Бесплатная библиотека
Читайте книгу на сайте или телефоне
READ-E-BOOK » Фэнтези » Zaginiony Legion [The Misplaced Legion - pl]
Zaginiony Legion [The Misplaced Legion - pl] - Читать Любимую Русскую Полную Книгу 👉 Read-E-Book.com

Zaginiony Legion [The Misplaced Legion - pl]

Электронная книга - «Zaginiony Legion [The Misplaced Legion - pl]». Краткое содержание книги:

W 46 roku p.n.e. rzymski legion pod wodzą Marka Emiliusza Scaurusa podczas zwiadu w Galii natyka się na nieprzyjacielskie oddziały Celtów kierowane przez Viridoviksa. Przywódcy wrogich wojsk postanawiają sami stoczyć pojedynek. Jednak w chwili gdy krzyżują swe identyczne, pokryte druidzkimi runami miecze, wszyscy Rzymianie po krótkim oślepieniu tajemniczą jasnością odkrywają, że znajdują się w innym świecie.
1 ... 54 55 56 57 58 59 60 61 62 ... 104
Перейти на страницу:

Świątynia napełniała się równomiernie; spóźnialscy narzekali zajmując miejsca odległe od centralnego ołtarza. Jednak podłoga opadała niemal niedostrzegalnie ku środkowi, tak że nikt nie był pozbawiony widoku ołtarza.

Soteryk wkroczył do środka z godnością równą dumie, z jaką obnosił swoją narzutę z wilczej skóry i obcisłe spodnie, które nie pozostawiały wątpliwości, że jest Namdalajczykiem. Zauważywszy Skaurusa, przesłał mu salut. Lecz nawet jego chłodne opanowanie zaczęło się rysować, kiedy spotkał się ze wzrokiem boga na kopule. Pod ciężarem tego spojrzenia jego dumnie wyprężone ramiona opadły nieco i usiadł z wyraźną ulgą. Marek nie miał do niego o to pretensji; nie byłby człowiekiem, gdyby nie poruszył go nagły widok tego wszechwiedzącego, majestatycznego zmarszczenia brwi.

Niski pomruk rozmów rozbrzmiewających w Świątyni zamarł, gdy chór mnichów w błękitnych szatach wmaszerował w szeregu na kolistą przestrzeń i ustawił się wokół ołtarza. W towarzystwie zebranych wiernych i przy akompaniamencie czystych tonów ręcznych dzwonków, rozbrzmiewających z tyłu za trybunem, mnisi zaśpiewali hymn ku chwale Phosa.

Marek musiał poprzestać na słuchaniu, bowiem nie znał słów. Słuchanie też niewiele mu dało, bowiem kantyczkę śpiewano w tak archaicznym dialekcie, że rozumiał tylko poszczególne słowa. Nieco znudzony, chciał niegrzecznie odwrócić głowę, by przyjrzeć się występowi ludzi grających na dzwonkach; powstrzymał się przed tym z niechęcią. Muzycy prezentowali najwyższy kunszt; grali wystarczająco czysto i prosto, by ich muzyka przemówiła nawet do trybuna.

Grube ściany Głównej Świątyni tłumiły wrzawę, jaką wzniecał tłum tłoczący się na zewnątrz. Gdy ucichły ostatnie słodkie tony hymnu, zgiełk tłumu wzmógł się, potężniejąc jak ryk grzywaczy, kiedy przypływ zalewa plażę. Wszystkie pytania o przyczynę wzmagającego się tumultu zniknęły, kiedy Balsamon, poprzedzany przez parę wymachujących kadzidłami akolitów, wkroczył do Świątyni. Jego twarz promieniowała uśmiechami, kiedy szedł ku ołtarzowi.

Na widok patriarchy wszyscy powstali. Kątem oka Marek uchwycił poruszenie za przepierzeniem osłaniającym lożę rodziny Imperatora. Nawet Imperator składał hołd przedstawicielowi Phosa; przynajmniej tutaj, w Świątyni, w sercu ziemskiej domeny Phosa.

Trybun przysiągłby, że Balsamon mrugnął do niego, kiedy go mijał. W chwilę później nie był już tego taki pewien; z każdym krokiem, jaki patriarcha robił w stronę tronu, okrywała go coraz silniejsza aura godności. Nie sprzeciwiało się to postaci, jaką był prywatnie, a tylko uzupełniało w jakiś sposób jego osobowość.

Balsamon osunął się na tron patriarchy z bezgłośnym westchnieniem. Marek musiał sobie przypomnieć, że nie jest on młodzieńcem. Umysł i dusza patriarchy oznaczały się taką żywotnością, że z trudem pamiętało się o jego ciele, nie zawsze mogącym im dorównać.

Po niecałej minucie Balsamon dźwignął się z tronu; z szacunku dla niego cała zatłoczona świątynia pozostała na nogach. Uniósł obie ręce ku promieniującemu mocą wizerunkowi swego boga na sklepieniu i, wraz ze wszystkimi zgromadzonymi, zaintonował modlitwę, którą Marek po raz pierwszy usłyszał z ust Neilosa Tzimiskesa na północny wschód od Imbros, choć oczywiście wówczas jej nie rozumiał: — Wielbimy cię, Phosie, Panie o prawym i łaskawym umyśle, z łaski swej nasz obrońco, pilnujący, by wielka próba życia mogła być rozstrzygnięta na naszą korzyść.

Wśród głosów mruczących końcowe „amen” Skaurus usłyszał, jak Soteryk dodaje stanowczo: — No co stawiamy nasze dusze. — Z całej Świątyni pomknęły ku Namdalajczykowi wściekłe spojrzenia, lecz on odpowiedział im wyzywającym wzrokiem; to, że mieszkańcy Imperium postanowili pozostawić swe wyzwanie wiary niekompletnym, nie oznaczało przecież, że on ma postąpić podobnie.

Balsamon opuścił ramiona; wierni ponownie zajęli swoje miejsca, choć ich szyje dalej wykręcały się, by widzieć siedzącego wraz z nimi zuchwałego heretyka. Marek oczekiwał, że patriarcha, bez względu na to, jak bardzo osobiście wyrozumiały w kwestiach wiary, zwróci publicznie uwagę na zuchwalstwo Soteryka.

I rzeczywiście, uczynił to, lecz wcale nie w sposób, jakiego spodziewał się Marek. Balsamon spojrzał na Namdalajczyka niemal z wdzięcznością. — Na co stawiamy nasze dusze — powtórzył spokojnie. Jego oczy śmigały to tu, to tam, mierząc się ze wzrokiem tych, którzy najgniewniej wpatrywali się w Soteryka. — Ma rację, wiecie? Stawiamy.

Patriarcha stuknął delikatnie w oparcie swego tronu z kości słoniowej; w jego uśmiechu pojawiła się ironia.

— Nie, nie mówię herezji. W najbardziej dosłownym sensie, namdalajskie uzupełnienie naszego wyznania wiary jest prawdziwe. Wszyscy stawiamy nasze dusze na rzecz poglądu, że kiedyś w końcu dobro zwycięży zło. Gdyby nie to, bylibyśmy tacy jak Yezda, a ta Świątynia nie byłaby miejscem niezmąconego uwielbienia naszego boga, lecz kostnicą, gdzie krew płynęłaby tak, jak leje się nasze wino i zamiast kadzideł ku niebiosom unosiłby się cuchnący dym palonych ciał.

Rozejrzał się po zgromadzonych, rzucając wyzwanie, by zaprzeczono jego słowom. Niektórzy z jego słuchaczy poruszyli się na swoich miejscach, lecz nikt się nie odezwał.

— Wiem, co myślicie, a czego nie chcecie powiedzieć — ciągnął dalej patriarcha. — „Ten przeklęty barbarzyńca wcale nie to miał na myśli!” — Obniżył głos do burkliwego barytonu, parodiując sposób mówienia połowy videssańskich oficerów w Świątyni.

— I macie rację. — Wrócił do własnego głosu. — Lecz pytanie wciąż pozostaje: Kiedy my i mieszkańcy Księstwa kłócimy się o teologię, kiedy przeklinamy się i miotamy na siebie przez morze klątwy jak kamienie, kto zyskuje? Phos, którego wszyscy czcimy? Czy może Skotos, tam na dole w swym lodowatym piekle, śmiejący się na widok zmagających się ze sobą jego wrogów?

— Najsmutniejszy zaś z naszej niezgody jest fakt, iż nasze wyznania różnią się od siebie nie bardziej niż dwie ulicznice. Bo czyż nie jest to prawdą, że choć prawowierność jest rzeczywiście moją kochanką, to herezja jest niczym więcej jak kochanką mojego sąsiada? — Słuchacze Balsamona, każdy zgodnie ze swym temperamentem, wytrzeszczali na niego oczy pełne albo przerażenia, albo przejętego grozą podziwu.

Patriarcha znowu spoważniał. — Nie wyznaję wiary Phosa Hazardzisty, tak jak to czynią wyspiarze; wszyscy to wiecie, nawet ci, którzy za mną nie przepadają. Uważam tę koncepcję za dziecinną i niedojrzałą. Lecz wedle naszych norm, Namdalajczycy dziecinni i niedojrzali. I czy należy się dziwić, że wyznają doktrynę odpowiadającą ich charakterowi? I czy tylko z tego powodu, iż uważam, że się mylą, muszę obarczać ich winą za niewybaczalne zbrodnie?

Jego głos zdawał się przemawiać do każdego z osobna, gdy przenosił wzrok z jednej twarzy na drugą. Wrzawa tłumu zgromadzonego przed Świątynią ucichła; do Marka dochodził donośny głos jakiegoś kapłana, odczytującego słowa patriarchy tam zgromadzonym.

Balsamon podjął na nowo. — Jeśli wiara mieszkańców Księstwa opiera się na prawdziwej pobożności; a w to żaden rozsądny człowiek wątpić nie może, i jeśli gwarantują nam swobodę naszych zwyczajów w naszym własnym kraju, to z jakiego powodu mamy się martwić? Czy będziemy kłócili się z naszym bratem, kiedy złodziej stoi pod drzwiami, szczególnie gdy ów brat przybył po to, by pomóc osaczyć złodzieja? Skotos z radością powita tego, który odpowie na to — tak.

— My, Videssańczycy też nie jesteśmy bez winy w tej bezsensownej kłótni o naturę naszego boga. Stulecia naszej kultury obdarzyły nas, obawiam się, zarozumiałością dorównującą naszej świetności. Jesteśmy znakomitymi logikami i wytykaczami błędów, kiedy sądzimy, że należy krytykować naszych sąsiadów, lecz, och! zaczynamy wrzeszczeć jak piętnowane cielęta, kiedy oni ośmielają się odwzajemnić nam tym samym.

1 ... 54 55 56 57 58 59 60 61 62 ... 104
Перейти на страницу:
0
Сюжет
  • 1
  • 2
  • 3
  • 4
  • 5
  • 6
  • 7
  • 8
  • 9
  • 10
0
Атмосфера
  • 1
  • 2
  • 3
  • 4
  • 5
  • 6
  • 7
  • 8
  • 9
  • 10
0
Главный герой
  • 1
  • 2
  • 3
  • 4
  • 5
  • 6
  • 7
  • 8
  • 9
  • 10
0
Общее впечатление
  • 1
  • 2
  • 3
  • 4
  • 5
  • 6
  • 7
  • 8
  • 9
  • 10
Итоговая оценка: 0.0 из 10 (голосов: 0 / История оценок)