Ścieżka Sztyletów
- Автор: Джордан Роберт
- Серия: Kolo czasu #8
- Язык: польский
- Переводчик: Katarzyna Karłowska
- Жанр: Фэнтези
Электронная книга - «Ścieżka Sztyletów». Краткое содержание книги:
— Są zgrzani i brudni, mężu — odezwała się Faile, nareszcie włączając do rozmowy. — A ostatnie godziny okazały się dla nich trudne, nie ma wątpliwości. Aram może pokazać mężczyznom, gdzie mogą się umyć. Ja zajmę się kobietami. Każę wam przynieść wilgotne ręczniki, abyście mogły obmyć twarze i ręce — powiedziała do Maighdin i Lini. Gestem dała znać Breane i poprowadziła je w stronę namiotu. Widząc, że Perrin skinął głową, Aram dał znak mężczyznom, że mają iść jego śladem.
— Jak już skończysz się myć, panie Gill, to chętnie z tobą pogadam — powiedział Perrin.
Równie dobrze mógł wykonać ten kołowrót ognia, który rozgorzał nad zagrodą dla kóz. Maighdin obróciła się na pięcie, wytrzeszczając oczy, a pozostałe dwie kobiety stanęły jak wryte. Palce Tallanvora kurczowo ścisnęły rękojeść miecza, a Balwer stanął na palcach, zerkając ponad swoim tobołkiem i przekrzywiając głowę to w jedną, to w drugą stronę. Nie wilk, raczej ptak wypatrujący kota. Basel Gill zaś, krzepki mężczyzna, upuścił na ziemię swój dobytek i podskoczył na stopę do góry.
— No pewno, Perrin — wyjąkał, zrywając z głowy słomiany kapelusz. Strumyki potu wyżłobiły ślady w warstwie kurzu oblepiającego mu twarz. Pochylił się, by podnieść tobołek, zmienił jednak zamiar i pospiesznie się wyprostował. — Chciałem rzec, lordzie Perrinie. Ja... ach... tak sobie myślałem, że to ty, ale... oni nazywali cię lordem, toteż nie byłem pewien, czy będziesz chciał znać starego oberżystę. — Pocierając chustką swoją niemalże łysą czaszkę, zaśmiał się nerwowo. — Pogadam z tobą, a jakże. Mycie może przecież zaczekać.
— Witaj, Perrin — odezwał się zwalisty mężczyzna. Przez ciężkie powieki opadające na oczy Lamgwin Dorn wyglądał na leniwego, mimo umięśnionej sylwetki oraz blizn na twarzy i dłoniach. — Pan Gill i ja słyszeliśmy; że młody Rand to Smok Odrodzony. Trzeba się było domyślić, że i ty staniesz się znany w świecie. Perrin Aybara to dobry człowiek, pani Maighdin. Moim zdaniem, możesz mu zaufać i oddać się w jego ręce. — Nie był leniwy i nie był też głupi.
Aram niecierpliwie potrząsnął głową i Lamgwin z pozostałymi dwoma ruszyli za nim, przy czym Tallanvor i Balwer ociągali się, rzucając taksujące spojrzenia na Perrina i pana Gilla. Spojrzenia pełne niepokoju. Na kobiety też się oglądali. I choć Faile ciągnęła je już za sobą, one również zerkały ukradkiem na Perrina i pana Gilla, na mężczyzn wlokących się za Aramem. Nagle jakby przestało im się podobać, że ich rozdzielają.
Pan Gill otarł czoło i uśmiechnął się nerwowo. Światłości, dlaczego on pachnie strachem, zastanawiał się Perrin. Bał się go? Mężczyzny związanego ze Smokiem Odrodzonym, przedstawiającego się jako lord i dowodzącego armią, nieważne, że małą, wygrażającego Prorokowi? Nie od rzeczy byłoby dorzucić do tego zakneblowaną Aes Sedai — odpowiedzialność za coś takiego zapewne też spadnie na niego. „Naprawdę nie ma się czego bać” — pomyślał zgryźliwie Perrin. — „Gdzieżby tam”. Oni wszyscy bali się pewnie, że ich pozabija.
Chcąc jakoś uspokoić pana Gilla, zaprowadził go do wielkiego dębu rosnącego w odległości jakichś stu kroków od czerwono-białego namiotu. Większość liści wielkiego drzewa opadła już, a reszta zbrązowiała, ale płożące się nisko masywne konary dawały odrobinę cienia, a niektóre z poskręcanych korzeni wystawały z ziemi na taką wysokość, że mogły posłużyć za siedziska. Perrin sam to sprawdził, bo właśnie na jednym z tych korzeni siedział i kręcił młynka palcami, kiedy inni rozbijali obóz. Gdy tylko próbował zrobić coś użytecznego, zawsze znajdowało się dziesięć rąk, które odbierały mu robotę.
Basel Gill nie dał się jednak uspokoić, niezależnie od tego, jak go Perrin wypytywał o „Błogosławieństwo Królowej”, jego oberżę w Caemlyn, albo wspominał swoją wizytę w tym lokalu. Być może jednak Gill aż za dobrze pamiętał, jaką ruiną dla powszechnego spokoju okazała się ta wizyta, przez Aes Sedai, gadanie o Czarnym i ich ucieczkę głęboką nocą. Chodził nerwowo tam i z powrotem, przyciskał tobołek do piersi, wciskał to pod jedną, to pod drugą pachę i odpowiadał garstką słów, nieustannie oblizując wargi.
— Panie Gill — powiedział w końcu Perrin — przestańże tytułować mnie lordem Perrinem. Nie jestem lordem. To skomplikowane, ale nie jestem lordem. Sam o tym wiesz.
— I owszem — odparł tłustawy mężczyzna, nareszcie sadowiąc się na jednym z dębowych korzeni. Wyraźnie nie miał chęci stawiać swoich rzeczy na ziemi, bo bardzo powoli cofał dłonie. — Jak rzeczesz, lordzie Perrinie. A czy Rand... Lord Smok... czy on naprawdę chce, by lady Elayne zasiadła na tronie? Nie, żebym wątpił w twoje słowa — dodał pospiesznie. Ściągnąwszy z głowy kapelusz, znowu zaczął ocierać czoło. Mimo iż tak tęgi, pocił się co najmniej dwa razy mocniej, niżby dawało się wytłumaczyć samym upałem. — Jestem pewien, że Lord Smok postąpi dokładnie tak, jak powiadasz. — Jego śmiech zabrzmiał niepewnie. — Chciałeś ze mną pogadać. Ale jestem pewien, że nie o mojej starej karczmie.
Perrin westchnął ze znużeniem. Przyszło mu do głowy, że nie ma chyba nic gorszego jak starzy przyjaciele i sąsiedzi, którzy kłaniają się i przed nim szurają nogami, ale tamci przynajmniej czasami zapominali się i mówili, co myślą. I żaden z nich się go nie bał.
— Znalazłeś się daleko od domu — powiedział łagodnym głosem. Nie wolno naciskać na człowieka, który gotów lada chwila umrzeć ze strachu. — Byłem ciekaw, co cię tu sprowadziło. Mam nadzieję, że nie jakieś kłopoty.
— Powiedz mu wszystko zrozumiale, Baselu Gill — wtrąciła ostro Lini, podchodząc energicznym krokiem do drzewa. — Pamiętaj, bez żadnych upiększeń. — Nie było jej tylko przez krótki czas, a jednak jakimś sposobem zdążyła obmyć twarz i dłonie, a także uczesać się w schludny siwy koczek z tyłu głowy. I prawie dokładnie otrzepać z kurzu prostą wełnianą suknię. Wykonawszy nienaganny ukłon przed Perrinem, obróciła się i pogroziła Gillowi sękatym palcem. — Są trzy rzeczy, które irytują do szaleństwa: ból zęba, niewygodne buty i mężczyzna gaduła. A więc trzymaj się tematu i nie opowiadaj młodemu lordowi więcej, niż ten chce usłyszeć. — Przez chwilę patrzyła z przyganą na oszołomionego oberżystę, po czym nagle jeszcze raz prędko dygnęła przed Perrinem. — On naprawdę uwielbia brzmienie własnego głosu... większość mężczyzn je uwielbia... ale opowie ci wszystko, jak się patrzy, mój lordzie.
Pan Gill spojrzał na nią spode łba, a kiedy machnęła gwałtownie, ręką na znak, że ma mówić, mruknął niewyraźnie:
— Chuda, stara... — Tyle Perrin usłyszał.
— Otóż zdarzyło się tak... mówiąc pokrótce... — Tłusty mężczyzna raz jeszcze spojrzał ponuro na Lini, ale ona udała, że tego nie zauważa — że robiłem interesy w Lugard. Kroiła się okazja nabycia importowanego wina. Ale to cię nie interesuje. Oczywiście zabrałem ze sobą Lamgwina i Breane, bo ona nie spuszcza go z oka nawet na godzinę, jeśli nie musi. Po drodze poznaliśmy panią Dorlain, to znaczy panią Maighdin, bo tak ją tytułujemy, oraz Lini i Tallanvora. I rzecz jasna Balwera. Po drodze. Niedaleko Lugard.
— Maighdin i ja byłyśmy na służbie w Murandy — wtrąciła ze zniecierpliwieniem Lini. — Aż do wybuchu kłopotów. Tallanvor był wynajętym strażnikiem w tymże Domu, a Balwer sekretarzował. Bandyci spalili dwór i nasza pani nie mogła już dłużej nas zatrzymać, więc postanowiliśmy wyprawić się w podróż. Razem. Dla bezpieczeństwa.
— Już to powiedziałem, Lini — burknął pan Gill, drapiąc się za uchem. — Kupiec win wyjechał z Lugard z jakiegoś powodu i... — Potrząsnął głową. — Za dużo tego, żeby się w to zagłębiać, Perrin. Wybacz mi. Wiesz, że w dzisiejszych czasach kłopoty są wszędzie, takie czy inne. Jakoś tak to wyszło, że za każdym razem, jak już uciekliśmy przed jednymi, wpadaliśmy w inne tarapaty i stale oddalaliśmy się coraz bardziej od Caemlyn. Aż w końcu znaleźliśmy się tutaj, zmęczeni i wdzięczni za możliwość odpoczynku. Tak to w skrócie było.