Бесплатная библиотека
Читайте книгу на сайте или телефоне
READ-E-BOOK » Космическая фантастика » Ludzie z gwiazdy Pella [=Stacja Podspodzie / Downbelow Station - pl]
Ludzie z gwiazdy Pella [=Stacja Podspodzie / Downbelow Station - pl] - Читать Любимую Русскую Полную Книгу 👉 Read-E-Book.com

Ludzie z gwiazdy Pella [=Stacja Podspodzie / Downbelow Station - pl]

Электронная книга - «Ludzie z gwiazdy Pella [=Stacja Podspodzie / Downbelow Station - pl]». Краткое содержание книги:

Gwiazda Pella, strategiczny punkt w konflikcie zbrojnym Kompanii Ziemskiej i międzygwiezdnych kolonii. Ten, kto kontroluje Stacje Pella, decyduje o zasięgu ziemskich sił obronnych bądź o skali ziemskiej ekspansji w celu odzyskania utraconego imperium. Ale Pell jest zdecydowany utrzymać neutralność za wszelką cenę.
Ludzie z Gwiazdy Pella to obszerna, wielowątkowa i dramatyczna wizja przyszłości, ukazująca charaktery, postawy i ambicje nie odbiegające od naszych. Przez stronice tej powieści przewija się galeria fascynujących postaci, ludzkich i nieludzkich, których losy zależą od wyniku tytanicznych zmagań w skali kosmicznej.
Powieść ta otrzymała nagrodę Hugo w roku 1982.
1 ... 57 58 59 60 61 62 63 64 65 ... 146
Перейти на страницу:

Dla Eleny, dla Pell, w imię wszystkich marzeń, jakie snuli, będzie walczył.

Ale nie wiedział od czego zacząć.

NORWEGIA: GODZ. 1300

Signy miała teraz wszystko na wizji obracający się wokół swej piasty pierścień Stacji Pella, odległy księżyc, jasny klejnot Podspodzia z zawirowaniami chmur. Dawno już wytracili szybkość i podchodzili teraz z koszmarną powolnością w porównaniu do szybkości, jaką niedawno rozwijali, a gładki owal stacji zmieniał się w oczach w chaos kątów i załamań jej powierzchni.

Przy każdym stanowisku cumowniczym po widocznej stronie dokowały, upchane jeden przy drugim, nieruchome frachtowce. Skanery pokazywały nieopisany zamęt, podchodzili więc powoli, bo tyle czasu zajmowało tym nieruchawym statkom zejście im z drogi. Musieli zlecieć się tu wszyscy kupcy, którzy nie wpadli dotąd w łapy Unii; jedni znaleźli miejsce na stacji, inni kręcili się w jej pobliżu, jeszcze inni trzymali się dalej lub pętali w kosmosie tuż za granicami układu. Graff w dalszym ciągu dowodził, niezbyt zachwycony tym nudnym teraz zadaniem, jakie mu przypadło. Panował nie mający precedensu tłok i ruch. Po prostu bałagan. Signy zaniepokoiła się przeanalizowawszy narastający ucisk w dołku. Złość już minęła i niepokoiła ją teraz bezsilność, do której odczuwania nie była przyzwyczajona… żałowała, że ktoś bardzo mądry, w jakimś bardzo odległym momencie nie podjął innych decyzji, które oszczędziłyby im wszystkim tej chwili i tego miejsca, i wyborów, których dokonali.

— Nosiciele Tybet i Biegun Pófnocny pozostają w pewnej odległości od stacji — nadeszło polecenie z Europy. — Wysłać patrole.

Nieodzowne działanie; i przy tym właśnie podejściu Signy pragnęła, żeby owo zadanie przydzielono jej i jej załodze. Czekała ich jednak mniej przyjemna robota. Wolała nie myśleć 0 operacji w rodzaju tej, jaką przeprowadzili na Stacji Russella, gdzie wojskową akcję ewakuowania stacji poprzedziła panika wśród cywilów, oszalałe tłumy w dokach… jej załoga miała tego dosyć. Pomyślała z niechęcią o wysłaniu na stację żołnierzy znajdujących się w takim jak ona nastroju.

Nadszedł kolejny komunikat. Stacja Pell donosiła, od stanowisk cumowniczych odprowadzono sporą grupę frachtowców, aby statki wojenne mogły przycumować jeden obok drugiego i nie były narażone na bezpośrednie sąsiedztwo innych jednostek pozostających w dokach. Wyprowadzone frachtowce miały dołączyć do formacji statków orbitujących wokół stacji i krążyć w kierunku przeciwnym do tego, w jakim oni wchodzili w tę formację. Wtrącił się głos Maziana, głęboki i chrapliwy; po raz kolejny ogłaszał, że jakiekolwiek zakłócenie w formacji statków krążących wokół Pell, próba wejścia w skok ze strony jakiegokolwiek frachtowca z zamiarem opuszczenia układu spowoduje unicestwienie wszystkich tych jednostek bez ostrzeżenia.

Stacja potwierdziła odbiór; nie pozostawało jej nic innego.

PELL: Q; GODZ. 1300

Nic nie działało. W Q nic nawet nie sprawiało wrażenia, że może działać. Vassily Kressich walił i walił w całkowicie martwe klawisze, rąbnął wreszcie pięścią w jednostkę komunikatora, ale i to nie doprowadziło do uzyskania połączenia z centralą komunikatora stacji. Miotał się rozdrażniony po swoim małym mieszkanku. Awarie rozwścieczały go, doprowadzały niemal do łez. Zdarzały się codziennie; woda, wentylatory, komunikator, wideo, zaopatrzenie, niedobory, przypominając mu raz po raz o jego nędznej wegetacji, o upodleniu, o natłoku ciał, o bezmyślnej agresywności ludzi doprowadzanych do szaleństwa przez ścisk i niepewność jutra. On miał przynajmniej mieszkanie. Miał jakiś dobytek; dbał o swoje rzeczy pedantycznie, szorował je często i obsesyjnie. Smród Q przylgnął do niego na dobre, pomimo że mył się starannie, pracowicie szorował podłogę, uszczelniał szafkę przed tym wszechobecnym zapachem. To cuchnął preparat antyseptyczny, mieszanina taniego środka przeciwbiegunkowego i jakichś bliżej nie określonych chemikaliów, którą stacja stosowała do zwalczania chorób, ciasnoty i do utrzymania w równowadze systemów podtrzymania życia.

Przechadzał się przez chwilę nerwowo, potem, pełen nadziei, znowu spróbował skorzystać z komunikatora, ale ten nadal nie działał. Rwetes w korytarzu pod drzwiami; to chyba Nino Coledy ze swoimi chłopcami wkracza do akcji… miał taką nadzieję. Zdarzało się czasem, że nie mógł opuszczać Q, na przykład wtedy, kiedy zamykano przejścia na skutek wybuchu jakichś awantur i nawet jego przepustka radcy nie stanowiła podstawy do czynienia wyjątków. Wiedział, gdzie powinien się teraz znajdować — na zewnątrz, przywracać porządek, kierować Coledym, starać się powstrzymać policję Q przed wybrykami, do których byli zdolni.

I nie mógł wyjść. Na samą myśl o konfrontacji z ciżbą, wrzaskami, nienawiścią i ohydą Q przechodziły go ciarki… znowu krew, kolejne zajścia, które spędzą mu sen z powiek. Śnił mu się Redding. Śnili mu się inni. Śnili mu się ludzie, których znał i którzy zginęli w korytarzach albo zostali wypchnięci w próżnię. Wiedział, że jego tchórzostwo może mieć fatalne następstwa. Walczył z nim, wiedząc do czego prowadzi, wiedząc, że jeśli raz zorientują się, iż nie trzyma z nimi, będzie zgubiony… i pamiętając dni, kiedy trudno było chodzić korytarzami Q, kiedy czuł, że nie starcza mu na to odwagi. Był jednym z nich, niczym nie różnił się od reszty; a mając schronienie wzdragał się przed opuszczeniem go, wzdragał się przed pokonaniem owego krótkiego odcinka, jaki dzielił jego drzwi od posterunku służby bezpieczeństwa.

Zabiją go, Coledy albo jeden z jego rywali do objęcia władzy. Albo ktoś nie mający żadnych motywów. Pewnego dnia w szaleństwie wywołanym jakąś pogłoską puszczoną po Q zabiją go, zrobi to ktoś, komu odrzucono wniosek o przeniesienie, ktoś, kto nienawidzi i upatrzy go sobie za symbol władzy. Żołądek podchodził mu do gardła, ilekroć otwierał drzwi swego mieszkania. Na zewnątrz czekały nie rozwiązane kwestie, a on nie miał recepty; czekały tam żądania, których on nie mógł zaspokoić; oczy, w które nie potrafił spojrzeć. Gdyby dzisiaj wyszedł, i tak musiałby tu wrócić, jeśli bałagan by się pogorszył; nigdy nie pozwalano mu opuszczać Q na dłużej niż na jedną zmianę. Próbował, badał kredyt zaufania, jakim go obdarzali, wreszcie zebrał się na odwagę i poprosił o papiery, poprosił o zwolnienie z Q w parę dni po ostatnich zamieszkach — poprosił wiedząc, że może to dotrzeć do Coledy’ego; poprosił wiedząc, że może go to kosztować życie. i odmówili mu. Wielka, potężna rada, której był członkiem… nie wysłuchała go. Stanowi, powiedział Angelo Konstantin, zbyt wielką wartość tam, gdzie się znajduje, osobiście dopuścił do widowiska — błagali go, aby pozostał tam, gdzie był. Nie poruszył już tej kwestii w obawie, że przeniknie ona do wiadomości publicznej, a wtedy nie pożyłby już długo.

Był kiedyś dobrym, dzielnym człowiekiem. Przynajmniej uważał się za takiego przed podróżą; przed wojną, kiedy byli jeszcze Jen i Romy. Dwukrotnie w Q zaatakował go tłum, raz pobito go do nieprzytomności. Redding próbował go zabić i nie będzie ostatnim. Był zmęczony i chory, a środek odmładzający na niego nie działał; podejrzewał kiepską jakość tego, co dostawał, podejrzewał, że takie życie w napięciu zabija go. Obserwował, jak jego twarz nabiera nowych zmarszczek; beznadzieja z zapadniętymi policzkami; nie poznawał już w sobie człowieka, którym był jeszcze rok temu. Obsesyjnie bał się o swoje zdrowie, znając jakość opieki medycznej, jaką mieli w Q, gdzie wszystkie medykamenty pochodziły z kradzieży i mogły być sfałszowane, gdzie był zdany na hojność Coledy’ego, zarówno jeśli chodzi o wino i przyzwoitą żywność, jak i o leki. Nie wspominał już domu, już nie tęsknił, nie myślał już o przyszłości. Istniał tylko dzień dzisiejszy tak samo straszny, jak wczorajszy; i jeśli pozostało mu jeszcze jakieś pragnienie, to tylko to, żeby nie było gorzej.

1 ... 57 58 59 60 61 62 63 64 65 ... 146
Перейти на страницу:
0
Сюжет
  • 1
  • 2
  • 3
  • 4
  • 5
  • 6
  • 7
  • 8
  • 9
  • 10
0
Атмосфера
  • 1
  • 2
  • 3
  • 4
  • 5
  • 6
  • 7
  • 8
  • 9
  • 10
0
Главный герой
  • 1
  • 2
  • 3
  • 4
  • 5
  • 6
  • 7
  • 8
  • 9
  • 10
0
Общее впечатление
  • 1
  • 2
  • 3
  • 4
  • 5
  • 6
  • 7
  • 8
  • 9
  • 10
Итоговая оценка: 0.0 из 10 (голосов: 0 / История оценок)