Бесплатная библиотека
Читайте книгу на сайте или телефоне
READ-E-BOOK » Фэнтези » Zaginiony Legion [The Misplaced Legion - pl]
Zaginiony Legion [The Misplaced Legion - pl] - Читать Любимую Русскую Полную Книгу 👉 Read-E-Book.com

Zaginiony Legion [The Misplaced Legion - pl]

Электронная книга - «Zaginiony Legion [The Misplaced Legion - pl]». Краткое содержание книги:

W 46 roku p.n.e. rzymski legion pod wodzą Marka Emiliusza Scaurusa podczas zwiadu w Galii natyka się na nieprzyjacielskie oddziały Celtów kierowane przez Viridoviksa. Przywódcy wrogich wojsk postanawiają sami stoczyć pojedynek. Jednak w chwili gdy krzyżują swe identyczne, pokryte druidzkimi runami miecze, wszyscy Rzymianie po krótkim oślepieniu tajemniczą jasnością odkrywają, że znajdują się w innym świecie.
1 ... 51 52 53 54 55 56 57 58 59 ... 104
Перейти на страницу:

— Powinien, powinien, powinien — powtórzył szyderczo Soteryk. — Kto położy głowę pod topór dla nędznej bandy najemników?

Nie ulegało wątpliwości, iż nie sądzi, by jego siostra odpowiedziała mu na to. Przebiegając w myślach przywódców rządu, jakich znał, Marek też nie potrafił znaleźć odpowiedzi na to pytanie. Mavrikios i Thorisin Gavras poświeciliby mieszkańców Księstwa bez żadnych skrupułów, gdyby przeszkodzili wielkiej kampanii przeciwko Yezd. Nephon Khoumnos mógł poświecić ich tak czy inaczej, ze względów zasadniczych. Prawda, Namdalajczycy stanowili część siły, którą Vardanes Sphrantzes wygrywał przeciwko Gavrasom, lecz Sevastos — co do tego Skaurus nie miał żadnych wątpliwości — był zbyt niepopularny w mieście, by jego słowa, nawet gdyby się na to zdobył, mogły cokolwiek zmienić.

Jednak Helvis miała na to odpowiedź i to tak trafną, że Marek poczuł się jak dureń, że sam na to nie wpadł.

— Co powiesz o Balsamonie? — zapytała. — Sprawia na mnie wrażenie uczciwego człowieka; i to takiego, którego Videssańczycy słuchają.

— Patriarcha Pyszałków? — odpowiedział z niedowierzaniem Soteryk. — Każdy Videssańczyk w błękitnej szacie posłałby nas do wiecznego lodu, nim ruszyłby palcem w naszej sprawie.

— O większości z nich powiedziałabym, że to prawda, lecz wydaje się, że Balsamon jest inny. Nigdy nam nie dokuczał, przecież wiesz — powiedziała Helvis.

— Sądzę, że twoja siostra ma rację — poparł ją Marek. Opowiedział Soterykowi o wrażeniu zaskakującej tolerancji, jakie wyniósł ze spotkania z patriarchą w apartamentach Imperatora.

— Hmm. Dość łatwo być tolerancyjnym prywatnie — rzekł Soteryk. — Czy zechce być takim publicznie? W tym sęk. — Poderwał się na nogi. — No, na co czekacie? Najlepiej sprawdźmy to; ja sam uwierzę, kiedy usłyszę to na własne uszy.

Bezlitosna energia, którą Soteryk chciał zwrócić przeciwko Videssos, teraz skierowała się na siostrę i trybuna. Helvis zatrzymała się tylko po to, by wziąć na ręce swego syna — Chodź, Malrik, idziemy się z kimś zobaczyć — a Marek natychmiast poderwał się na nogi, lecz i tak nie byli dość szybcy, by zadowolić Soteryka. Szydząc z pomysłu Helvis i równocześnie popędzając do jego realizacji, jej brat wyprowadził ją ł Skaurusa z koszar Namdalajczyków, z pałacowego kompleksu i pociągnął za sobą w zgiełk miasta tak szybko, że Rzymianin ledwie zdążył mrugnąć.

Rezydencja patriarchy znajdowała się na pomocy centralnej części Videssos, na terenie Głównej Świątyni Phosa. Skaurus nie pofatygował się, by ją odwiedzić, lecz ci jego ludzie, którzy nawrócili się na Phosa, opowiadali cuda o jej wspaniałościach. Iglice Głównej Świątyni, zwieńczone złoconymi kulami widoczne były w całym mieście; jedyny problem, by do nich dotrzeć, polegał na wybraniu właściwej drogi przez labirynt uliczek, zaułków i alej Videssos. Soteryk prowadził jednak bez wahania.

Marek odczuł, jak niemile widzianymi w stolicy stali się obcokrajowcy; lecz bardziej przez to, czego ludzie nie robili niż przez to, co robili. Odnosiło się wrażenie, że mieszkańcy miasta próbują udawać, jakby obcokrajowcy wcale nie istnieli. Żaden kupiec nie wybiegł ze swego sklepu, by ich nagabywać, żaden kramarz nie zbliżył się, by wciskać im w ręce swe towary, żaden chłopiec nie podbiegł, by zaprowadzić ich do zajazdu swego ojca. Trybun z krzywym uśmiechem przypomniał sobie, jak zirytował go brak anonimowości po walce z Avsharem. Teraz ją miał i stwierdził, że wcale jej nie chce.

Malrika oczarowały barwy, dźwięki i zapachy miasta, tak odmienne i bez porównania bardziej podniecające od tych, do których przywykł w koszarach. Przez połowę drogi szedł plącząc się pod nogami Hełvis, Soteryka i Marka; potem nieśli go, przekazując go sobie po kolei. Jego trzy niezmienne żądania brzmiały: „Postaw mnie”, „Weź mnie” i, nade wszystko, „Powiedz, co to jest?”. To ostatnie pytanie prowokowało wszystko: srokaty koń, rusztowanie malarza, prostytutka o trudnej do określenia płci.

— Dobre pytanie — zachichotał Soteryk, kiedy ladacznica minęła ich powłócząc nogami. Jego siostrzeniec nie usłyszał tego jednak — jego uwagę przykuło chude, czarne szczenię z kłapciastymi uszami.

Główna Świątynia Phosa wznosiła się w wyniosłej samotności pośrodku wielkiego, ogrodzonego dziedzińca. Tak jak arena sąsiadująca z pałacowym kompleksem, tak ów dziedziniec był jednym z głównych punktów zgromadzeń mieszkańców miasta. W razie potrzeby pomniejsi kapłani mogli przemawiać do mas zgromadzonych przed Świątynią, podczas gdy patriarcha zwracał się do mniejszej, dostojniejszej grupy słuchaczy wewnątrz.

Rezydencja patriarchy Videssos stykała się z zewnętrzną stroną ogrodzenia dziedzińca. Była to zaskakująco skromna budowla; wielu wcale nie najbogatszych kupców miało większe, wspanialsze siedziby. Lecz skromny budynek sprawiał wrażenie ponadczasowości, na naśladowanie której domy nowobogackich nie mogły nawet mieć nadziei. Same sosny rosnące wokół rezydencji miały pnie sękate i poskręcane od starości, a mimo to wciąż rosły i zieleniły się.

Pochodząc z młodego Rzymu, którego historia — nawet ostatnich trzech stuleci przed jego urodzeniem — była niewiele więcej niż legendą, Marek nigdy bez reszty nie zdusił w sobie nabożnej czci, jaką wzbudzała w nim przeszłość Videssos. Dla niego stare, lecz żywotne drzewa, stanowiły doskonałą metaforę Imperium jako całości.

Kiedy powiedział to głośno, Soteryk wybuchnął pozbawionym radości śmiechem, mówiąc: — Rzeczywiście, bo wyglądają tak, jakby pierwsza większa burza miała wyrwać je z korzeniami.

— Musiały przejść parę, żeby tak wyrosnąć — rzekł Marek. Soteryk zbył uwagę machnięciem ręki.

Drzwi otworzyły się przed nimi; wysokiej rangi duchowny wyprowadzał jakiegoś videssańskiego szlachcica w białych lnianych spodniach i tunice z limonowozielonego jedwabiu.

— Ufam, że Jego Wielebność potrafił wam pomóc, panie Dragatzes? — zapytał uprzejmie kapłan.

— Tak, tak sądzę — odparł Dragatzes, lecz jego chmurne spojrzenie nie wyglądało zachęcająco. Minął Marka, Helvis i Soteryka, zdając się ich nie zauważać.

Kapłan również nie zwrócił na nich żadnej uwagi, dopóki jego wzrok, którym odprowadzał oddalającego się Dragatzesa, przypadkowo nie padł na nich. — Czy mogę wam w czymś pomóc? — zapytał. W jego głosie słychać było powątpiewanie; w Helvis i jej bracie bez trudu rozpoznawało się Namdalajczyków, zaś Marek wyglądał bardziej jak mieszkaniec Księstwa niż Videssańczyk. Nie istniał żaden oczywisty powód, by ludzie tacy jak oni mieli odwiedzać najwyższego duchownego wiary, której nie wyznawali.

I nawet kiedy Marek poprosił o rozmowę z Balsamonem, kapłan stojący u drzwi nie odsunął się, by ich wpuścić.

— Jak z pewnością wiecie, rozkład dnia Jego Wielebności jest wypełniony. Jutro byłoby lepiej albo pojutrze… — Odejdźcie i nie zawracajcie sobie głowy, by wracać — przetłumaczył Marek.

— Kto to jest, Gennadios? — dobiegł z głębi rezydencji głos patriarchy. W chwilę później on sam pojawił się przy drugim kapłanie, ubrany nie w swoje wspaniałe insygnia patriarchy, lecz we wcale nie najczystszą szatę mnicha z prostej, niebieskiej wełny. Ujrzawszy stojącą przed drzwiami czwórkę, powitał ich swym zaraźliwym chichotem.

— No, no, kogo my tu mamy? Poganin i paru heretyków chcą się ze mną widzieć? Czuję się niezmiernie zaszczycony, zapewniam. Wejdźcie, proszę. — Odsunął na bok bełkoczącego Gennadiosa, by przepuścić ich przed sobą.

1 ... 51 52 53 54 55 56 57 58 59 ... 104
Перейти на страницу:
0
Сюжет
  • 1
  • 2
  • 3
  • 4
  • 5
  • 6
  • 7
  • 8
  • 9
  • 10
0
Атмосфера
  • 1
  • 2
  • 3
  • 4
  • 5
  • 6
  • 7
  • 8
  • 9
  • 10
0
Главный герой
  • 1
  • 2
  • 3
  • 4
  • 5
  • 6
  • 7
  • 8
  • 9
  • 10
0
Общее впечатление
  • 1
  • 2
  • 3
  • 4
  • 5
  • 6
  • 7
  • 8
  • 9
  • 10
Итоговая оценка: 0.0 из 10 (голосов: 0 / История оценок)