Ścieżka Sztyletów
- Автор: Джордан Роберт
- Серия: Kolo czasu #8
- Язык: польский
- Переводчик: Katarzyna Karłowska
- Жанр: Фэнтези
Электронная книга - «Ścieżka Sztyletów». Краткое содержание книги:
Perrin wymruczał pod nosem swoją opinię na temat głupoty. Ci ludzie należeli do Faile, całym sercem i duszą, jednak fakt, że on był jej mężem, w ich oczach znaczył niewiele. Aram mógł być zazdrosny o to, ile uwagi poświęcał innym, ale przynajmniej dzielił jego uczucia względem Faile. Wkraczając do środka, czuł na sobie wzrok młodych durniów. Faile obdarłaby go ze skóry, gdyby się kiedykolwiek dowiedziała, że po cichu liczył na to, iż oni uchronią ją przed kłopotami.
Namiot był wysoki i przestronny, kwiaciasty dywan służył za podłogę, umeblowanie stanowiły nieliczne sprzęty, z których większość była składana, dzięki czemu dawało się je przewozić na zwykłej furze. Wyjątkiem było masywne stojące zwierciadło oraz okute mosiądzem skrzynie, nakryte haftowanymi tkaninami, które służyły jako dodatkowe stoliki, a wszystko, łącznie z umywalką i przynależnym do niej lustrem, dekorowały proste kreski jaskrawej pozłoty. Kilkanaście lamp z odblaśnicami sprawiało, że we wnętrzu namiotu było niemal tak jasno jak na zewnątrz, a przy tym znacznie chłodniej, z tyczek wspierających dach zwisało zaś nawet kilka jedwabnych gobelinów, zbyt zdobnych, jak na gust Perrina. Wręcz przytłaczających deseniem ptaków i kwiatów, które maszerowały kanciastymi szeregami. Dobraine tak ich wyposażył, że podróżowali niczym cairhieniańska arystokracja, aczkolwiek Perrinowi udało się „zgubić” najgorsze rzeczy. Przede wszystkim to ogromne łoże, rozpaczliwie bezsensowne w podróży. Samo zajmowało niemal całą furę.
Faile i Maighdin siedziały samotnie, ze srebrnymi kubkami w dłoniach. Sprawiały takie wrażenie, jakby się wzajem badały, z pozoru całe w uśmiechach, a jednak coś w ich wzroku wskazywało, że mają się na baczności, jakby wsłuchiwały się w treści ukryte za słowami, nie dając po sobie poznać, czy uściskają się w następnej chwili, czy raczej dobędą noży. No cóż, wierzył, że większość kobiet nie posunęłaby się aż tak daleko, ale Faile była do tego zdolna. Maighdin wyglądała na mniej zmizerowaną niż niedawno, umyta i uczesana, w sukni, z której wytrzepała kurz. Na niewielkim stoliku z mozaikowym blatem stały następne kubki oraz wysoki, oszroniony srebrny dzban, z którego unosił się zapach ziołowej herbaty. Obie kobiety obejrzały się, kiedy wszedł, i przez chwilę na ich twarzach królowały niemal identyczne miny: chłodne zastanowienie, kto też wtargnął do ich namiotu. Nie były zadowolone, że się im przeszkadza. Na szczęście oblicze Faile natychmiast rozpłynęło się w kojącym uśmiechu.
— Pan Gill opowiedział mi twoją historię, pani Dorlain — oświadczył. — Masz za sobą ciężkie przejścia, ale możesz być pewna, że tu pozostaniesz bezpieczna, aż do czasu, gdy postanowisz wyjechać. — Kobieta podziękowała mu półgłosem, znad brzegu swego kubka, ale pachniała czujnością, a jej oczy próbowały czytać w nim jak w książce.
— Maighdin również opowiedziała mi historię ich przejść, Perrin — odezwała się Faile. — A ja pomyślałam, że mogłabym przedłożyć jej pewną propozycję. Maighdin, ty i twoi przyjaciele macie za sobą ciężkie miesiące i jak sama powiadasz żadnych widoków na lepszą przyszłość. Pójdźcie do mnie wszyscy na służbę. Nadal nie zagrzejecie tu miejsca, ale za to będziecie podróżować w znacznie lepszych warunkach. Płacę szczodrze i nie jestem surową panią. — Perrin bezzwłocznie wyraził swoją aprobatę. Skoro Faile chciała folgować swoim zachciankom, biorąc przybłędy pod swoje skrzydła, to dobrze się składa, ponieważ on też chętnie pomoże tym ludziom. Niewykluczone, że jednak będą przy nim bezpieczniejsi, niż gdyby mieli dalej tak się błąkać samopas.
Maighdin zakrztusiła się herbatą, omal nie upuszczając kubka. Rozpaczliwie mrugając, wbiła wzrok w Faile, w końcu otarła podbródek koronkową chusteczką, a jej krzesło zaskrzypiało lekko, kiedy się obróciła po to, by, nie wiedzieć czemu, spojrzeć na Perrina.
— Cóż... dziękuję wam — powiedziała w końcu, powoli. — Myślę... — Raz jeszcze przyjrzała się Perrinowi i zaczęła mówić głośniej: — Tak, dziękuję wam i z wdzięcznością przyjmuję szczodrą propozycję. Muszę to przekazać moim towarzyszom. — Powstała, zawahała się, odstawiając kubek na tacę, po czym wyprostowała się, żeby rozpostrzeć spódnice w dygnięciu odpowiednim dla pałacowego wnętrza. — Będę starała się służyć ci jak najlepiej, moja pani — dodała beznamiętnie. — Czy wolno mi odejść? — Kiedy Faile wyraziła zgodę, znowu dygnęła i zrobiła dwa kroki tyłem, zanim się odwróciła do wyjścia! Perrin podrapał się po brodzie. Kolejna osoba, która zamierzała się giąć na jego widok.
Dopiero gdy za Maighdin opadła klapa wejścia, Faile odstawiła kubek i wybuchnęła śmiechem, bębniąc piętami o dywan.
— Ach, jak ona mi się podoba, Perrin. Ta kobieta naprawdę ma w sobie ducha! Założę się, że dałaby ci popalić z powodu tych sztandarów, gdybym cię nie uratowała. O tak. Ma w sobie ducha!
Perrin chrząknął. Tego właśnie potrzebował, kolejnej kobiety, która dałaby mu popalić.
— Obiecałem panu Gillowi, że się nimi zaopiekuję, Faile, ale... Czy zgadniesz, o co prosiła Lini? Chciała, żebym ożenił Maighdin z Tallanvorem. Mam ich po prostu ustawić obok siebie i ożenić, nie pytając o zdanie! Twierdziła, że oboje tego chcą. — Napełnił srebrny kubek herbatą i opadł na krzesło, które zwolniła Maighdin, nie przyjmując do wiadomości, że stęknęło ostrzegawczo pod jego ciężarem. — Tak czy owak, ten bzdurny pomysł to najmniejsze z moim zmartwień. Pan Gill powiada, że to Seanchanie opanowali Amador, i ja mu wierzę. Na Światłość! Seanchanie!
Faile złączyła końce palców obu dłoni i ponad nimi wbiła wzrok w przestrzeń.
— Być może to byłoby najlepsze rozwiązanie — powiedziała zamyślonym głosem. — Większość służących lepiej sobie radzi, jeśli są pożenieni. Może więc powinnam zaaranżować ich małżeństwo. Jak również małżeństwo Breane. Ledwie umyła twarz i natychmiast wypadła stąd jak oparzona, żeby sprawdzić, co się dzieje z tym wielkim mężczyzną. Wnoszę z tego, że tych dwoje dawno już powinno się pobrać. Zresztą miała w oku jakiś błysk. Nie będę tolerowała takiego zachowania u moich sług, Perrin. To tylko prowadzi do łez i dąsów. A Breane pewnie ma jeszcze gorszy charakterek niż on.
Perrin wytrzeszczył oczy.
— Czy ty mnie słyszałaś? — spytał powoli. — Seanchanie zajęli Amador! Seanchanie, Faile!
Wzdrygnęła się — naprawdę myślała o wydawaniu tych kobiet za mąż! — po czym uśmiechnęła do niego z rozbawieniem.
— Stąd do Amadoru droga daleka, a jeśli natkniemy się na tych Seanchan, to jestem pewna, że sobie z nimi poradzisz. Ostatecznie nauczyłeś mnie przysiadać na twoim ręku, nieprawdaż? — Tak właśnie mówiła, jakby była naprawdę sokołem, a on jej sokolnikiem, jednak on jakoś nigdy nie potrafił dostrzec sugerowanego w porównaniu posłuszeństwa.
— Być może okażą się odrobinę trudniejsi do opanowania niż ty — odparł sucho, co ona znowu skwitowała uśmiechem. Z jakiegoś powodu biło z niej niezmierne zadowolenie. — Myślę o wysłaniu Grady’ego albo Nealda, by ostrzegli Randa, niezależnie od tego, co mówił. — Faile gwałtownie potrząsnęła głową, jej uśmiech gdzieś wyparował, on jednak brnął dalej. — Zrobiłbym to, gdybym wiedział, gdzie go znaleźć. Musi być sposób na przekazanie mu wieści tak, aby nikt się nie dowiedział. — Na tę sprawę Rand kładł jeszcze większy nacisk niż na konieczność dochowania tajemnicy przed Masemą. Oficjalnie przegnał Perrina i wszyscy mieli sądzić, że nie łączy ich nic oprócz wrogości.