Szachownica Flamandzka [La tabla de Flandes - pl]
- Автор: Перес-Реверте Артуро
- Язык: польский
- Переводчик: Filip Lobodzinski
- Жанр: Исторические детективы
Электронная книга - «Szachownica Flamandzka [La tabla de Flandes - pl]». Краткое содержание книги:
Pérez-Reverte po raz kolejny dowodzi swojej pomysłowości i erudycji. Szachownica flamandzka to powieść detektywistyczna, w której dochodzenie prowadzone jest na kilku płaszczyznach; to jak rozwiązywanie łamigłówki wymagające dobrej znajomości sztuki, szachów i psychologii. Ale tym razem autor chyba przekombinował. Fabuła jest nazbyt wymyślna i skomplikowana, za to bohaterowie nie dość przekonujący, aby uwiarygodnić tę historię. Zainteresowały mnie dzieje obrazu i postaci na nim przedstawionych, ale jakoś nie potrafiłam się przejąć niebezpieczeństwem grożącym Julii i jej przyjaciołom.
– Rzecz jasna – powiedział Paco Montegrifo – ta okropna historia w niczym nie zmienia naszej umowy.
– Jestem panu wdzięczna.
– Nie ma za co. Wiemy, że stało się to nie z pani winy. Dyrektor Claymore'a odwiedził Julię w pracowni w Prado, przy okazji – jak oświadczył, pojawiwszy się bez zapowiedzi – spotkania z dyrektorem muzeum w związku z planowanym zakupem jakiegoś rekomendowanego jego firmie Zurbarana. Zastał ją przy pracy, kiedy wstrzykiwała mieszankę kleju i miodu do drobnego otworu w tryptyku przypisywanym Ducciowi di Buoninsegna. Nie mogąc odłożyć przedmiotów, trzymanych w ręku, pozdrowiła Montegrifa szybkim skinieniem głowy i wcisnęła tłok strzykawki, którą nakładała przygotowaną substancję. Dyrektor domu aukcyjnego był zachwycony, że przyłapał ją in flagranti – jak wyraził się, posyłając jej swój najbardziej promienny uśmiech – usiadł więc na jednym ze stołów i przyglądał się, paląc papierosa.
Julia czuła się niezręcznie, więc skończyła pracę tak szybko, jak tylko mogła. Na fragment, który poddawała renowacji, położyła dla ochrony woskowany papier i starannie przycisnęła woreczkiem z piaskiem. Potem wytarła dłonie w pstrokato poplamiony fartuch i sięgnęła po napoczętego papierosa, który dymił w popielniczce.
– Coś cudownego – Montegrifo wskazał obraz. – Koło tysiąc trzechsetnego, prawda? Mistrz Buoninsegna, o ile się nie mylę.
– Tak. Muzeum kupiło go parę miesięcy temu. – Julia przyglądała się krytycznym okiem rezultatom własnej pracy. – Miałam trochę kłopotu ze złotymi płatkami na lamówce szaty Matki Bożej. W paru miejscach poodpadały.
Montegrifo z uwagą profesjonalisty pochylił się nad tryptykiem.
– W każdym razie wspaniała robota – ocenił. – Jak wszystko, co wychodzi spod pani rąk.
– Dzięki.
Dyrektor popatrzył na Julię z życzliwym smutkiem.
– Aczkolwiek, rzecz jasna, nie ma porównania z naszym kochanym arcydziełem flamandzkim…
– Pewnie, że nie. Nie ujmując niczego Ducciowi.
Uśmiechnęli się obydwoje. Montegrifo poprawił nieskazitelne mankiety koszuli, żeby wystawały dokładnie trzy centymetry spod rękawów granatowej marynarki w pepitkę, dzięki czemu można było podziwiać złote spinki z jego inicjałami. Miał na sobie idealnie wyprasowane szare spodnie i czarne włoskie buty, lśniące mimo deszczu.
– Wiadomo, co z van Huysem? – spytała dziewczyna.
Dyrektor domu aukcyjnego spoglądał z wykwintną melancholią.
– Niestety nie. – Wprawdzie po podłodze walały się trociny, papierki i resztki farby, on jednak strzepnął papierosa do popielniczki. – Ale jesteśmy w stałym kontakcie z policją… Mam wszelkie pełnomocnictwa ze strony rodziny Belmonte. – Tym razem mina wyrażała pochwałę dla takiej roztropności i jednoczesny żal, że właściciele nie uczynili tego wcześniej. – Paradoksalnie, Julio, jeśli Partia szachów się odnajdzie, ten ciąg przykrych wydarzeń z pewnością nieprawdopodobnie wpłynie na jej cenę…
– Nie mam co do tego najmniejszej wątpliwości. Ale sam pan mówi: jeśli się odnajdzie.
– Widzę, że nie jest pani optymistką.
– Po tym, co ostatnio przeszłam, raczej nie mam po temu powodów.
– Rozumiem panią. Wierzę jednakże w skuteczność działań policji… Albo w szczęście. Jeżeli zdołamy odzyskać obraz i wystawić go na aukcję, to zapewniam panią, że będzie to wydarzenie. – Uśmiechnął się, jak gdyby chował w kieszeni cudowny podarek. – Czytała pani ostatnie “Arte y Antigliedades”? Dali na tę historię pięć kolorowych stron. Ciągle wydzwaniają dziennikarze z branży. W przyszłym tygodniu będzie reportaż w “Financial Times”… Oczywiście paru dziennikarzy chciało nawiązać kontakt także z panią.
– Nie chcę żadnych wywiadów.
– Jeśli mogę wyrazić swoją opinię, to wielka szkoda. W pani pracy prestiż to fundamentalna sprawa. Reklama podnosi pani pozycję zawodową…
– Ale nie taka reklama. Przecież obraz skradziono z mojego domu.
– Ten szczegół staramy się przemilczać. To nie była pani wina, o czym dobitnie świadczy raport policyjny. Według dostępnych danych, narzeczony pani przyjaciółki dostarczył obraz nieznanemu pośrednikowi; śledztwo toczy się w tym kierunku. Jestem przekonany, że się odnajdzie. Bardzo trudno nielegalnie wywieźć dzieło równie sławne, jak van Huys. Zacznijmy od tego.
– Gratuluję dobrego samopoczucia. Trzeba przyznać, że umie pan przegrywać. Można by powiedzieć, wzorowy sportowiec. A miałam wrażenie, że kradzież była koszmarnym ciosem dla pana firmy…
Montegrifo przybrał cierpiętniczy wyraz twarzy. Wątpiąc obraża mnie pani – można było wyczytać w jego oczach.
– Istotnie, ma pani rację – odparł patrząc na Julię, jakby oceniała go niesprawiedliwie. – Prawdę mówiąc, musiałem się gęsto tłumaczyć naszej londyńskiej centrali. Ale cóż poradzić, taki biznes… Nawiasem mówiąc, nie ma tego złego… Nasza filia w Nowym Jorku przy okazji odkryła innego van Huysa: Wekslarza z Leuven.
– “Odkryła” to trochę za dużo powiedziane. To znany obraz, figuruje w katalogach. Należy do prywatnego kolekcjonera.
– Jak widzę, jest pani świetnie poinformowana. Chodziło mi o to, że jesteśmy w trakcie negocjacji z właścicielem. Chyba wyczuł, że może teraz na nim dobrze zarobić. Tym razem moi nowojorscy koledzy uprzedzili konkurencję.
– Winszuję.
– Pomyślałem, że moglibyśmy to uczcić. – Zerknął na swojego rolexa. – Dochodzi siódma, więc zapraszam panią na kolację. Musimy omówić nasze przyszłe wspólne przedsięwzięcia… Mam rzeźbę w drewnie, polichromowaną. Siedemnastowieczna szkoła z Indii Portugalskich. Chciałbym, żeby rzuciła pani na to okiem.
– Bardzo panu dziękuję, ale nie jestem w nastroju. Śmierć przyjaciółki, ta cała afera z obrazem… Nie byłabym dziś wymarzoną towarzyszką.
– Szkoda. – Montegrifo przyjął jej odmowę z galanterią, nie przestając się uśmiechać. – Jeżeli nie ma pani nic przeciwko temu, zadzwonię na początku przyszłego tygodnia… Może w poniedziałek?
– Zgoda. – Julia wyciągnęła dłoń, którą dyrektor uścisnął delikatnie. – I dziękuję za odwiedziny.
– Spotkanie z panią to zawsze wielka przyjemność, Julio. Jeśli będzie pani czegokolwiek potrzebować – spojrzał jej głęboko w oczy z intencją niełatwą do odczytania – podkreślam, czegokolwiek, wszystko jedno. Proszę się nie wahać, tylko dzwonić.
Poszedł, posyłając jej od progu ostatni olśniewający uśmiech. Julia została sama. Jeszcze pól godziny popracowała nad Buoninsegną i też zaczęła się zbierać. Muńoz i Cesar przekonywali ją, żeby przez parę dni nie pokazywała się w domu, antykwariusz zaoferował jej gościnę. Julia jednakże twardo obstawała przy swoim, zmieniła tylko zamek w drzwiach. Uparta i niezłomna, jak z wyrzutem w głosie określił jej postawę Cesar, dzwoniąc raz po raz, żeby się dowiedzieć, czy wszystko w porządku. Co zaś się tyczyło Muńoza, Julia wiedziała (antykwariusz nie zdołał utrzymać tajemnicy), że noc po zamordowaniu Menchu obydwaj spędzili na straży w pobliżu jej domu, ogrzewając skostniałe ciała kawą z termosu i piersiówką koniaku, którą Cesar przewidująco zabrał ze sobą. Sterczeli tam ładnych parę godzin, otuleni w płaszcze i szaliki, i zacieśniali przedziwną przyjaźń, którą wskutek dramatycznego obrotu spraw te dwie jakże różne postacie zdołały przy Julii zawiązać. Dowiedziawszy się o wszystkim, Julia zabroniła im powtarzania podobnych wybryków. W zamian obiecała, że nikomu nie będzie otwierać i że będzie sypiać z derringerem pod poduszką.
Spojrzała na pistolet, kiedy pakowała rzeczy do torebki, i musnęła czubkami palców chłodny metal lufy. Mijał czwarty dzień od śmierci Menchu. Nie pojawiły się nowe karteczki, nie było głuchych telefonów. Może – pomyślała bez przekonania – koszmar się skończył.