Ścieżka Sztyletów
- Автор: Джордан Роберт
- Серия: Kolo czasu #8
- Язык: польский
- Переводчик: Katarzyna Karłowska
- Жанр: Фэнтези
Электронная книга - «Ścieżka Sztyletów». Краткое содержание книги:
Perrin powoli kiwnął głową. Tak rzeczywiście mogło być, ale on nauczył się już, że ludzie zawsze znajdą dość powodów, by kłamać względnie zwyczajnie zaciemniać prawdę. Krzywiąc się, przeczesał włosy palcami. Światłości! Robił się tak nieufny jak jakiś Cairhienianin, i to tym bardziej, im głębiej Rand go we wszystko wplątywał. Czemuż to Basel Gill, ze wszystkich ludzi, miałby go okłamywać? Przyzwyczajona do korzystania z przywilejów pokojówka jakiejś lady, na którą przyszły ciężkie czasy — w odniesieniu do Maighdin wyjaśniało to zaiste wiele. Niektóre rzeczy bywały proste.
Lini zaplotła wprawdzie dłonie na brzuchu, ale cały czas obserwowała ich czujnym wzrokiem, niczym sokół, a pan Gill zaczął się niespokojnie wiercić, gdy tylko skończył swą opowieść. Jakby uważał, że grymas na twarzy Perrina to żądanie ciągu dalszego. Zaśmiał się nawet, ale bardziej ze zdenerwowania niż z rozbawienia.
— Od czasów Wojny z Aielami nie tłukłem się tyle po świecie, a wszak nie jestem już tak szczupły jak ongi. A jakże, dotarliśmy do samego Amadoru. Rzecz jasna, wyjechaliśmy po tym, jak Seanchanie zajęli miasto, ale po prawdzie to oni wcale nie są gorsi od Białych Płaszczy, co bym mógł... — Urwał, gdy Perrin pochylił się nagle do przodu i chwycił go za klapę kaftana.
— Seanchanie, panie Gill? Jesteś tego pewien? Czy to znowu tylko pogłoski, takie jak te o Aielach albo Aes Sedai?
— Widziałem ich na własne oczy — odparł pan Gill, wymieniając niepewne spojrzenia z Lini. — Sami się tak przedstawiali. Dziwię się, że o niczym nie wiesz. Uciekali wszyscy, których spotkaliśmy po drodze z Amadoru. Ci Seanchanie chcą, żeby wszyscy wiedzieli, o co im się rozchodzi. Dziwni to ludzie i dziwne im towarzyszą stwory. — Jego głos wezbrał na sile. — Podobne do Pomiotu Cienia. Wielkie skórzaste bestie, które latają i noszą na swych grzbietach ludzi, i jeszcze inne, które wyglądają jak jaszczurki, tyle że ogromne jak konie i mają po troje oczu. Widziałem ich! Jako żywo!
— Wierzę ci — odrzekł Perrin, puszczając rękaw kaftana mężczyzny. — Ja też ich widziałem. — W Falme, gdzie podczas kilku minut poległy tysiące Białych Płaszczy i gdzie Róg Valere musiał wezwać umarłych bohaterów legend, żeby udało się odeprzeć atak Seanchan. Rand twierdził, że oni powrócą, ale jak to się stało, że wrócili tak szybko? Światłości! Jeśli zajęli Amador, to musieli także zawładnąć Tarabonem, albo przynajmniej większą częścią jego terytorium. Tylko dureń zabijał jelenia, jeśli wiedział, że za jego plecami kryje się ranny niedźwiedź. Ile zagarnęli? — Nie mogę was od razu wysłać do Caemlyn, panie Gill, ale jeśli zostaniecie ze mną trochę dłużej, dopilnuję, abyście tam bezpiecznie dotarli. — O ile przestawanie z nim mogło być bezpieczne. Prorok, Białe Płaszcze i teraz może jeszcze Seanchanie na dobitkę.
— Myślę, że dobry z ciebie człek — odezwała się znienacka Lini. — Obawiam się, że nie wyznaliśmy ci całej prawdy, a być może powinniśmy.
— Lini, co ty wygadujesz?! — zakrzyknął pan Gill, podrywając się na równe nogi. — Moim zdaniem upał przez nią przemawia — wyjaśnił na użytek Perrina. — I cała ta podróż. Coś jej się czasami roi. Wiesz, jacy bywają starzy ludzie. Zamilczże, Lini!
Lini odepchnęła dłoń, którą próbował położyć jej na ustach.
— A ty sobie uważaj, panie Gill! Już ja ci pokażę starych ludzi. Otóż Maighdin uciekała przed Tallanvorem, w pewnym sensie uciekała, a on ją ścigał. A poza tym wszyscy uciekaliśmy, już czwarty dzień, i to omal nie zabiło zarówno nas, jak i naszych koni. Cóż, nic dziwnego, że ta kobieta przez połowę czasu błąka się gdzieś myślami; wy, mężczyźni, tak potraficie namącić w umyśle kobiety, że taka ledwie jest w stanie myśleć, a potem udajecie, że nic nie zrobiliście. Wszystkich was powinno się wytargać za uszy, dla zasady. Ta dziewczyna boi się własnego serca! Tych dwoje powinno się pobrać, i to im prędzej, tym lepiej.
Pan Gill zagapił się na nią, a Perrin nie był pewien, czy i jemu przypadkiem nie wydłużyła się mina.
— Nie jestem pewien, czy rozumiem, czego się po mnie spodziewasz — powiedział powoli i kiedy przerwał, siwowłosa kobieta natychmiast znowu zaczęła mówić.
— Nie udawaj, żeś taki niedomyślny. Nie wierzę ci ani na jotę. Widzę, że masz więcej rozumu niźli większość mężczyzn. To najgorszy obyczaj mężczyzn, stwarzanie pozorów, że nie widzą, co mają pod własnym nosem. — Co się stało z tymi wszystkimi dygnięciami? Lini splotła ręce na piersiach i przyglądała mu się surowym wzrokiem. — No cóż, skoro już musisz udawać, to ja ci wszystko wyłożę. Jak słyszałam, ten twój Lord Smok robi, co chce. A ten twój Prorok wybiera ludzi i żeni ich na miejscu. No to proszę bardzo, złap Maighdin i Tallanvora, a potem ich ożeń. On ci podziękuje i ona też. Kiedy już w jej umyśle zapanuje spokój.
Oszołomiony Perrin zerknął na pana Gilla, który wzruszył ramionami i uśmiechnął się kwaśno.
— Wybacz mi — powiedział Perrin do staruszki — ale muszę dopilnować ważnych spraw. — Odszedł pospiesznie, tylko raz się obejrzawszy. Lini wygrażała panu Gillowi palcem, besztając go mimo jego protestów. Wiatr wiał w niewłaściwym kierunku, nie mógł więc usłyszeć, o czym mówią. Po prawdzie zresztą, nie chciał słyszeć. Oni wszyscy poszaleli!
Berelain miała dwie pokojówki i łowców złodziei, ale również Faile otaczała się swego rodzaju dworem. Około dwudziestu młodych Tairenian i Cairhienian siedziało na skrzyżowanych nogach obok namiotu, kobiety w kaftanach i spodniach tak samo jak mężczyźni uzbrojone w miecze. Żadna nie miała włosów dłuższych niźli do ramion, wszyscy, mężczyźni i kobiety jednako, wiązali je z tyłu głowy wstążkami, na podobieństwo czubów Aielów. Perrin zastanawiał się, gdzie się podziała reszta, rzadko kiedy oddalali się tak bardzo, by nie móc w każdej chwili usłyszeć głosu Faile. Miał nadzieję, że nie narobią gdzieś jakichś kłopotów. Faile przyjęła ich pod swoje skrzydła, by, jak twierdziła, właśnie trzymać ich z dala od kłopotów, a Światłość wiedziała, w co by się wpakowali, gdyby ich pozostawili w Cairhien razem z całą zgrają innych młodych durniów, dokładnie takich samych jak oni. Zdaniem Perrina wszyscy z tej hałastry potrzebowali tęgiego kopniaka w siedzenie, to by im wbiło choć trochę rozumu do głów. Pojedynki, zabawianie się w ji’e’toh, udawanie, że są Aielami. Idiotyzm!
Lacile wstała z ziemi, kiedy Perrin podszedł bliżej, blada, drobna kobieta z czerwonymi wstążkami przypiętymi do klap kaftana, z małymi złotymi kółkami w uszach i wyzywającym spojrzeniem, na widok którego mężczyźni z Dwu Rzek myśleli niekiedy, że mimo noszonego miecza chętnie przyjmie całusa. W tym akurat momencie wyzwanie w tych oczach było twarde jak kamień. Tuż za nią stała również Arrela, wysoka i śniada, z włosami przyciętymi na krótko, zupełnie jak Panna i w odzieniu jeszcze prostszym od męskiego. W odróżnieniu od Lacile, Arrela dawała jasno do zrozumienia, że prędzej pocałowałaby psa niż jakiegoś mężczyznę. Obie wykonały taki ruch, jakby zamierzały stanąć przed wejściem do namiotu, by zagrodzić Perrinowi drogę, ale któryś mężczyzna, o kanciastym podbródku, w kaftanie z bufiastymi rękawami, warknął rozkazująco i obie na powrót usiadły. Z wyraźną niechęcią. A skoro już o tym mowa, Parelean poskrobał się kciukiem po tymże kanciastym podbródku, jakby jednak postanowił przemyśleć całą sprawę na nowo. Kiedy Perrin widział go po raz pierwszy, nosił brodę — popularną wśród Tairenian — no, ale Aielowie wszak bród nie nosili.