Бесплатная библиотека
Читайте книгу на сайте или телефоне
READ-E-BOOK » Научная фантастика » Krolowa Zimy [The Snow Queen-pl]
Krolowa Zimy [The Snow Queen-pl] - Читать Любимую Русскую Полную Книгу 👉 Read-E-Book.com

Krolowa Zimy [The Snow Queen-pl]

Электронная книга - «Krolowa Zimy [The Snow Queen-pl]». Краткое содержание книги:

Planeta Tiamat należy do konfederacji skolonizowanych przez ludzkość światów, zwanej Hegemonią. Faktyczną władzę dzierży technokracja z planety Kharemough. Tiamat jest cywilizacyjnie zacofana, pokryta w większości oceanem, z osadnictwem rozlokowanym na licznych archipelagach. Na Tiamat występuje jednak wielkie bogactwo — woda życia, wyciąg z krwi merów — morskich zwierząt. Jej zażywanie pozwala przedłużać życie.
Ze względów astronomicznych Tiamat ma tylko dwie pory roku, trwające po około 150 lat — Lato i Zimę. Podczas Lata rządzą Letniacy, lud zabobonny, odrzucający technikę, a Zimą Zimacy, lud współpracujący z Hegemonią i bezlitośnie eksploatujący swoją planetę. W czasie lata Tiamat, z powodu bliskości czarnej dziury, jest niedostępna dla statków kosmicznych i transport wody życia urywa się.
Nadchodzi czas zmiany warty. Ustępująca Królowa Zimy nie zamierza ustąpić i nie chce się pogodzić ze swoją rytualną śmiercią na zakończenie Zimy. Sprawia, że kilka kobiet Letniaków urodzi jej klony… Spisek ma doprowadzić do przedłużenia jej panowania.

Zdobyła nagrody Hugo i Locusa w 1981.
Nominowana do nagrody Nebula w 1981.
1 ... 61 62 63 64 65 66 67 68 69 ... 138
Перейти на страницу:

Podciągnął się na skałę, spętany sztywnością mięśni i chłodem, aż mógł spojrzeć na nią z góry. Głosem drżącym z wściekłości powiedział:

— Wszyscy jesteście aresztowani za morderstwo i rabunek. Zabieram was do portu gwiezdnego, gdzie zostaniecie osądzeni. — Sam nie bardzo wierzył, że to powiedział.

Stara kobieta spojrzała na niego niedowierzająco i wybuchnęła sprośnym, otulonym mrozem śmiechem, obejmując się rękoma. Reszta bandytów zaczęła się gromadzić wokół nich, nie interesując się swą poprzednią ofiarą, gdy tylko ta przestała istnieć.

— Słyszycie go? — Wskazała twarz Gundhalinu wykrzywionym przez reumatyzm palcem. — Słyszycie, co nam mówi ten smarkaty obcy o brudnej skórze? Myśli, że jesteśmy aresztowani! Co na to powiecie? — machnęła ręką.

— Musiał zwariować — uśmiechnął się jeden z mężczyzn, Gundhalinu uznał, że są tu trzej mężczyźni i jeszcze jedna kobieta wydawało mu się, że smarkacz jest dziewczyną, ale nie miał pewności. Ten przeklęty świat wywracał na opak wszystkie cywilizowane obyczaje, niczego nie mógł osądzić wedle znanych mu reguł.

Jedno jednak rozumiał jasno — nie wyjdzie z tego żywy. Teraz zabiją jego. Ta świadomość go oszołomiła, oparł się mocno o skałę. Widział, jak podnoszą okulary, by lepiej mu się przyjrzeć, w ich otoczonych białymi obwódkami, błękitnych jak niebo oczach nie dostrzegł śladu litości. Jeden z napastników pomacał rękaw jego kurtki, wyrwał rękę.

— Co z nim zrobimy? — Smarkacz odsunął jednego z mężczyzn, by lepiej widzieć. — Czy mogę go dostać? Och, pozwól, mamo! — Ogłuszacz znów skierował się w jego stronę. Gundhalinu zrozumiał, że te słowa były zwrócone do starej kobiety. — Do mojej kolekcji.

Doznał nagłej wizji własnej pokaleczonej głowy, natkniętej na kij, jak kawałek mięsa w jakiejś przerażającej lodówce kostnicy. Znowu poczuł mdłości i przycisnął język do podniebienia. Bogowie!… och, bogowie, tylko nie to. Skoro mam umrzeć, to czysto… i szybko.

— Zamknij się, smarku — powiedziała baba ostro. Dziewczyna wykrzywiła się za jej plecami.

— Zabijmy go teraz, szamanko — powiedziała inna kobieta. — Pobawmy się z nim przed śmiercią. Wtedy inni obcy będą się bać tu przychodzić.

— Jeśli mnie zabijecie, nigdy nie przestaną was ścigać! — Gundhalinu zrobił krok naprzód i ujrzał wyskakujące z ukrytych pochew dwa noże. — Nie zdołacie się wywinąć z morderstwa na inspektorze policji. Nie spoczną, póki was nie złapią. — Wiedział, że mówi tak tylko dlatego, by siebie pocieszyć, że to nieprawda. Czuł niepewność kłamstw, wiedział, że czują ją i tamci. Zaczął drżeć.

— A skąd będą wiedzieć, co tu się stało? — Stare babsko znów się uśmiechnęło. Zęby miała piękne, białe jak śnieg. Wbrew sobie zastanowił się, czy są prawdziwe. — Możemy rzucić twe ciało w szczelinę, a lód zgniecie kości. Nawet wszystkie wasze bogi nie dowiedzą się, gdzie leżysz! — Nagle chwyciła coś wiszącego u jej boku i walnęła go w pierś, rzucając na skałę z pomrukiem zdziwienia. — Myślisz, że ty, obcy, możesz nas ścigać na naszym terenie? Jestem Matką. Ziemia jest moim kochankiem, skały, ptaki i zwierzęta to moje dzieci. Mówią do mnie, znam ich język. — Gniew zmienił jej oczy w porcelanę. — Powiedzieli mi, jak upolować łowcę. A teraz chcą ofiary, chcą nagrody.

Gundhalinu spojrzał na długą rurkę z błyszczącego metalu, która przyciskała go do oblodzonej skały, rozpoznał policyjną latarkę elektronową, nim znowu zmętniały mu oczy. Stał prosto ze sztywną godnością, wysiłkiem woli panował nad odruchami fizycznymi, gdy stara wiedźma powoli się cofała. Także inni odeszli poza zasięg wiru energii, zostawiając go samego w kręgu pędzącego śniegu. Usta i płuca bolały go od lodowatego powietrza. Każdy oddech może być teraz ostatni, ale przez pamięć nie przewinęła mu się taśma ze scenami z całego życia, nie doznał żadnego objawienia powszechnej prawdy… w ostatnich chwilach życia nie czuł nic; zupełnie nic…

Stara kobieta uniosła latarkę i przycisnęła spust.

Gundhalinu zatoczył się od ciosu, który nie padł; otworzył oczy, nie pamiętał, kiedy je zamknął, i ujrzał, że baba przyciska spust raz za razem, bez żadnego skutku. Mruczała coś wściekle, potrząsając latarką. Przyglądający się chciwie inni klęli gniewnie.

Inspektor podszedł niepewnie i wyciągnął rękę.

— Daj — ustawię to za ciebie.

W wyblakłych niebieskich oczach pojawiło się zdumienie, wyszarpnęła latarkę poza jego zasięg. Stał cierpliwie z wyciągniętą dłonią.

— Zacięła się. Stale tak się dzieje. Naprawię, jeśli mi pozwolisz.

Skrzywiła się, lecz wyraz jej twarzy zmienił się lekko i nieznacznie skinęła głową. Zobaczył, jak celują teraz w niego dwa ogłuszacze, wiedział, że nie uda mu się uciec. Wcisnęła mu w dłoń latarkę.

— To ją napraw, skoro tak ci spieszno do śmierci. — Sugerowała tonem, że zwariował; zastanowił się, czy jest tak rzeczywiście.

Ukląkł, czując, jak śnieg gryzie go przez tkaninę spodni. Położył latarkę na udach, zdjął rękawice i otworzył sakwę z narzędziami, którą miał przy pasie. Wyjął cienki jak włos namagnetyzowany pręt i włożył go do otworu w spodzie rękojeści, zaczął pewnie gmerać w ukrytym mechanizmie. Jego spocone dłonie przywierały do mroźnego metalu, ledwo to zauważał. Posuwając się wzdłuż niewidocznych ścieżek, dotarł do odpowiedniego skrzyżowania i rozdzielił dwie złączone części. Ostrożnie wyciągnął drut, rad, że chodziło o kłopot, który podejrzewał. Odłożył pręt na miejsce, dziwiąc się własnej staranności, i oddał latarkę starej kobiecie. Spojrzał w jej oczy bez wyrazu.

— Powinno teraz działać. Niepotrzebnie kradniecie nasze narzędzia, skoro nie wiecie, jak się nimi posługiwać.

Wyrwała mu latarkę wraz z naskórkiem. Skrzywił się, lecz ręce miał nieczułe i niepotrzebne, jak z drewna. Podobnie twarz i umysł. Wstał, zostawiając rękawiczki u swych stóp. Przynajmniej dowiódł swej wyższości nad tymi dzikusami, wreszcie może umrzeć czysto, z honorem, od własnej broni.

Tym razem jednak nie wycelowała latarką w niego. Odwróciła się i skierowała ją w stronę kępy wiecznie zielonych krzewów rosnących u podnóża ściany urwiska. Wystrzeliła; usłyszał elektryczny trzask promieniowania i mały wybuch, po którym jeden drzewiasty krzak stanął w płomieniach. Wokół rozległy się pochwalne krzyki, żądza śmierci powróciła na dzikie, bezlitosne twarze.

Baba machnęła na niego latarką.

— Dobrze się spisałeś, obcy — wyskrzeczała, uśmiechając się bez śladu ludzkich uczuć.

Kącikiem oka patrzył na płonące drzewo. Dym uderzał w ścianę urwiska; zapach spalenizny był przejmująco obcy. Ale przypalone ludzkie ciało pachnie tak jak każde inne mięso…

— Jestem Kharemoughi. Potrafię z zawiązanymi oczami naprawić każde urządzenie. Dzięki temu stoję wyżej niż zwierzęta.

— Ale umrzesz jak każdy z nas, prawda, obcy? Naprawdę chcesz zginąć?

— Jestem gotów umrzeć. — Wyprostował się; całe jego ciało zdawało się teraz należeć do kogoś innego.

Uniosła latarkę, ręce drżały jej lekko pod jej ciężarem. Zacisnęła dłoń wokół spustu i spojrzała w twarz Gundhalinu, pragnąc, by się załamał i zaczął błagać o życie. Umrze jednak, a nie da im tej satysfakcji… wiedział też, że i tak zginie.

1 ... 61 62 63 64 65 66 67 68 69 ... 138
Перейти на страницу:
0
Сюжет
  • 1
  • 2
  • 3
  • 4
  • 5
  • 6
  • 7
  • 8
  • 9
  • 10
0
Атмосфера
  • 1
  • 2
  • 3
  • 4
  • 5
  • 6
  • 7
  • 8
  • 9
  • 10
0
Главный герой
  • 1
  • 2
  • 3
  • 4
  • 5
  • 6
  • 7
  • 8
  • 9
  • 10
0
Общее впечатление
  • 1
  • 2
  • 3
  • 4
  • 5
  • 6
  • 7
  • 8
  • 9
  • 10
Итоговая оценка: 0.0 из 10 (голосов: 0 / История оценок)