Krolowa Zimy [The Snow Queen-pl]
- Автор: Виндж Джоан
- Год: 1993
- Язык: польский
- Год: Phantom Press International
- ISBN: 83-7075-233-0
- Переводчик: Janusz Pultyn
- Жанр: Научная фантастика
Электронная книга - «Krolowa Zimy [The Snow Queen-pl]». Краткое содержание книги:
Ze względów astronomicznych Tiamat ma tylko dwie pory roku, trwające po około 150 lat — Lato i Zimę. Podczas Lata rządzą Letniacy, lud zabobonny, odrzucający technikę, a Zimą Zimacy, lud współpracujący z Hegemonią i bezlitośnie eksploatujący swoją planetę. W czasie lata Tiamat, z powodu bliskości czarnej dziury, jest niedostępna dla statków kosmicznych i transport wody życia urywa się.
Nadchodzi czas zmiany warty. Ustępująca Królowa Zimy nie zamierza ustąpić i nie chce się pogodzić ze swoją rytualną śmiercią na zakończenie Zimy. Sprawia, że kilka kobiet Letniaków urodzi jej klony… Spisek ma doprowadzić do przedłużenia jej panowania.
Zdobyła nagrody Hugo i Locusa w 1981.
Nominowana do nagrody Nebula w 1981.
Koniec analizy. Z dala dobiegł ją krzyk sybilli, oznaczający koniec Przekazu, wznosił się na złotych skrzydłach w spiralnym tunelu, którego drugim końcem była całkowita ciemność. Dosłyszała inny głos, nie mogła wychwycić jego znaczenia — wysoką, piskliwą, bezrozumną pieśń. Uniosła dłonie do ust, przycisnęła — dopiero teraz poznała, że może nimi poruszać — uszczypnęła się, zdumiona odczuciem i milczeniem. Uświadomiwszy sobie doznanie, poczuła jego dziką siłę, rozpalone do czerwoności włókienka mięśni i ścięgien poddanych torturze ich przejścia… ich przejścia. Przekaz się skończył.
Otworzyła oczy, głodna, żądna, wyczekująca światła. I światło odpłaciło się jej kaskadą blasku, zalało jej źrenice, aż krzyknęła z radości/bólu. Zerkając przez palce, mokre od wyciśniętych łez, dostrzegła twarz Silky'ego tkwiącą przed nią jak krzywe zwierciadło, jego mleczne, przejrzyste oczy wpatrywały się w nią z nieodgadnionym zainteresowaniem.
— Silky. — Nie oddzielał ich żaden kokon. — Wydawałeś mi się Śmiercią… — Dotknęła swego ciała, napawając się odczuciem własnej materialności. W bezźródłych komnatach Miejsca Pustki tak jak poprzednio miała halucynacje, pożerały ją jej najbardziej prymitywne lęki. Odarta jest ze wszystkich zmysłów; ma ciało z próżni: skórę, kości, mięśnie… duszę. A Śmierć znów przyszła do niej we śnie o głębszym mroku i zapytała: Kto posiada twe ciało i krew? A ona szepnęła — Ty. — Kto jest silniejszy nad życie, nad wolę, nad nadzieję i miłość? — Ty.
A kto jest silniejszy ode mnie?
Drżącym głosem:
— Ja.
I Śmierć się usunęła, pozwoliła jej przejść…
Z powrotem przez tunele poza czasem, w światło dnia.
— Jestem! — zaśmiała się radośnie. — Spójrzcie na mnie! Jestem… Jestem, jestem! — Macki Silky'ego złapały za tkwiącą między nimi tablicę sterującą, gdy zniszczyła niepewną równowagę. — Jestem sybillą.
— Tak, moja droga… — dobiegł ją głos Elsevier; spojrzała w górę. Elsevier unosiła się w powietrzu, wyzwolona z kokonu, lecz nie poruszała się swobodnie. — Znalazłaś drogę powrotną, tak bardzo się cieszę.
Moon przestała się uśmiechać, w głosie Elsevier dosłyszała słabość.
— Elsie? — Moon i Silky wzbili się jak niezdarni pływacy, odpychając się od tablicy stabilizującej; przytrzymali się przyrządów zawieszonych nad głową Elsevier. — Elsie, dobrze się czujesz? — Wyciągnęła wolną rękę.
— Tak, tak… doskonale. Oczywiście. — Elsevier miała zamknięte oczy, lecz spod każdej powieki wypływała srebrzysta strużka płynu. Niemal szorstko odepchnęła dłoń Moon; dziewczyna nie potrafiła stwierdzić, czy płacze z bólu, dumy, obu odczuć czy żadnego z nich.
— Dzięki swej odwadze zaczęłaś poprawiać rzeczy. Teraz musisz znaleźć odwagę, by dojrzeć, że kończymy to, co zaczęliśmy. — Otworzyła oczy i wytarła twarz, jakby budziła się z własnych mrocznych snów.
Moon spojrzała na morze powietrza na ekranie, przed nimi nie było żadnych Wrót, jedynie rudawe płomyczki świec tysięcy tysięcy gwiazd, wśród nich były i Bliźnięta… niebo domu, Tiamat.
— Najgorsze mamy już za sobą, Elsie. Cała reszta będzie prosta.
Ale Elsevier nic nie odpowiedziała, Silky patrzył w milczeniu tylko na nią.
24
— BZ, wolałabym nie wyznaczać wam tego obowiązku; ale nie mogę już dłużej tego odwlekać. — Jerusha stała przy oknie swego biura, wyglądała przez nie, choć jedynym widokiem była ślepa ściana. Zamknięta. Zamknięta…
— W porządku, pani komendant. — Gundhalinu siedział na baczność na krześle dla gości, pogodna zgoda jego głosu ogrzewała jej plecy. — Mówiąc prawdę, chętnie wyrwę się na trochę z Krwawnika. Pewni ludzie skłaniają się trochę za bardzo do “obijaczy”… Ulży mi, gdy odetchnę świeżym powietrzem, choćby od tego zsiniały mi płuca. — Uspokoił ją uśmiechem, gdy się odwróciła. — Nie przejmuję się nimi, pani komendant. Wiem, że wykonuję mą pracę… wiem też, kto wykorzystuje osobistą niekompetencję jako wymówkę, by pani wypadała źle. — Oburzenie ściągnęło mu twarz. — Muszę jednak przyznać, że towarzystwo podwładnych… nuży każdego.
Uśmiechnęła się słabo.
— Zasługujecie na odpoczynek, BZ, bogowie zaświadczą; choć ściganie złodziei w tundrze jest tylko marnowaniem waszego czasu. — Pochyliła się nad biurkiem ostrożnie, starając się nie przewrócić żadnego stosu. — Chciałabym nie musieć wysyłać was, byście nadzorowali bezpieczeństwo portu gwiezdnego, bo, u licha, nie wiem, jak bez waszej pomocy zdołam tu sobie radzić. — Spuściła oczy, wstydząc się trochę, że to przyznaje; nie mogła jednak nie wyrazić swej wdzięczności za jego niezłomną lojalność.
Roześmiał się, kręcąc głową.
— Nie potrzebuje pani nikogo, pani komendant. Nie mogą pani tknąć, póki się pani nie załamuje.
Och, ale się zatamuję… i oni dotykają, codziennie. Potrzebowałam tych słów otuchy, jak życie potrzebuje słońca. Nigdy by jednak tego nie zrozumiał. Dlaczego ona nie urodziła się z poczuciem najwyższej wartości własnej, która zdawała się być nieodłączna od każdego Kharemoughi? Bogowie, musi to być wspaniałe, nigdy nie musieć szukać u innych zapewnień, że czyni się słusznie! Nawet gdy awansowała go na inspektora, nigdy nie przyszło mu do głowy, że mogło za tym stać cokolwiek innego niż jego przydatność na stanowisko oficerskie.
— Cóż, to i tak kwestia miesięcy.
— Już za kilka miesięcy będzie po wszystkim, pani komendant. Nadejdzie Tysiąclecie! Już za kilka miesięcy nastąpi Zmiana i będziemy mogli porzucić tę bryłę błota, zapomnieć o niej do końca życia.
— Staram się nie sięgać tak daleko w przyszłość. Jeden dzień naprzód, tak podchodzę do rzeczy. — Bezmyślnie przełożyła stosik kart z podaniami.
Gundhalinu wstał, w jego oczach pojawiła się troska.
— Pani komendant… jeśli potrzebuje pani kogoś, kto będzie wypełniał pani rozkazy podczas mej nieobecności, proszę wziąć KraiVieuxa. Otoczył się twardą skorupą, lecz myśli co najmniej połową mózgu… uważa też, że stara się pani pracować uczciwie.
— Naprawdę? — spytała ze zdumieniem. KraiVieux był starym oficerem, jednym z ostatnich, u których by podejrzewała najmniejszą nawet skłonność do akceptowania jej. — Dzięki, BZ. To mi pomoże. — Uśmiechnęła się znowu, tylko z małym wysiłkiem.
Kiwnął głową.
— Cóż, chyba lepiej zacznę się pakować. Pani komendant… niech pani dba o siebie.
— Wy też, BZ — odpowiedziała na jego salut, patrzyła, jak wychodzi z biura. Doznała nagłego, szarpiącego przeczucia, że już nigdy więcej go nie zobaczy. Przestań! Chcesz sprowadzić na niego pecha? Okrążając biurko, sięgnęła do kieszeni po paczkę iestów; niepewną ręką odpowiedziała na brzęczenie łączności wewnętrznej.
25
Arienrhod siedziała cierpliwie, z rękoma spoczywającymi na żyłkowanym marmurze szerokiego blatu, podczas gdy ostatni w tym dniu z procesji miejscowych i pozaziemskich gości przedstawiał swe prośby i plany. Z połowiczną uwagą słuchała jego niezdarnej mowy. Uznała, że jego rodzimym językiem jest umicki z Samathe, lecz nie pozwoliła mu na niego przejść. Znała umicki, w ciągu lat nauczyła się prawie stu języków i dialektów, lubiła jednak zmuszać pozaziemców do używania jej mowy, gdy przybywali na dwór o coś prosić.