Бесплатная библиотека
Читайте книгу на сайте или телефоне
READ-E-BOOK » Фэнтези » Zamek Lorda Valentine'a [Lord Valentine's Castle - pl]
Zamek Lorda Valentine'a [Lord Valentine's Castle - pl] - Читать Любимую Русскую Полную Книгу 👉 Read-E-Book.com

Zamek Lorda Valentine'a [Lord Valentine's Castle - pl]

Электронная книга - «Zamek Lorda Valentine'a [Lord Valentine's Castle - pl]». Краткое содержание книги:

Pierwszy tom jednego z nasłynniejszych cykli fantasy/science fiction.
Majipoor to olbrzymia planeta, zamieszkana przez wiele ras napływowych, wśród których ludzie są rasą dominującą. Na Majipoor żyją też tubylcy, dziwna i wyobcowana rasa zmiennokształtnych, których wszyscy się boją.
Z racji braku surowców cywilizacja na planecie jest raczej słabo rozwinięta, ale nie brak i zaawansowanych technologii.
Bohaterem jest wędrowiec, zatrudniony jako żongler w objazdowej trupie. Ale sny, które na Majipoor mają niezwykłą moc, ujawniają, że jest on w rzeczywistości Lordem Valentine, władcą planety, w podły sposób pozbawionym władzy.
Wraz z Valentinem przemierzamy kontynenty Majipooru w kierunku ośrodka władzy, jakim jest Zamek.
1 ... 61 62 63 64 65 66 67 68 69 ... 141
Перейти на страницу:

On jednak żył. To nie ulegało wątpliwości. Był samotny, poobijany, bezradny, złamany smutkiem, zagubiony, ale żywy. Zatem nie taki miał być koniec jego przygody. Powoli, z ogromnym wysiłkiem, Valentine wstał z podmywanych wodą kamieni i powlókł się nad wielką rzekę, gdzie zdrętwiałymi palcami ściągnął z siebie ubranie i położył się na płaskim kamieniu, by obeschnąć i ogrzać się w promieniach przyjaznego słońca. Spojrzał na rwące fale, mając nadzieję, że może jednak zobaczy przepływającą obok Carabellę albo Shanamira z przykucniętym na jego ramionach czarodziejem. Nikt nie płynął. Ale to jeszcze nie znaczy, że zginęli, powiedział sam do siebie. Może rzeka poniosła ich dalej. Odpocznę tu jakiś czas, zdecydował, a potem pójdę poszukać reszty, a jeszcze potem, z nimi czy bez nich, ruszę naprzód, ku Ni-moya, ku Piliplokowi, ku Wyspie Snu, naprzód, wciąż naprzód, ku Górze Zamkowej, a jeśli nie ku niej, to na spotkanie tego, co będzie przede mną. Naprzód. Naprzód. Naprzód.

KSIĘGA WYSPY SNU

Rozdział 1

Gdyby ktoś go spytał, jak długo przeleżał nagi na płaskiej skale, na którą wyrzuciła go nieokiełznana rzeka Steiche, odpowiedziałby, że może miesiące, a może lata. Ale, rzecz osobliwa, nieustanny hałas, z jakim przetaczały się spienione wody, działał na niego kojąco. Znów, tak jak kiedyś, gdy znalazł się na górskiej grani wysoko nad miastem Pidruid, słońce otulało go złocistą mgiełką, a on powtarzał sobie, że jeśli będzie leżał wystarczająco długo, to słoneczne promienie z pewnością uleczą wszystkie potłuczenia, rany i siniaki, jakimi był pokryty. Tak, ale czyż nie powinien się podnieść, rozejrzeć za schronieniem i poszukać swoich towarzyszy? Tylko jak miał stanąć na nogi, jeżeli z trudem przewracał się z boku na bok?

Nie tak powinien się zachowywać Koronal Majipooru. Dobrze o tym wiedział. Pobłażanie sobie może ujść kupcowi, właścicielowi gospody czy nawet żonglerowi, ale ktoś, kto rości sobie pretensje do rządzenia światem, powinien się poddać większej dyscyplinie. A zatem, powiedział do siebie, wstań, ubierz się i trzymając się rzeki idź na północ tak daleko, aż spotkasz tych, którzy pomogą ci odzyskać twoją podniebną siedzibę. No, Valentine, ruszże się! Trwał w miejscu. Koronal czy nie, tocząc się i spadając na łeb na szyję przez kolejne progi i spiętrzenia rzeki zużytkował całą energię. Leżąc bez ruchu, bezwładnie, czuł pod swoim ciałem wielkość Majipooru, tysiące mil obwodu planety, wystarczająco dużej, by zapewnić przestrzeń do życia dwudziestu miliardom ludzi, i to bez zbytniego ścisku, planety pełnej miast kolosów i cudownych parków, i leśnych rezerwatów, i świętych miejsc, i pól, i ogrodów, więc gdyby się podniósł, musiałby przejść to całe królestwo na własnych nogach, krok za krokiem. O ileż prostsze było leżenie.

Coś połaskotało go po krzyżu, coś elastycznego i natrętnego. Wygodniej było nie zwracać na to uwagi.

— Valentine?…

Lepiej niczego nie słyszeć.

Łaskotanie powtórzyło się. I wtedy w zmęczonym umyśle zaświtała myśl, że głos wypowiedział jego imię, a zatem ktoś jeszcze przeżył. Radość wypełniła mu duszę. Zmuszając się do wysiłku, Valentine uniósł nieco głowę i zobaczył obok siebie niewielką, za to hojnie przez naturę wyposażoną w kończyny postać Autifona Deliambera. Mały Vroon szturchnął go raz trzeci.

— Żyjesz! — wykrzyknął Valentine.

— Jak widać. Tak jak i ty, mniej więcej.

— A Carabella? A Shanamir?

— Nie spotkałem nikogo.

— Tego się obawiałem — mruknął posępnie Valentine. Zamknął oczy, opuścił głowę i na nowo ogarnięty rozpaczą poczuł się zbędnym, wyrzuconym za burtę balastem.

— Chodź — rzekł Deliamber. — Mamy przed sobą długą podróż. — Wiem. Dlatego nie wstaję.

— Czy jesteś ranny?

— Chyba nie, ale marzę o odpoczynku, Deliamberze. Chciałbym tak przeleżeć setki lat.

Zwinne macki czarodzieja zakrzątnęły się wokół Valentine'a.

— Żadnych poważnych obrażeń — zawyrokował Vroon. — Całkiem nieźle z tego wyszedłeś.

— Powiedziałbym, że nie całkiem źle — sprostował Valentine. — A co z tobą?

— Vroonowie są dobrymi pływakami, nawet ci starzy. Nie jestem ranny. Musimy iść, Valentine.

— Później.

— Czy to w taki sposób Koronal Maji…

— Nie — odrzekł Valentine. — Ale Koronal Majipooru nie powinien spływać rzeką na byle jak zbitych pniakach. Koronal Majipooru nie powinien włóczyć się po lasach dzień za dniem i spać w deszczu, i karmić się orzechami i jagodami. Koronal…

— Koronal powinien skrywać przed poddanymi gnuśność i brak ducha — powiedział czarodziej z przyganą. — A właśnie jeden z nich się zbliża.

Valentine zamrugał oczami i usiadł. Szybkimi krokami zmierzała w ich stronę Lisamon Hultin. Wyglądała niezbyt porządnie, nawet jak na nią: ubranie w strzępach, olbrzymie, wlewające się z tych strzępów ciało pokryte było widocznymi z daleka, licznymi skaleczeniami. Nie zważając na to szła prężnym krokiem, a jej głos, kiedy zawołała do nich, brzmiał donośnie jak zwykle.

— Hej, wy tam! Jesteście cali?

— Na to wygląda — odparł Valentine. — Czy widziałaś jeszcze kogoś?

— Carabellę i chłopca, około pół mili stąd. Duch Valentine'a poszybował wzwyż.

— Nic im się nie stało? — Jej nic.

— A co z Shanamirem?

— Wciąż nie odzyskał przytomności. Carabella wysłała mnie na poszukiwanie czarodzieja. Znalazł się szybciej, niż myślałam. Och, co za rzeka! To niemal zabawne, jak szybko poradziła sobie z tratwą.

Valentine sięgnął po ubranie, a kiedy okazało się, że jest mokre, wzruszając ramionami upuścił je z powrotem na kamienie.

— Musimy natychmiast dostać się do Shanamira. Masz wiadomości o Khunie, Sleecie i Vinorkisie?

— Żadnego z nich nie widziałam. Wpadłam do rzeki, a kiedy z niej wyszłam, byłam już sama.

— A Skandarzy?

— Ani śladu. — Zwróciła się do Deliambera: — Jak myślisz, czarodzieju, gdzie jesteśmy?

— Na końcu świata — odpowiedział Deliamber. — Ale przynajmniej poza rezerwatem Metamorfów. Prowadź mnie do chłopca.

Lisamon Hultin posadziła sobie Vroona na ramiona i pomaszerowała z powrotem brzegiem rzeki, a Valentine, trzymając w ręku wilgotne ubranie, powlókł się za nimi. Po jakimś czasie dotarli do Carabelli i Shanamira, wyrzuconych na białą piaszczystą wysepkę gęsto porośniętą trzciną o czerwonych pałkach. Carabella, ubrana tylko w krótką skórzaną spódnicę, choć pokiereszowana i utrudzona, trzymała się całkiem nieźle. Shanamir natomiast, z dziwnie pociemniałą skórą, leżał bez czucia; oddech miał ledwo wyczuwalny.

— Och, Valentine! — krzyknęła Carabella, podrywając się i biegnąc ku niemu. — Widziałam, jak znikasz pod wodą, a potem… potem… Och, myślałam, że już cię nigdy nie zobaczę.

Valentine przycisnął ją mocno do siebie.

— To samo myślałem o tobie, Carabello. Myślałem, że straciłem cię na zawsze.

— Nic ci się nie stało?

— Nic poważnego — odpowiedział. — A co z tobą?

— Woda rzucała mną na wszystkie strony, ale w końcu znalazłam się w spokojniejszym nurcie i dopłynęłam do brzegu, gdzie już leżał nieprzytomny Shanamir. Wtedy z zarośli wynurzyła się Lisamon i widząc, co się dzieje, ruszyła na poszukiwanie Deliambera i… co z nim, czarodzieju?

1 ... 61 62 63 64 65 66 67 68 69 ... 141
Перейти на страницу:
0
Сюжет
  • 1
  • 2
  • 3
  • 4
  • 5
  • 6
  • 7
  • 8
  • 9
  • 10
0
Атмосфера
  • 1
  • 2
  • 3
  • 4
  • 5
  • 6
  • 7
  • 8
  • 9
  • 10
0
Главный герой
  • 1
  • 2
  • 3
  • 4
  • 5
  • 6
  • 7
  • 8
  • 9
  • 10
0
Общее впечатление
  • 1
  • 2
  • 3
  • 4
  • 5
  • 6
  • 7
  • 8
  • 9
  • 10
Итоговая оценка: 0.0 из 10 (голосов: 0 / История оценок)