Бесплатная библиотека
Читайте книгу на сайте или телефоне
READ-E-BOOK » Научная фантастика » Krolowa Zimy [The Snow Queen-pl]
Krolowa Zimy [The Snow Queen-pl] - Читать Любимую Русскую Полную Книгу 👉 Read-E-Book.com

Krolowa Zimy [The Snow Queen-pl]

Электронная книга - «Krolowa Zimy [The Snow Queen-pl]». Краткое содержание книги:

Planeta Tiamat należy do konfederacji skolonizowanych przez ludzkość światów, zwanej Hegemonią. Faktyczną władzę dzierży technokracja z planety Kharemough. Tiamat jest cywilizacyjnie zacofana, pokryta w większości oceanem, z osadnictwem rozlokowanym na licznych archipelagach. Na Tiamat występuje jednak wielkie bogactwo — woda życia, wyciąg z krwi merów — morskich zwierząt. Jej zażywanie pozwala przedłużać życie.
Ze względów astronomicznych Tiamat ma tylko dwie pory roku, trwające po około 150 lat — Lato i Zimę. Podczas Lata rządzą Letniacy, lud zabobonny, odrzucający technikę, a Zimą Zimacy, lud współpracujący z Hegemonią i bezlitośnie eksploatujący swoją planetę. W czasie lata Tiamat, z powodu bliskości czarnej dziury, jest niedostępna dla statków kosmicznych i transport wody życia urywa się.
Nadchodzi czas zmiany warty. Ustępująca Królowa Zimy nie zamierza ustąpić i nie chce się pogodzić ze swoją rytualną śmiercią na zakończenie Zimy. Sprawia, że kilka kobiet Letniaków urodzi jej klony… Spisek ma doprowadzić do przedłużenia jej panowania.

Zdobyła nagrody Hugo i Locusa w 1981.
Nominowana do nagrody Nebula w 1981.
1 ... 56 57 58 59 60 61 62 63 64 ... 138
Перейти на страницу:

Tor obejrzała się z rozmyślną powolnością i spojrzała na Herne'a. Opierał się ciężko o framugę drzwi, jego bezsilne nogi otaczał niezgrabny, sztucznie napędzany szkielet wewnętrzny, dzięki któremu mógł się jakoś poruszać. Krótka, wycięta szata narzucona beztrosko stawiała go na skraju nieprzyzwoitości. Skrzywiła się.

— Mam ważną randkę. Co cię to obchodzi, babciu?

— Idziesz tak ubrana?

Zerknęła na swój kombinezon; ujrzała w zwierciadle pamięci własną twarz pozbawioną malowideł — swą ponurą, prawdziwą osobę, zmęczoną udawaniem, że jest kimś innym, z chęcią patrzącą na cienkie, mysie włosy, wystające spod peruki i złotej czapeczki.

— Czemu nie?

— Tylko ty możesz zadać takie pytanie — prychnął z niezadowoleniem, szarpnął za swą szatę. Miał przekrwione oczy, twarz obwisłą ze zmęczenia i nadużywania narkotyków.

— Gdybym cię ubierał, starając się cię zmienić, wydatki niewiele by dały. — Widziała, jak w zadowoleniu zaciska wargi. Czas nie uczynił jej podobną jemu. I nigdy nie uczyni. Była umówiona na spotkanie ze Sparksem Dawntreaderem, nie na randkę z kochankiem; lubiła go teraz nawet mniej niż Herne'a. Z trudem przypominała sobie wystraszonego Letniaka, którego znalazła na alejce. Ona zmieniła się zewnętrznie od tego dnia, czasami z trudem rozpoznawała swą twarz, ale wiedziała, że jeśli odrzuci wszystkie przebrania, zawsze odnajdzie siebie. Obserwowała wewnętrzne przeobrażenia w Sparksie Dawntreaderze, sprawiały wrażenie, jakby był poddawany powolnemu dławieniu przez coś nieludzkiego…

— Na miłość bogów, czemu tu sterczysz w korytarzu jak kołek w płocie? Szpiegujesz dla mnie, a nie mnie, zapomniałeś? Łyknij sobie i idź spać; jak będziesz mógł pracować, skoro cały dzień jesteś na nogach? — Wolałaby spać bezpiecznie w swych eleganckich pokojach na górze, a nie wychodzić na niewdzięczne spotkanie ze świtem.

— Nie mogę spać. — Pochylił głowę, potarł twarzą o ramię. — Nie mogę już spać, wszystko tu śmierdzi… — przerwał i spojrzał na nią nagle, szukając czegoś bez skutku. Twarz znowu mu stwardniała. — Zostaw mój tyłek w spokoju!

— No to odstaw narkotyki. — Ruszyła dalej.

— Co ona robiła tu w nocy? — zatrzymał ją głosem.

Tor znowu się zatrzymała, rozpoznała nacisk na słowo, wiedziała, że i on wie, kto o północy przechodził tędy do Źródła. Arienrhod, Królowa Śniegu. Była otulona w ciężki płaszcz, tak jak i jej goryl, lecz Tor była Zimakiem, poznała swą władczynię. Zdziwiła się, że uczynił to i Herne, że obchodzi go, co tu robiła.

— Przyszła na spotkanie ze Źródłem. Po co, możesz się domyślać tak samo jak ja.

Zaśmiał się nieprzyjemnie.

— Mogę się domyślać, czego nie robili. — Rozejrzał się po korytarzu, znów zerknął na nią. — Zbliża się ostatnie Święto; nadciąga dla Arienrhod kres wszystkiego. Może jednak nie jest wcale gotowa na oddanie wszystkiego Letniakom? — Uśmiechnął się twardo, z niezrozumiałą radością.

Tor stała cicho, rozważając, czy Zmiana nie jest nieunikniona.

— Musi. Tak zawsze było; inaczej doszłoby do… wojny czy czegoś takiego. Zawsze się na to godziliśmy. Gdy Letniacy nadejdą

Prychnął drwiąco.

Tacy jak ty godzą się na Zmianę! Tacy jak Arienrhod sami dokonują zmian. Czy zrezygnowałabyś ze wszystkiego, będąc Królową od stu pięćdziesięciu lat? Gdybyś mogła zajrzeć do oficjalnych zapisów, postawiłbym wszystko, że przekonałabyś się, iż każda poprzednia Królowa Śniegu starała się zachować Zimę na zawsze. I żadnej się nie udało. — Uśmiechnął się znowu. — Żadnej.

— Co możesz o tym wiedzieć, cudzoziemcze? — Tor machnęła ręką, lekceważąc jego wymysły. — To nie twój świat. Nie jest twoją Królową.

— Jest nią. — Uniósł wzrok, lecz nad nimi był tylko sufit. Odsunął się, powłócząc nogami w żelaznej klatce, odwrócił się od niej. — Arienrhod będzie zawsze Królową mego świata.

23

Czas się cofa. Tak jak poprzednio Moon wisiała zawieszona w otoczonym przyrządami kokonie w sercu statku. Wszystko takie samo jak kiedyś… nawet wstrząsający widok Czarnych Wrót na ekranie przed nimi. Jakby nigdy ich nie pokonywała, jakby nigdy nie postawiła nogi na innej planecie, nigdy nie została wtajemniczona u źródła wiedzy pod kierunkiem obcego, sybilli, która nie miała prawa istnieć w jej wszechświecie. Jakby przez jedną, fatalną chwilę nie utraciła pięciu lat życia.

— Moon, moja droga. — Z góry dobiegł ją niepewny głos Elsevier; przynaglał ją łagodnie ze spokojnym natężeniem. Niewidzialna pajęczyna kokonu już ją zamknęła, tak iż nie mogła spojrzeć w jej twarz. Było jej coraz trudniej oddychać, a może to ściskało ją własne napięcie. Zamknęła oczy, poczuła drżenie przechodzące przez statek; grożące mu nieuniknionym zniszczeniem, chyba że ona… Znów otworzyła oczy, by spojrzeć w straszliwą twarz sądu.

Ale Czarne Wrota nie są obliczem Śmierci — to jedynie zjawisko astronomiczne, dziura w kosmosie wybita na początku czasu, zapadająca się stale w siebie. Osobliwość jego jądra leżała w jakiejś innej rzeczywistości, w nie kończącym się dniu, zdającym się jej niebem dla umierających słońc tej nocy. Wokół tego jądra tkanka przestrzeni skręcała się w gigantycznym wirze studni grawitacyjnej czarnej dziury. Pomiędzy zewnętrzną rzeczywistością znanego jej wszechświata a wewnętrzną osobliwości leżała strefa, w której osiągalna jest nieskończoność, w której przestrzeń i czas zmieniały biegunowość, gdzie można było przemieszczać się między nimi bez ograniczeń prawami zwykłej czasoprzestrzeni. Tę dziwną otchłań przebijały kanaliki, pierwotne rany powstałe przy wybuchu rodzącym wszechświat i spowodowane niezliczonymi oddzielnymi trupami umierających gwiazd. Przy odpowiedniej wiedzy i właściwych przyrządach statek gwiezdny mógł przeskoczyć jak myśl z jednego kąta znanego kosmosu w drugi.

Nawet statki gwiezdne Starego Imperium, podróżujące szybciej od światła, korzystały z tych Wrót, ponieważ nie mogły pokonywać natychmiastowo odległości międzygwiezdnych. A teraz, gdy najbliższe znane źródło rzadkiego pierwiastka koniecznego przy napędzie gwiezdnym znajdowało się w układzie planetarnym oddalonym od Kharemough o tysiąc lat świetlnych, jego statki nie mogły dotrzeć tam bezpośrednio nawet w ciągu tygodni czy miesięcy. Zrobiłyby to powtórnie tylko wtedy, gdyby zostały wysłane do tamtego układu po to, by odzyskać napęd gwiezdny, a z nim przynieść Nowe Tysiąclecie.

Mimo iż ekran ukazywał jedynie drobny ułamek całkowitego promieniowania czarnej dziury, nie mogła dostrzec, co leży w jej skrytym jądrze. Światło, które wpadło w dziurę, nigdy się z niej nie wydostanie. Widziany przez nią oślepiający blask był obrazem zamrożonym na granicy widzialności tego wszechświata. Wszystkie drogi wszystkich rzeczy, które kiedykolwiek prowadziły do Wrót — statków, pyłu, żywych istot — zabarwiały się tam na czerwono na horyzoncie czasu; krzyk rozpaczy odbijał się echem w całym zakresie fal elektromagnetycznych, rozbrzmiewał ciągle przez całą wieczność.

Jak modlitwę powtarzała litanię wszystkiego, czego się dowiedziała: wierzy, iż sybille są powszechną prawdą; wierzy w umiejętności i mądrość Starego Imperium; wierzy, iż Miejsce Pustki nie jest krainą Śmierci, że nie jest straszniejsze niż martwe komórki mózgu komputera.

Ma to zrobić; nie zawiedzie. Można przekroczyć każde wrota, nie ma otchłani przestrzeni czy czasu, której nie da się pokonać, żadnej przepaści niezrozumienia czy wiary, nie ma, dopóki tylko trwa przy swym celu. Skupiła wzrok na obrazie na ekranie, wchłaniała go świadomie. Wypowiedziała znajome/obce słowo, które wreszcie pojawiło się na jej wargach. Wejście… l runęła w mrok.

1 ... 56 57 58 59 60 61 62 63 64 ... 138
Перейти на страницу:
0
Сюжет
  • 1
  • 2
  • 3
  • 4
  • 5
  • 6
  • 7
  • 8
  • 9
  • 10
0
Атмосфера
  • 1
  • 2
  • 3
  • 4
  • 5
  • 6
  • 7
  • 8
  • 9
  • 10
0
Главный герой
  • 1
  • 2
  • 3
  • 4
  • 5
  • 6
  • 7
  • 8
  • 9
  • 10
0
Общее впечатление
  • 1
  • 2
  • 3
  • 4
  • 5
  • 6
  • 7
  • 8
  • 9
  • 10
Итоговая оценка: 0.0 из 10 (голосов: 0 / История оценок)