Бесплатная библиотека
Читайте книгу на сайте или телефоне
READ-E-BOOK » Научная фантастика » Krolowa Zimy [The Snow Queen-pl]
Krolowa Zimy [The Snow Queen-pl] - Читать Любимую Русскую Полную Книгу 👉 Read-E-Book.com

Krolowa Zimy [The Snow Queen-pl]

Электронная книга - «Krolowa Zimy [The Snow Queen-pl]». Краткое содержание книги:

Planeta Tiamat należy do konfederacji skolonizowanych przez ludzkość światów, zwanej Hegemonią. Faktyczną władzę dzierży technokracja z planety Kharemough. Tiamat jest cywilizacyjnie zacofana, pokryta w większości oceanem, z osadnictwem rozlokowanym na licznych archipelagach. Na Tiamat występuje jednak wielkie bogactwo — woda życia, wyciąg z krwi merów — morskich zwierząt. Jej zażywanie pozwala przedłużać życie.
Ze względów astronomicznych Tiamat ma tylko dwie pory roku, trwające po około 150 lat — Lato i Zimę. Podczas Lata rządzą Letniacy, lud zabobonny, odrzucający technikę, a Zimą Zimacy, lud współpracujący z Hegemonią i bezlitośnie eksploatujący swoją planetę. W czasie lata Tiamat, z powodu bliskości czarnej dziury, jest niedostępna dla statków kosmicznych i transport wody życia urywa się.
Nadchodzi czas zmiany warty. Ustępująca Królowa Zimy nie zamierza ustąpić i nie chce się pogodzić ze swoją rytualną śmiercią na zakończenie Zimy. Sprawia, że kilka kobiet Letniaków urodzi jej klony… Spisek ma doprowadzić do przedłużenia jej panowania.

Zdobyła nagrody Hugo i Locusa w 1981.
Nominowana do nagrody Nebula w 1981.
1 ... 52 53 54 55 56 57 58 59 60 ... 138
Перейти на страницу:

Nic nie odpowiedziała.

Opuścili pachnącą ścieżkę biegnącą przez kwitnące syllify, poszli labiryntem ze strzyżonych krzewów, aż w jego skrytym sercu ukazała się marmurowa kaplica, odbijająca pastelowe barwy nieba. Aspundth wszedł do cienistego wnętrza, Moon czekała na niego na mokrej od rosy marmurowej ławce. Pojawił się wietrzyk, przynosząc zapach błagalnych kadzideł; zastanawiała się, o co dzisiaj KR Aspundth modli się do swych przodków.

Na kolana sfrunęły jej ptaki o barwach jaskrawych w dzień, teraz pastelowych i szarych, śpiewały coś łagodnie. Gładziła miękkie piórka na ich grzbietach, wiedząc, że to po raz ostatni, że od jutra zamiast spokojnych ogrodów będą Czarne Wrota… Roztarta ramiona, poczuwszy nagle wieczorny chłód.

21

— Obywatelu, co robicie w moim biurze? — Jerusha spojrzała znad stosów urzędowych odmów, piętrzących się przy końcówce komputera, zawalających kąty jej biurka i pokoju.

— Powiedziano mi, bym tu przyszedł. W sprawie zezwolenia. — Sklepikarz skręcał swą chustę, rozdarty między niepewnością a zaczepnością. — Podobno pani ma mi powiedzieć, dlaczego nie słyszałem…

— Tak, wiem. Mógłby się tym zająć każdy sierżant, każdy policjant z połową mózgu! — Bogowie, gdybym mogła choć przez jeden dzień obejść się bez podnoszenia głosu… choć godzinę. Przesunęła dłonią po mocno skręconych rudoczarnych kędziorach. — Kto u diabła was tu przysłał?

— Inspektor Man…

— …tagnes — uzupełniła. — No, wysłał was w złe miejsce. Wracajcie do pierwszego biurka i powiedzcie oficerowi dyżurnemu, by wskazał wam właściwe.

— Ale on powiedział…

— Tym razem nie bierzcie “nie” za odpowiedź! — Wskazała mu drzwi, patrząc już na nie doczytany raport, ciągle czekający na ekranie, by się z nim zapoznała, sięgnęła do przycisku łączności wewnętrznej. — Sierżancie, ruszcie głową i sprawdzajcie tych idiotów! Po co tu, do diabła, jesteście?

— Całe piekło ucieka z tej cholernej… — dokończenie wyzwiska zagłuszyły drzwi zamykające się za sklepikarzem.

— Przepraszam, pani komendant — powiedział ponuro zrugany sierżant. — Czy mam przysłać następnego?

— Tak. — Nie, nie, żadnego więcej. — I dajcie mi Mantag… nie, odwołuję to. — Puściła przycisk głośnika. Mogłaby wywalić Mantagnesa za jego złośliwość… ale gdyby mogła go oskarżyć o otwarty bunt, a nie otwartą niechęć. Komendantem jest już kilka lat, lecz jej pozycja w policji zmieniła się ze złej na gorszą. On wie o tym. Wie, ten drań… Patrzyła tępo na wydruk raportu. Kilka miesięcy temu główny komputer padł, majestatycznie wtrącając w chaos cały ich system danych. Ciągle jeszcze pracuje z połową zwykłej skuteczności, nawet specjaliści z Kharemough nie zdołali wszystkiego naprawić, ponieważ zabrakło im ważnych części… Od miesięcy stara się uporządkować dane, stara się od godziny uporać z tym jednym raportem, lecz nic się jej nie udaje. Wcisnęła ZGODA i odesłała go bez czytania. Nic nie wychodzi. Cofa się, jest zagrzebywana żywcem. — Grzebała w szufladzie wśród zgniecionych, pustych opakowań, szukając w nich strączka iestów. Do licha, poszły niemal wszystkie — jak zdołam wytrzymać?

Drzwi się otwarły, nim odpowiedziała sobie na to pytanie, wszedł kapitan — och, bogowie, jak on się nazywa? — i zasalutował.

— Melduje się kapitan Kerla Tinde, pani komendant — jakby sądził, że go nie pamięta. Przywykła już do zimnego, wyniosłego tonu. W policji nie znoszono jej energii, z małymi tylko wyjątkami, bliska już była odwzajemnienia tych uczuć. Dyscyplina poszła w diabły, nie mogła jednak wszystkich zdegradować, a spróbowała już wszystkiego innego. Nie słuchają jej, bo jest kobietą, tak (niech będzie przeklęty dzień, w którym postanowiła być kimś innym)… lecz także dlatego że zajęła miejsce słusznie należące się Mantagnesowi. I przez to, że był to pomysł Królowej. Uważali ją za marionetkę władczyni, a jak mogła udowodnić, że tak nie jest, skoro sznurki Arienrhod oplatały ją jak pajęczyna, trzymały zawieszoną między niebem i piekłem, wysysały jej wolę ciągnięcia dalej?

— Co jest, KerlaTinde? — spytała, niezdolna do pozbycia się ostrości głosu.

— Pozostali oficerowie poprosili mnie, bym przemówił w ich imieniu, proszę pani. — Zabrzmiało to wyjątkowo niestosownie. — Chcemy, aby skończyło się zmuszanie oficerów do patrolowania miasta. Uważamy, że to obowiązek zwykłych policjantów; oficerowie niszczą swój autorytet, gdy są zmuszani do prześladowania obywateli na ulicy.

— Wolelibyście raczej, by obywatele prześladowali się nawzajem? — Zbyt łatwo się skrzywiła, wychylając się naprzód. — Jakie ważniejsze obowiązki chcielibyście pełnić w zamian?

— Te, do których jesteśmy przeznaczeni! I bez patrolowania mamy za mało czasu na pracę papierkową. — Jego szeroka twarz odbiła jej skrzywienie, grymas za grymas. Spojrzał znacząco na stosy pudełek z taśmami zawalające biurko.

— Wiem, KerlaTinde — odpowiedziała, też na nie patrząc. — Wycinam ile tylko mogę czerwonych taśm. — Powinieneś zobaczyć siniaki, jakie zarobiłam za to od Hovanesse. — Wiem, że padnięcie komputera pogorszyło wszystko dziesięć razy, lecz, do licha, ciągle głównym naszym zadaniem jest chronienie obywateli Hegi i to musi być wykonywane.

— To choć raz dajcie nam coś wartego trudu! — KerlaTinde machnął ręką na nie istniejący widok za oknem. — Lepszego od wyciągania pijaków z rynsztoka. Pozwólcie nam szukać wielkich przestępców, składać oskarżenia, które będą coś znaczyć.

— Nigdy takich nie uzyskacie. To tylko strata czasu. — Bogowie, naprawdę to mówię? To rzeczywiście ja, ta sama, która stała tam gdzie on i mówiła to, co on powiedział? Pod biurkiem zgniotła w bolesną kulkę pustą paczkę iestów. Ale to prawda, co mu właśnie oznajmiła…

Gdy tylko została komendantem, spróbowała zgnieść wielkie ryby, o których wiedziała, że kierują tu, w Krwawniku, siatkami międzyplanetarnych przestępców. Wszyscy przeciekli jej między palcami jak woda. Wszelka nielegalna działalność, o którą mogliby być oskarżeni na Tiamat, okazała się być prowadzona przez miejscowych obywateli. A Zimacy podlegali prawu Królowej; nie mogła ich tknąć bez jej zezwolenia.

— Komendant LiouxSked tak nie uważał.

Akurat. Nie było jednak sensu tego mówić. Czy LiouxSked znajdował się w takim samym rozwścieczającym impasie? A może Arienrhod przekształciła dla niej społeczeństwo Krwawnika? Nie mogła wytłumaczyć tego ani KerlaTinde, ani nikomu innemu; wiedzieli już, że jest w kieszeni Królowej i żadne jej słowa nie potrafiłyby tego zmienić.

— KerlaTinde, patrolujecie ulice z ważnych powodów, wiecie, że nasilają się napady — za tym także dostrzegała rękę Arienrhod; czytała w oczach oficera, że i o to ją obwinia w miarę zbliżania się do odlotu. Nie dostaniemy już żadnych uzupełnień. Dlatego będziecie patrolować Ulicę, póki nie każę wam przestać; póki ostatni statek nie oderwie się od tej planety.

— Główny inspektor Mantagnes nie…

— Mantagnes nie jest komendantem, do cholery! Ja nim jestem! — Głos jej się załamał. — Ja wydaję rozkazy. Teraz, kapitanie, wyjdźcie z mego biura, nim zrobię was porucznikiem.

KerlaTinde cofnął się, jego oliwkowa skóra pociemniała od urazy. Drzwi odcięły ją od jeszcze jednej nie rozstrzygniętej konfrontacji, kolejnego głupiego błędu.

1 ... 52 53 54 55 56 57 58 59 60 ... 138
Перейти на страницу:
0
Сюжет
  • 1
  • 2
  • 3
  • 4
  • 5
  • 6
  • 7
  • 8
  • 9
  • 10
0
Атмосфера
  • 1
  • 2
  • 3
  • 4
  • 5
  • 6
  • 7
  • 8
  • 9
  • 10
0
Главный герой
  • 1
  • 2
  • 3
  • 4
  • 5
  • 6
  • 7
  • 8
  • 9
  • 10
0
Общее впечатление
  • 1
  • 2
  • 3
  • 4
  • 5
  • 6
  • 7
  • 8
  • 9
  • 10
Итоговая оценка: 0.0 из 10 (голосов: 0 / История оценок)