Ścieżka Sztyletów
- Автор: Джордан Роберт
- Серия: Kolo czasu #8
- Язык: польский
- Переводчик: Katarzyna Karłowska
- Жанр: Фэнтези
Электронная книга - «Ścieżka Sztyletów». Краткое содержание книги:
— Tkwicie po uszy w bagnie za to wszystko — wychrypiał. — Myśmy wykonywali rozkazy Proroka. Prorok powiada, że mężczyznę, który nęka kobietę, co to go nie chce, czeka śmierć. Ci tutaj ścigali tę... — wystawił podbródek w kierunku Maighdin — a ta biegła co sił. Prorok oberwie wam za to uszy! — I tu splunął dla lepszego efektu.
— To śmieszne — oznajmiła Maighdin dźwięcznym głosem. — Ci ludzie są moimi przyjaciółmi. Ten człowiek całkiem opacznie zrozumiał to, co zobaczył.
Perrin skinął głową, jeśli ona uzna, że się z nią zgadza, proszę bardzo. Ale jeśli zestawić to, co rzekł ten człowiek, ze słowami Lini... Doprawdy nie jest już wtedy takie proste.
Faile i pozostali przyłączyli się do nich, tuż za nimi szli towarzysze podróży Maighdin, trzech mężczyzn i jeszcze jedna kobieta, wszyscy prowadzili utrudzone konie, którym sił już nie starczało na pokonanie zaledwie kilku mil. Z czego zresztą wcale nie wynikało, że w przeszłości były to przednie wierzchowce, zapewne nigdy do takich się nie zaliczały. W każdym razie Perrin nie przypominał sobie wspanialszej kolekcji drżących kolan, krzywych pęcin, łogawizny i siodłowatych grzbietów. Jak zawsze jego wzrok powędrował najpierw w stronę Faile — nozdrza rozdęły mu się, poszukując jej woni — ale po drodze zahaczył o Seonid. Zgarbiona w siodle i oblana pąsem, z nie wiadomo dlaczego spochmurniałym wzrokiem i jakoś dziwnie odmienioną twarzą — rozdęte policzki i nie domknięte usta. I było w tej twarzy coś jeszcze, coś czerwono-niebieskiego... Perrin zamrugał. O ile coś mu się nie zwidywało, miała do ust wepchniętą chustkę! Wychodziło na to, że Mądre nie żartowały, kiedy ostrzegały uczennicę, że nie wolno jej się odzywać bez pozwolenia, nawet jeśli tą uczennicą była Aes Sedai.
Nie był tu jedyną osobą obdarzoną bystrym wzrokiem; Maighdin aż rozdziawiła usta, kiedy zobaczyła Seonid, a potem zmierzyła go przeciągłym, taksującym spojrzeniem, jakby to on był odpowiedzialny za tę chustkę. A więc potrafiła rozpoznać Aes Sedai na pierwszy rzut oka? Niezwykłe, jak na wieśniaczkę, za którą mogła uchodzić wyglądem. Ale z drugiej strony, nie wyrażała się jak wieśniaczka.
Na twarzy jadącego za Seonid Furena zastygł mars przywodzący na myśl grom, jednak to Teryl skomplikował sprawy, ciskając na ziemię jakiś przedmiot.
— Znalazłem to, ścigając go — oświadczył. — Mógł upuścić podczas ucieczki.
Z początku Perrin nie zorientował się, na co patrzy: widział długi wieniec z rzemienia, na który nanizane były chyba kawałki wyschłej skóry. A kiedy znienacka go olśniło, obnażył zęby w grymasie.
— Prorok oberwie nam uszy, powiadasz.
Zarośnięty mężczyzna przestał się gapić na Seonid i oblizał wargi.
— To... to dzieło Hariego! — zaprotestował. — Hari jest wredny. On lubi liczyć, gromadzić trofea i on... uch... — Wzruszywszy ramionami w czeluściach zdobycznego kaftana, zapadł się w sobie niczym pies zagnany do kąta. — Nie możecie mnie z tym łączyć! Prorok was powiesi, jeśli mnie tkniecie! Wieszał już arystokratów, możnych lordów i lady. Ja kroczę w Światłości błogosławionego Smoka Odrodzonego!
Perrin podjechał do niego, starając się, by Stepper nie nastąpił na to... coś... na ziemi. Niczego mniej nie pragnął, jak poczuć w nozdrzach zapach tego mężczyzny, a jednak pochylił się, przysuwając twarz bliżej. Kwaśny pot ścierający się ze strachem, panika, ślad gniewu. Niestety, nie wywąchał poczucia winy. „Mógł to upuścić” to nie to samo co „upuścił”. Osadzone blisko siebie oczy rozszerzyły się i mężczyzna przylgnął plecami do wierzchowca Teryla. Żółte oczy czasami się przydawały.
— Gdybym potrafił udowodnić, że kłamiesz, zawisłbyś na najbliższym drzewie — warknął. Mężczyzna zamrugał, zaczął się rozpromieniać, kiedy zrozumiał, co to oznacza, ale Perrin nie dał mu czasu na odzyskanie buty. — Jestem Perrin Aybara, i to twój drogocenny lord Smok mnie tutaj przysłał. Rozpowiesz to wszystkim. To on mnie przysłał i jeśli znajdę człowieka z takimi... trofeami... onże zawiśnie! Zawiśnie ten z was, który koso na mnie spojrzy! I możesz przekazać Masemie, że ja tak powiedziałem! — Wyprostował się, pełen niesmaku. — Puść go, Teryl. Jeśli on nie zniknie mi stąd w okamgnieniu!...
Teryl odepchnął go i mężczyzna pomknął na łeb na szyję w stronę najbliższych drzew, nie obejrzawszy się ani razu. Część przepełniającego go obrzydzenia Perrin rezerwował dla samego siebie. Pogróżki! Że ktoś spojrzy na niego koso? Ale jeśli ten do końca bezimienny mężczyzna patrzył, jak komuś obcinają uszy; i nic z tym nie zrobił?
Faile uśmiechała się z dumą przeświecającą przez warstewkę potu na twarzy. I to właśnie dzięki jej spojrzeniu jego obrzydzenie do siebie nieco osłabło. Dla tego spojrzenia przeszedłby boso przez ogień.
Nie wszyscy się z tym zgadzali, ma się rozumieć. Seonid zacisnęła powieki, a jej dłonie w rękawicach zadrgały na wodzach, jakby rozpaczliwie pragnęła wyrwać tę chustkę z ust i powiedzieć mu, jakie jest jej zdanie. Zresztą i tak się domyślał. Edarra i Nevarin otuliły się szalami i spoglądały na niego ponuro. O tak, potrafił się domyślić.
— A mnie się wydawało, że wszystko ma zostać utrzymane w tajemnicy — stwierdził zdawkowym tonem Teryl, obserwując uciekającego. — Myślałem, że Masema nie ma wiedzieć, że tu jesteś, dopóki sam mu o tym nie szepniesz do jego różowego uszka.
Taki był plan. Zgodnie z sugestią Randa miał stanowić dodatkowy środek ostrożności, Seonid i Masuri przypominały o nim przy każdej możliwej okazji. Ostatecznie, Prorok Lorda Smoka czy nie, Masema mógł nie chcieć stanąć twarzą w twarz z kimkolwiek, kogo wysłał Rand, jeśli wziąć pod uwagę to, na co podobno sobie pozwalał. Te uszy to jeszcze wcale nie była najgorsza rzecz, jeśli wierzyć w dziesiątą część pogłosek. Edarra i inne Mądre uważały Masemę za potencjalnego wroga, którego należało wziąć z zasadzki, zanim zastawi na nich własne sidła.
— Moim zadaniem jest... położyć temu kres — oświadczył Perrin, wskazując gniewnym gestem rzemyk leżący na ziemi. Słyszał pogłoski i nic nie zdziałał. A teraz sam był świadkiem. — Równie dobrze mógłbym zacząć to robić od zaraz. — A jeśli Masema stwierdzi, że to on jest wrogiem? Ile tysięcy zwolenników motywowanych strachem albo wiarą miał Prorok? To nie miało znaczenia. — To się skończy, Teryl. Skończy!
Murandianin przytaknął powoli; spoglądając na Perrina takim wzrokiem, jakby go widział pierwszy raz w życiu.
— Lordzie Perrinie? — odezwała się Maighdin. Na śmierć zapomniał o tej kobiecie i o jej towarzyszach. Pozostali zgromadzili się przy niej, nieco na uboczu, większość wciąż jeszcze nie dosiadła koni. Oprócz mężczyzny, który pierwszy przygalopował śladem Maighdin, było jeszcze trzech innych; dwóch ukrywało się teraz za swymi wierzchowcami. Lini wydawała się najczujniejsza ze wszystkich, wbiła w niego zafrasowany wzrok; podprowadziła swego konia blisko Maighdin i zdawała się gotowa sama chwycić uzdę. Nie po to, by powstrzymać młodszą kobietę przed jakimiś wybrykami, tylko po to chyba, by samej bryknąć i zabrać ze sobą Maighdin, która z kolei wyglądała na całkiem spokojną, ale również przyglądała się Perrinowi. I nic dziwnego, po całym tym gadaniu na temat Proroka i Smoka Odrodzonego, nie wspominając już jego oczu. I nie wspominając zakneblowanej Aes Sedai. Spodziewał się usłyszeć, że chcą już ruszać w drogę, natychmiast, a tymczasem Maighdin powiedziała tylko: — Przyjmiemy twoją łaskawą propozycję. Dzień czy dwa wypoczynku w twym obozie dobrze nam zrobi.
— Jak sobie życzysz, pani Maighdin — odparł z namysłem. Trudno mu było ukryć zdumienie. Zwłaszcza teraz, gdy dopiero co rozpoznał dwóch mężczyzn usiłujących ukryć się za swymi końmi. Dzieło ta’veren, że się tu znaleźli? W każdym razie na pewno przedziwny kaprys losu. — To chyba najlepszy pomysł.