Teraz albo nigdy
- Автор: Адлер Элизабет
- Язык: польский
- Жанр: Триллеры
Электронная книга - «Teraz albo nigdy». Краткое содержание книги:
Prowadzący śledztwo detektyw Harry Jordan tworzy na podstawie zeznań świadków portret pamięciowy zabójcy i zwraca się o pomoc do popularnej dziennikarki telewizyjnej, Mallory Mallone, która już dwukrotnie dzięki swoim programom pomogła policji ująć przestępców.
Kiedy Mallory po długim wahaniu decyduje się na współpracę z Jordanem, sama staje się celem mordercy…
– Przeraziły mnie jego oczy… Znałam kiedyś mężczyznę o takich oczach. Właśnie te oczy wryły jej się najbardziej w pamięć, choć były ukryte za grubymi szkłami okularów. Szkłami, które je wyolbrzymiały. Były ciemne, hipnotyczne, przenikające do wnętrza…
– Czy to był ten sam facet? Potrząsnęła głową.
– Tamten nosił okulary. On… przestraszył mnie. To wszystko.
– Przestraszył cię tak bardzo, że nie mogłaś pokazać w swoim programie portretu mężczyzny o podobnych oczach?
– To było głupie, wiem. Ale taka jest prawda. Harry widział, że jest wytrącona z równowagi.
– Chcesz mi o tym opowiedzieć?
– Naprawdę nie ma o czym.
Wyciągnęła rękę i dotknęła lekko jego policzka.
– Przykro mi, Harry. Z powodu Suzie. I przepraszam za to, co powiedziałam – głęboko zaczerpnęła powietrza. Podjęła decyzję. – Moim obowiązkiem jest pokazać ten portret w programie. Rozumiem to teraz.
A więc nie dowiedział się, dlaczego tak żywo zareagowała na portret, i pewnie nigdy się nie dowie. Mal uznała widocznie, że jest to zbyt osobiste, by o tym mówić.
– Jesteś pewna, że chcesz to zrobić?
– Tak. Jutro zacznę nad tym pracować. Zrobimy nagranie w czwartek. To nie daje nam dużo czasu.
– Proszę tylko o pięć minut. Potrząsnęła głową.
– Przesunę program, który miałam w planie. Chcę poświęcić temu cały czas antenowy.
– Och, Mal! – Ze smutkiem potrząsnął głową.
– Wiem, wiem. – Spojrzała na niego błagalnie. – I dlaczego nie mogłam zrobić tego od razu i zaoszczędzić nam wielu kłopotów? Nigdy nie nauczę się, prawda?
– Nauczysz – powiedział, przyciągając ją do siebie i tuląc, jakby nigdy nie chciał jej wypuścić z ramion.
35.
Następnego ranka Mal obudziła się pierwsza. Było bardzo wcześnie, zaledwie piąta. Dopiero świtało. Harry leżał wyciągnięty na plecach, z jedną ręką zarzuconą nad głową, dragą owiniętą wokół jej ramion. Mal wtuliła się w niego. W bladej poświacie widziała zarys jego smukłego ciała, uśpioną twarz. Usta miał rozchylone, oddychał miarowo, mocno zaciśnięte powieki nadawały mu chłopięcy wygląd.
Przylgnęła do niego całym ciałem, przesunęła opuszkami palców po jego piersi i płaskim brzuchu. Drżenie przebiegło jego ciało. Uśmiechnęła się, czując jak twardnieje pod jej dłonią. Przesunęła językiem po jego wargach, pocałowała rozchylone usta, najpierw leciutko, potem pożądliwie, kiedy zamknął ją w ramionach.
Po chwili uniosła głowę i spojrzała mu w twarz; oczy nadal miał zamknięte.
Wyślizgnęła się z objęć Harry’ego, wędrując ustami w dół jego ciała.
Zacisnął dłonie na jej włosach, kiedy wzięła w usta penisa, pobudzając go do miłości.
Jęknął.
– Czekaj, Mal… kochana, proszę…
Odsunął się od niej, zanim było za późno, usiadł i przyciągnął Mal do siebie.
Ujął w dłonie jej twarz, zaglądając głęboko w oczy.
– Chcę się z tobą kochać – szepnął. Posadził ją sobie na kolanach, pochylił głowę, by ucałować jej piersi. Obrysował językiem brodawki, aż zaczęła drżeć z rozkoszy. Wtedy otoczył ją ramieniem i kochał się z nią powoli i pięknie.
Potem czuła przy sobie bicie jego serca, czuła jak pot chłodzi ich ciała, czuła zapach miłości, jej smak w ustach. Miała wrażenie, że wchłonęła Harry’ego wszystkimi porami skóry i teraz płynie w srebrzystej przestrzeni, która należy tylko do nich dwojga.
Harry przesunął dłonią po jej plecach, wzdłuż linii kręgosłupa, dziwiąc się delikatności jej ciała, rozkosznym wzgórkom i dołeczkom, jej słodkiemu zapachowi.
– Powiedz, trafiliśmy do nieba, Malone? – wyszeptał, skubiąc wargami jej ucho.
Objęła go za szyję, wtuliła głowę w zagłębienie jego ramienia.
– Nigdy nie byłam go tak blisko, detektywie – wymamrotała radośnie, zawieszona ciągle w tej opalizującej poświacie, gdzie powietrze zdawało się naelektryzowane.
Światło dnia sączyło się już przez jedwabne, kremowe zasłony.
– A może świat zmienił się w srebro, kiedy spaliśmy – powiedział Harry w zdumieniu.
Mal otworzyła oczy, rozejrzała się z uśmiechem.
– A ja myślałam, że to ty – szepnęła, składając głowę na jego piersi. – Wiesz, że spaliśmy ze sobą? W prawdziwym łóżku, nie na poduszkach na dywanie?
– Co do łóżka zgoda, ale nie pamiętam, żebym spał.
Położył się na plecach, a ona przesunęła się z nim razem, jedwabista, pachnąca i bardzo kobieca. Harry zerknął na zegarek. Wskazówki były niemiłosierne.
Wiedział, że musi zacząć działać, jeżeli chce złapać poranny samolot. Spojrzał na Mal, wtuloną w niego.
– Wiem, wiem – westchnęła. – Musisz iść – usiadła, spuszczając z łóżka długie nogi. Obejrzała się przez ramię, uśmiechnięta. – Pamiętałam o bagietkach.
– Skąd wiedziałaś, że zostanę?
– Nazwij to intuicją.
Wstała, uniosła ramiona nad głowę i przeciągnęła się ruchem tak zmysłowym, że zapragnął jej znowu.
Patrzył, jak naga podchodzi do szafy. Poruszała się jak tancerka. Do chwili, gdy obejrzała się na niego i palcem u nogi uderzyła w krzesło. Chwyciła się za stopę, podskakując i jęcząc. Roześmiał się.
– Doprawdy nie wiem, Malone! Moim zdaniem przyciągasz nieszczęśliwe wypadki – wstał z łóżka i w drodze do łazienki poczochrał jej włosy.
Rzuciła mu złe spojrzenie.
– Gruboskórny drań! – zawołała za nim, po czym zaczęła się śmiać. Słysząc wodę w łazience, naciągnęła białe szorty i szary sweter, i poszła do kuchni.
Wczorajsza kolacja stała nietknięta na stole, z wyjątkiem chleba i masła, które zjedli w przerwach między kochaniem się. I wina, którym podtrzymywali siły w ciągu nocy.
Nastawiła kawę, pokroiła bagietki i wsunęła je do opiekacza, wyjęła z szafki masło i dżem truskawkowy. Ustawiła wszystko na sosnowym blacie razem z talerzykami w różowe kwiatki, odtłuszczonym mlekiem i miseczką z brązowym cukrem.
Nasłuchiwała; woda przestała lecieć. Wyłączyła opiekacz, roztrzepała dłonią włosy, przesunęła językiem po wargach i czekała na niego z uśmiechem. Wszedł do kuchni, całkowicie już ubrany.
Spojrzał najpierw na nią, potem na wypalone świece i resztki kolacji. Przeniósł wzrok na idealnie upieczone bagietki.
– Jesteś cudotwórczynią – powiedział z niedowierzaniem, potrząsając głową. – Wychodzę spod prysznica i „voila”, śniadanie gotowe.
– Nie przyzwyczajaj się, detektywie. Staram się zaprezentować z jak najlepszej strony – błysnęła zębami w uśmiechu. – Czy zauważyłeś, że zawsze mamy mnóstwo żywności, ale nigdy nie dochodzi do jedzenia?
– Zauważyłem. Umieram z głodu.
– Jest mnóstwo zimnego makaronu. I sałaty.
– Przykro mi, Mal – powiedział ze skruchą. – To była wspaniała kolacja. Dawno takiej nie jadłem. Inne sprawy okazały się jednak pilniejsze.
– Nie zapomniałam o nich – powiedziała cicho. Wzięła bagietkę, posmarowała masłem. – Z dżemem truskawkowym…? – zapytała.
Harry zrobił wielkie oczy.
– Bagietkę?
Spojrzała na niego zmieszana.
– Az czym zwykle jesz?
– Z szynką, salami, tuńczykiem…
– Dżem nie zawiera tłuszczu – powiedziała stanowczo, wręczając mu bagietkę.
– Tak, psze pani, panno Malone – ugryzł kawałek, zrobił wniebowziętą minę i Mal się roześmiała.
– Niestety, zjadam i pędzę – pił pośpiesznie kawę, czarną, tak jak lubił.
Skrzyżowała ramiona na piersi i wsparła się o kontuar.
– Będę potrzebowała każdej informacji, jaką możesz mi przekazać, powiedziała, poważniejąc.
– Jak tylko wyląduję w Bostonie – obiecał.