Ścieżka Sztyletów
- Автор: Джордан Роберт
- Серия: Kolo czasu #8
- Язык: польский
- Переводчик: Katarzyna Karłowska
- Жанр: Фэнтези
Электронная книга - «Ścieżka Sztyletów». Краткое содержание книги:
8
Prosta wiejska kobieta
Obozowisko znajdowało się ligę dalej, dobrze oddalone od drogi biegnącej pośród niskich, zalesionych wzgórz, tuż za strumieniem o korycie szerokości dziesięciu stóp, jeśli je mierzyć według wypełniających je kamieni, albo pięciu, jeśli wziąć pod uwagę wodę, która w żadnym miejscu nie sięgała wyżej jak do kolan. Spod kopyt koni umykały maleńkie zielono-srebrne rybki. Zwykli przechodnie raczej nie mogli na nie przypadkiem trafić. Od najbliższej zamieszkanej farmy dzielił ich dystans całej mili i Perrin upewnił się osobiście, że jej mieszkańcy poją swoje zwierzęta gdzie indziej.
Naprawdę robił, co mógł, żeby tylko nie przyciągać uwagi; kiedy już nie mogli jechać lasem, podróżowali bocznymi traktami i polnymi drogami. Daremny wysiłek. Konie można było paść wszędzie tam, gdzie rosła trawa, ale potrzebowały choć krztyny obroku, a poza tym nawet niezbyt liczna armia musiała kupować żywność, i to w dużych ilościach. Każdy człowiek potrzebował dziennie czterech funtów jedzenia, w mące, fasoli i mięsie. Plotki na pewno krążyły po całym Ghealdan, ale być może, jeśli nie odstąpiło ich szczęście, nikt jeszcze nie zaczął podejrzewać, kim tak naprawdę są. Perrin skrzywił się. Może nie podejrzewali dopóty, dopóki teraz nie wyrwał się i nie wypaplał wszystkiego. A jednak nie mógł postąpić inaczej.
Tak naprawdę były to aż trzy obozowiska, skupione obok siebie, stosunkowo blisko strumienia. Podróżowali jedną grupą i wszyscy jechali tam, gdzie on, rzekomo stosując się do jego rozkazów, a jednak nie sposób było uniknąć ciągłych konfliktów silnych osobowości i nikt nie mógł być absolutnie pewien, czy pozostałym przyświeca ten sam ceł. Około dziewięciuset członków Skrzydlatej Gwardii rozpaliło własne ogniska, między szeregami uwiązanych do palików koni, na rozległej łące porośniętej zadeptaną teraz, zbrązowiałą trawą. Perrin usiłował powstrzymać się przed wdychaniem zapachów koni, potu, nawozu i gotowanej koźliny — bardzo nieprzyjemna kombinacja przy upalnym dniu. Kilkunastu konnych wartowników, połączonych w pary, powoli objeżdżało obóz, z ustawionymi pod jednolitym kątem długimi lancami, na końcach których pyszniły się czerwone proporce, jednakże pozostali Mayenianie zrzucili z siebie napierśniki i hełmy. Pozdejmowali także kaftany, a niekiedy nawet koszule i w oczekiwaniu na strawę wylegiwali się na kocach albo grali w kości. Jedni podnosili wzrok, kiedy Perrin ich mijał, drudzy powstawali z miejsc, by móc lepiej się przyjrzeć jego nowym towarzyszom, ale o żadnym rejwachu nie było mowy, co oznaczało, że patrole wciąż pełniły swą służbę. Niewielkie patrole, bez lanc, które potrafiły niezauważenie obserwować okolice. No cóż, chociaż w tym mógł się dopatrywać jakiejś nadziei. Mógł, do czasu epizodu przy zagrodzie.
Garstka gai’shain uwijała się przy swoich obowiązkach pośród niskich, szaroburych namiotów Mądrych, na rzadko zalesionym szczycie wzgórza górującego nad obozem Mayenian. Nawet z tej odległości odziane w biel sylwetki wyglądały niegroźnie, spuszczony wzrok, nieustanne posłuszeństwo. Z bliska wrażenie było identyczne, choć dostrzegało się, że większość pochodzi z Shaido. Mądre twierdziły, że gai’shain to gai’shain; Perrin jednak nie ufał żadnemu Shaido, wolał nie odwracać się do nich plecami. Na uboczu, pod skarłowaciałym drzewem sorgumowym rosnącym na jednym ze stoków klęczało w kręgu kilkanaście Panien odzianych w cadin’sor, Sulin pośrodku, najtwardsza z nich mimo siwych włosów. Również ona wysłała zwiadowców, a jej kobiety potrafiły przemieszczać się pieszo równie prędko jak Mayenianie na koniach i z pewnością zręczniej unikały ściągania niepożądanej uwagi. Na otwartej przestrzeni nie było żadnej z Mądrych, tylko szczupła kobieta mieszająca gulasz w wielkim kotle wyprostowała się, rozmasowując kłykciami plecy, i obserwowała przejazd oddziału Perrina. Była odziana w zieloną jedwabną suknię do konnej jazdy.
Chmurny grymas zastygł na twarzy Masuri. Aes Sedai raczej nie były przyzwyczajone do mieszania w garnkach, ani też do wykonywania innych tego rodzaju prac, które Mądre zlecały jej i Seonid. Masuri obwiniała za wszystko Randa, ale jego tutaj nie było, natomiast Perrin tak. Gdyby jej dać bodaj cień szansy, z pewnością obdarłaby go żywcem ze skóry.
Edarra i Nevarin skręciły w tamtą stronę, skraje obszernych spódnic ledwie wzniecały pojedyncze suche liście z grubej warstwy zaścielającej ziemię. Seonid podążyła za nimi, wciąż zakneblowana chustką. Obróciła się w siodle, zerkając na Perrina. Gdyby potrafił uwierzyć, że jakaś Aes Sedai jest w stanie wyglądać na zdenerwowaną, to tak właśnie by ją określił. Jadący tuż za nią Furen i Teryl mieli na twarzach grobowe miny.
Masuri zauważyła, że nadjeżdżają, i pospiesznie zgarbiła się nad kotłem, wracając ze zdwojoną energią do mieszania, jakby chciała sprawić wrażenie, że nie przerwała ani na chwilę. Dopóki Masuri pozostawała w pieczy Mądrych, Perrin zakładał, że nie musi się przejmować swoją skórą. Mądre najwyraźniej założyły jej bardzo krótką smycz.
Nevarin obejrzała się na niego przez ramię, rzucając kolejne z szeregu ponurych spojrzeń, jakim nie było końca od czasu, gdy przez zarośniętego mężczyznę wysłał ostrzeżenie Masemie. Perrin westchnął z irytacją. Nie musiał się martwić o swoją skórę, no chyba że Mądre zechcą go z niej obłupić. Zbyt wiele osobowości. Zbyt wiele sprzecznych celów.
Maighdin jechała u boku Faile, z pozoru całkiem ignorując otoczenie, ale nie postawiłby złamanego miedziaka, że tak było naprawdę. Jej oczy rozszerzyły się nieznacznie na widok mayeniańskich wartowników. Wiedziała, co oznaczają czerwone napierśniki i hełmy podobne do garnków z wywiniętymi krawędziami, tak samo jak wcześniej rozpoznała charakterystyczne oblicze Aes Sedai. Dla wielu ludzi, zwłaszcza ubranych jak ona, jeden i drugi widok powinien być obcy. Ta Maighdin była naprawdę zagadkową osobą. I z jakiegoś powodu zdawała się jakby znajoma.
Lini i Tallanvor — posłyszał, że tak właśnie Maighdin nazywała mężczyznę, który przyjechał jej śladem, mimo iż „młody” Tallanvor mógł być od niej młodszy nie więcej niż cztery albo pięć lat, o ile... — trzymali się tak blisko Maighdin, jak to tylko było możliwe, mimo iż w drogę stale wchodził im Aram depczący po piętach Perrina. Identycznie zachowywał się Balwer, chudy jak patyk mężczyzna o wykrzywionych ustach, który zdawał się jeszcze mniej zainteresowany otoczeniem, niźli pozorowała Maighdin. Perrin uznał jednak, że Balwer widzi więcej niż ona. Nie umiał orzec, skąd to przekonanie, ale kilkakrotnie, gdy udało mu się pochwycić zapach kościstego człowieczka, w myślach pojawiał się obraz wilka chwytającego wiatr. O dziwo, Balwer nie odczuwał strachu, jedynie natychmiast tłumione przypływy irytacji, które przezierały przez pulsującą woń zniecierpliwienia. Pozostali towarzysze Maighdin wlekli się daleko w tyle. Trzecia kobieta, Breane, szeptała coś zapalczywie do zwalistego mężczyzny, który stale spuszczał wzrok i albo przytakiwał jej milcząco, albo kręcił głową. Z pozoru wyglądał na tęgiego awanturnika, a jednak ta niska kobieta też miała w sobie jakąś zadziorność. Ostatni z mężczyzn chował się za tą parą, krępy, w zniszczonym słomkowym kapeluszu naciągniętym specjalnie nisko, by osłonić twarz. Podobnie jak pozostali mężczyźni też nosił miecz, ale wyglądał z nim równie dziwnie jak Balwer.
Trzecia część obozu, położona na zadrzewionym terenie tuż za grzbietem wzgórza, ograniczającego stanowiska Mayenian, zajmowała obszar równie duży jak ten przysposobiony do użytku Skrzydlatej Gwardii, mimo iż zamieszkiwało ją mniej ludzi. Tutaj konie uwiązano do palików w dużej odległości od ognisk, dzięki czemu nic nie psuło woni strawy przesycającej powietrze. Na rożnach piekło się koźle mięso w towarzystwie twardych rzep, którymi farmerzy zapewne zamierzali karmić swoje świnie. Mężczyźni z Dwu Rzek, którzy w liczbie trzech setek porzucili swoje domy, by pójść za Perrinem, doglądali mięsiwa nabitego na szpikulce, naprawiali odzież, oporządzali strzały i łuki, rozproszeni w przypadkowych grupkach po pięciu albo sześciu wokół jednego ogniska. Prawie wszyscy bez wyjątku machali i wykrzykiwali pozdrowienia, aczkolwiek, jak na jego gust, za dużo było tych „lordów Perrinów” i „Perrina Złote Oko”. Tylko Faile miała prawo do tytułów, jakimi się do niej zwracali.