Lisamon Hultin skleciła postny obiad z surowych owoców i młodych pędów pinniny. Gdy się posilili, zasiedli razem na brzegu rzeki, by podziwiać w milczeniu cudowny zachód słońca. A było na co popatrzeć. Niebo płonęło złotem i fioletem, woda migotała świetlistymi refleksami oranżu i purpury. Potem przyszły półcienie jasnej zieleni, aksamitnego różu, jedwabistego szkarłatu, a gdy pojawiły się pierwsze szarości i czernie, wiadomo było, że nadchodzi noc.

Rankiem wszyscy byli gotowi do dalszej podróży, łącznie z Shanamirem. Opieka Deliambera i naturalna odporność młodego organizmu zrobiły swoje.

Połatali, jak mogli, swoje ubrania i skierowali się na północ. Najpierw szli odkrytym brzegiem rzeki, potem jednak byli zmuszeni przedzierać się przez sąsiadujący z nią las niezgrabnych drzew androdragma i kwitnących alabandyn. Powietrze było delikatne i łagodne, a słońce, rzucając przez gęste korony drzew plamy światła, obdarzało strudzonych wędrowców przyjemnym ciepłem.

Po trzech godzinach marszu Valentine poczuł zapach dymu i jeszcze inny, bardziej przyjemny, który przypominał mu aromat opiekanej na ogniu ryby. Czując napływającą do ust ślinę, rzucił się biegiem przed siebie, gotów zapłacić, wyżebrać, a gdyby to było konieczne, ukraść tę rybę, ponieważ nie potrafiłby już nawet zliczyć dni, które minęły od czasu, kiedy ostatni raz jadł gorący posiłek. Wypadł z cienistego lasu i skoczył z nierównej skarpy wprost na łachę piasku i białych kamieni. Zacisnął powieki, zamrugał porażony ostrym blaskiem słońca i zobaczył przy rozpalonym nad rzeką ognisku trzy przykucnięte znajome sylwetki — jasnoskórą istotę ludzką o szokująco białych włosach, długonogiego niebieskoskórego obcego oraz nadętego Hjorta.

— Sleet! — krzyknął. — Khun! Vinorkis!

Sleet, Khun i Vinorkis ze spokojem obserwowali jego gwałtowne wejście, a kiedy się do nich zbliżył, Sleet najzwyczajniej w świecie wręczył mu zastrugany patyk, na który był nadziany płat różowego mięsa.

— Przegryź coś — powiedział.

Valentine znów zamrugał, tym razem ze zdziwienia. — W jaki sposób znaleźliście się aż tutaj, tak daleko od nas? Jak rozpaliliście ogień? Jak złowiliście rybę? Jak…

— Ryba ci stygnie — powiedział Khun, dzieląc swoim zwyczajem sylaby. — Najpierw zjedz, potem będziesz pytał.

Valentine żarłocznie odgryzł kęs. Zdawało mu się, że nigdy w życiu nie próbował czegoś tak delikatnego: kruche, wilgotne mięso, wspaniale przyrumienione, najwytworniejszy smakołyk, jaki kiedykolwiek mógłby być podany na Górze Zamkowej. Odwracając się zawołał do innych, by się pośpieszyli, ale ich nie trzeba było zapraszać ani popędzać. Shanamir biegł w podskokach krzycząc radośnie, Carabella ze zwykłym sobie wdziękiem śmigała między głazami, Lisamon Hultin z nieodłącznym Deliamberem na ramieniu sunęła za nimi czyniąc po drodze wiele hałasu.

— Ryba dla wszystkich — zaanonsował Sleet.

Złapali, jak się okazało, kilkanaście sztuk, które teraz krążyły smutno w odgrodzonej kamieniami płytkiej zatoczce w pobliżu ogniska. Jedną po drugiej Khun wyjmował z wody, zabijał, rozcinał, patroszył, wyczyszczone podawał Sleetowi, ten opiekał ją nad ogniem i podsuwał żarłocznie rzucającym się najedzenie nowo przybyłym.

Mały żongler spokojnie opowiadał, co się z nimi działo. Kiedy ich tratwa się rozpadła, uczepili się trzech grubych pni i spłynęli na nich przez wszystkie progi, daleko w dół rzeki. Po drodze mignęła im plaża, na którą fale wyrzuciły Valentine'a, ale jego samego nie widzieli. Dryfowali dalej, aż w końcu porzucili pnie i dopłynęli do brzegu. Khun łapał ryby gołą ręką. Jak twierdził Sleet, Khun miał najszybsze ręce pod słońcem i z pewnością byłby doskonałym żonglerem. Khun słysząc to zaśmiał się szeroko, a z jego twarzy po raz pierwszy znikł gorzki grymas.

— A ognisko? — spytała Carabella. — Czyżbyś je zapalił pocierając palcem o palec?

— Próbowaliśmy i tak — odparł Sleet z niewinną miną. — Ale to była żmudna praca. Wobec tego poszliśmy do wioski tuż za zakrętem, zamieszkałej przez rybacki ludek, i poprosiliśmy o ogień.

— Rybacki ludek? — powtórzył zdziwiony Valentine.

— To osada Liimenów — wyjaśnił Sleet. — Takich, którzy jeszcze nie wpadli na to, że z racji swego pochodzenia są przeznaczeni do sprzedawania kiełbasek w miastach na zachodzie. Minionej nocy użyczyli nam schronienia, a dziś po południu mają nas przewieźć łodzią do Ni-moya, gdzie w miejscu wyznaczonym przez Deliambera czekalibyśmy na naszych przyjaciół. Teraz widzę, że będziemy musieli wynająć dwie lodzie.

— Jesteśmy już tak blisko Ni-moya? — spytał Deliamber.

— Jak nam powiedziano, dwie godziny łodzią do miejsca, gdzie Steiche wpada do Zimru.

Nagle świat wydał się Valentine'owi nie tak olbrzymi, a oczekujące go obowiązki nie tak przytłaczające. Jeść gorącą rybę, wiedzieć, że w pobliżu znajduje się przyjazna osada, mieć świadomość, że dzikie ostępy zostały z tyłu — czyż to wszystko nie mogłoby podnieść na duchu nawet Koronala? No tak, ale co z Zalzanem Kavolem i jego trzema ocalałymi w walce z Metamorfami braćmi?

Wioska Liimenów rzeczywiście leżała na wyciągnięcie ręki i liczyła około pięciuset niskich, płaskogłowych i ciemnoskórych mieszkańców, których potrójne, jarzące się jak węgle oczy z niejakim zdziwieniem popatrywały na przybyłych wędrowców. Liimeńscy rybacy mieszkali w skromnych, krytych strzechą chatach. W małych ogródkach hodowali nie znane przybyszom rośliny, których zbiory były zapewne dodatkiem do ryb, które łowili z pomocą flotylli pospolitych łodzi. Tutejsi Liimeni mówili trudnym do zrozumienia narzeczem, ale Sleet potrafił się z nimi porozumieć i nie tylko wynajął jeszcze jedną łódź, ale także kupił za parę koron nowe ubrania dla Carabelli i Lisamon Hultin.

Wczesnym popołudniem wypłynęli do Ni-moya w towarzystwie czterech milczących rybaków.

Rzeka i tu miała wartki nurt, ale na szczęście skończyły się już niebezpieczne progi i białe kipiele, toteż dwie łodzie bez przeszkód torowały sobie drogę na północ. Górskie urwiste obrzeża ustąpiły miejsca szerokim dolinom aluwialnym, użyźnionym czarnym rzecznym mułem, a rolnicze wioski stały się nieodłączną częścią krajobrazu.

Steiche rozlewała swe wody coraz szerzej i powoli nabierała charakteru typowego szlaku wodnego. Monotonię okolicy urozmaicały miasta, i to wcale nie małe, aczkolwiek wobec ogromu otaczającej je przestrzeni sprawiały wrażenie wiejskich przysiółków. Wreszcie oczom podróżnych ukazały się ciemne wody, które sięgały hen po kres horyzontu, niczym otwarte morze.

— To Zimr — oświadczył Liimen stojący przy sterze łodzi Valentine'a. — Tu kończy się Steiche. Po lewej stronie jest plaża w Nissimornie.

Valentine spojrzał we wskazanym kierunku. Plaża nie miała w sobie nic szczególnego. Była otoczona rzędem palm o dziwnie poskręcanych pniach i ze śmiesznie sterczącymi pióropuszami czerwonych liści. Kiedy podpłynęli bliżej, na tle palm zamajaczyły cztery wielkie, kudłate, czwororęczne postaci siedzące wokół tratwy o znajomych kształtach, tratwy związanej w górze rzeki, naprędce i z nierównych pniaków. Skandarzy, zgodnie z umową, czekali na resztę towarzystwa.

1 ... 62 63 64 65 66 67 68 69 70 ... 141
Перейти на страницу:
0
Сюжет
  • 1
  • 2
  • 3
  • 4
  • 5
  • 6
  • 7
  • 8
  • 9
  • 10
0
Атмосфера
  • 1
  • 2
  • 3
  • 4
  • 5
  • 6
  • 7
  • 8
  • 9
  • 10
0
Главный герой
  • 1
  • 2
  • 3
  • 4
  • 5
  • 6
  • 7
  • 8
  • 9
  • 10
0
Общее впечатление
  • 1
  • 2
  • 3
  • 4
  • 5
  • 6
  • 7
  • 8
  • 9
  • 10
Итоговая оценка: 0.0 из 10 (голосов: 0 / История оценок)