Zaginiony Legion [The Misplaced Legion - pl]
- Автор: Тертлдав Гарри Норман
- Серия: Videssos (pl) #1
- Год: 1995
- Язык: польский
- Год: Amber
- ISBN: 83-7082-837-X
- Переводчик: Jacek Kozerski
- Жанр: Фэнтези
Электронная книга - «Zaginiony Legion [The Misplaced Legion - pl]». Краткое содержание книги:
— Ale Wasza Wielebność, za kwadrans masz się spotkać z… — zaprotestował Gennadios, lecz patriarcha przerwał mu.
— Bez względu na to, kto to jest, poczeka. To fascynująca zagadka, nie sądzisz, Gennadios? Dlaczego niewierni chcą się ze mną zobaczyć? Może chcą nawrócić się na naszą wiarę? To byłaby cenna zdobycz i wielkie zwycięstwo prawdziwej wiary Phosa, nie sądzisz? A może nawrócą mnie — i to byłby skandal, co?
Gennadios rzucił swemu przełożonemu cierpkie spojrzenie, najwyraźniej uznając jego poczucie humoru za wątpliwej jakości. Soteryk wpatrywał się w patriarchę z niedowierzaniem, Helvis z radością. Marek również musiał się uśmiechnąć; po ostatnim spotkaniu z Balsamonem wiedział, jak wiele radości czerpie patriarcha z bycia niekonwencjonalnym duchownym.
Helvis trzymała Malrika w ramionach. Kiedy mijała Balsamona, chłopiec wyciągnął obie rączki i złapał patriarchę za brodę. Helvis zatrzymała się natychmiast, zatrwożona tym, co Balsamon może zrobić, jak i nie chcąc pociągnąć go za sobą.
Przestrach, jaki poczuła, musiał pokazać się na jej twarzy, gdyż patriarcha roześmiał się głośno. — Wiesz, moja droga, nie jadam dzieci; przynajmniej ostatnio. — Łagodnie wyplątał dłonie Malrika ze swej brody. — Pewnie pomyślałeś, że jestem starym capem, co? — powiedział, szturchając chłopca palcem w żebra. — Pomyślałeś? — Malrik skinął głową, śmiejąc się radośnie.
— Jak masz na imię, synu? — zapytał patriarcha.
— Jestem Malrik, syn Hemonda — odpowiedział wyraźnie chłopiec.
— Sym Hemonda? — Uśmiech spłynął z twarzy Balsamona. — To była przykra sprawa, naprawdę przykra. Zatem ty musisz być Helvis — rzekł do matki Malrika. Skinęła głową. Na Marku, nie po raz pierwszy, zrobiła wraż0nie wiedza patriarchy i jego znajomość szczegółów. Balsamon zwrócił się do brata Helvis. — Nie sądzę, bym cię znał, panie.
— Nie ma żadnego powodu, dla którego powinieneś — przytaknął Soteryk. — Jestem Soteryk, syn Dostiego; Helvis jest moją siostrą.
— Znakomicie — Balsamon skinął głową. — Chodźcie ze mną, wszyscy. Gennadios, bądź tak dobry i powiedz mojemu następnemu gościowi, że się nieco spóźnię, dobrze?
— Ale… — Zrozumiawszy bezcelowość wszelkich protestów, Gennadios skinął szybko głową, z zaciętym wyrazem twarzy.
— Mój pies łańcuchowy — westchnął Balsamon, gdy prowadził gości do swych apartamentów. — Strobilos poszczuł go na mnie przed laty, by mnie pilnował. Przypuszczam, że Mavrikios zabrałby go ode mnie, gdybym go o to poprosił, ale jakoś nigdy nie chciało mi się zawracać mu tym głowy.
— Poza tym musi bawić cię szczucie tego nadąsanego głupca — rzekł Soteryk. Markowi to samo przyszło do głowy, lecz nie sformułował swej myśli w tak okrutny sposób, w jaki wyraził to Namdalajczyk.
Helvis położyła rękę na ramieniu brata, lecz Balsamon nie wydawał się wzburzony jego uwagą. — Ma rację, wiesz — zwrócił się do niej patriarcha. Spojrzał z zadumą na Soteryka, mrucząc: — Taki ładny chłopiec, a ma takie ostre zęby. — Soteryk zaczerwienił się; przypomniało to Markowi, że patriarcha potrafi zadbać o siebie w każdej słownej utarczce.
Pokój przyjęć Balsamona był jeszcze bardziej zawalony książkami niż komnata Apsimara w Imbros i w dodatku panował w nim o wiele mniejszy porządek. Tomy opierały się nierównymi stosami o sfatygowane krzesła, które wyglądały jak rupiecie z refektarza Akademii. Inne rozpychały półki, pokrywały stoły i robiły co mogły, by uczynić z tapczanów sprzęty nie nadające się do użytku przez zwykłą ludzką istotę.
Z paru miejsc nie zakrytych pergaminem wyzierało mnóstwo figurek z kości słoniowej, niektóre nie większe od paznokcia, inne wielkości ramienia dużego mężczyzny. Figurki były komiczne, sprośne, majestatyczne, wściekłe, i jakie można sobie było tylko wyobrazić, a wszystkie wyrzeźbiono z zawiłą ekstrawagancją linii, obcą sztuce videssańskiej, z jaką dotychczas zetknął się Skaurus.
— Odkryliście mój haniebny nałóg, obawiam się — rzekł Balsamon, widząc jak oczy trybuna wędrują od jednej figurki do drugiej — i jeszcze jedną, przyznaję, że nieusprawiedliwioną, przyczynę mojej niechęci do Yezd. One wszystkie powstały w byłym Królestwie Makuran; pod jego nowymi panami sztuka nie kwitnie. Właściwie niewiele kwitnie, z wyjątkiem nienawiści.
— Lecz nie przyszliście tutaj, by słuchać moich wywodów o rzeźbach z kości słoniowej — mówił dalej patriarcha porządkując pokój na tyle, by mogli usiąść. — A jeśli tak, to może rzeczywiście zostanę Hazardzistą; z czystej wdzięczności. — Jak zwykle, to co byłoby prowokacją w ustach innego człowieka, w jego nie niosło ze sobą żadnej obrazy. Rozpostarł ręce w geście powitania. — Powiedzcie mi, co mogę dla was zrobić?
Helvis, Soteryk i Marek spojrzeli po sobie, żadne nie mając ochoty zacząć. Po paru chwilach ciszy zdecydował się Soteryk i, jak zawsze, wygarnął wszystko bez osłonek.
— Otrzymaliśmy doniesienia, że mieszkańcy Videssos zamierzają dopuścić się na nas gwałtu z powodu naszej wiary.
— To byłoby niepomyślne, szczególnie dla was — zgodził się Balsamon. — A co ja mam z tym zrobić? I dlaczego prosicie właśnie mnie, bym coś z tym zrobił, jeśli już o to chodzi? Dlaczego miałbym cokolwiek robić? Ostatecznie, trudno powiedzieć, bym wyznawał waszą wiarę. — Wskazał na szatę patriarchy, rzuconą niedbale na krzesło.
Soteryk nabrał powietrza, by skląć dostojnika za to, że okazał się takim głupcem o sztywnym karku, za jakiego go uważał, lecz Helvis dostrzegła błysk rozbawienia w oczach Balsamona, który uszedł uwadze jej brata. Ona również skinęła ręką, wskazując zmięte insygnia.
— Z pewnością twoja trzódka uszanuje urząd, jaki sprawujesz, jeśli już nic innego — powiedziała słodko.
Balsamon odrzucił głowę do tyłu i obejmując swój wielki brzuch obiema rękoma wybuchnął śmiechem, aż w oczach zaszkliły mu się łzy. Kiedy opanował nieco spazmy śmiechu, powiedział: — Człowiek zapomina, jak ostre ostrze ma ironia; dopóki sam się nim nie zatnie — dodał, wciąż chichocząc. — Tak, oczywiście, wyleję wodę na te gorące głowy; poczęstuję ich taką dawką ekumenizmu, że się nią zadławią. Wasza zarozumiałość, jeśli już nic innego, zasługuje na to. Mamy gorszych wrogów niż ci, którzy mogą być naszymi przyjaciółmi.
Patriarcha skierował bystre spojrzenie swoich czarnych oczu na Marka. — A kim ty jesteś, milczącym uczestnikiem tej intrygi?
— Przyznaję. — W przeciwieństwie do obojga Namdalajczyków, Skaurus nie miał zamiaru dać się wciągać w słowną potyczkę z Balsamonem, wiedząc, że jej wynik może być tylko jeden.
Helvis uznała, że nie chce mówić ze skromności, nie z dyplomatycznego wyrachowania, i stanęła w jego obronie. — Marek zawiadomił nas o nadciągających kłopotach — powiedziała.
— Masz dobrych informatorów, mój milczący przyjacielu — rzekł do Rzymianina Balsamon — ale z drugiej strony, już to wiem, nieprawdaż? Uznałem, że taką właśnie odegrałeś rolę; do ludzi tak wyobcowanych jak wyspiarze swąd zamieszek nie dotarłby tak prędko. Sam pracuję nad tym kazaniem nie dłużej niż dzień czy dwa.
— Co? — krzyknął Marek, wyrwany ze spokoju, który postanowił zachować. Soteryk i Helvis po prostu gapili się na patriarchę z otwartymi ustami. Malrik niemal zasnął w ramionach swej matki; wyrwany z drzemki nagłym okrzykiem, zaczął płakać. Helvis uspokoiła go odruchowo, jednak większość swej uwagi wciąż skupiała na Balsamonie.