Pierwsze uderzenie [Gust Front - pl]
- Автор: Ринго Джон
- Год: 2004
- Язык: польский
- Год: ISA
- ISBN: 83-88916-73-4
- Переводчик: Przemyslaw Bielinski
- Жанр: Боевая фантастика
Электронная книга - «Pierwsze uderzenie [Gust Front - pl]». Краткое содержание книги:
Wybraliśmy walkę.
Stewart zarechotał tak głośno, że z nosa pociekło mu piwo. Zakrztusił się. Bitwy między dowódcą drugiego plutonu a jego sierżantem były tak samo słynne, jak utarczki Stewarta z Nightingale.
Obraz Boggle Bogdanowicz i absolwenta West Point, splecionych w miłosnym uścisku, był tak samo nieprawdopodobny jak… pierwszego oficera i sierżanta Pappasa.
— Jezu — sapnął, kiedy wreszcie przestał się śmiać. — Nie myślisz chyba…
— No, jeszcze nie. — Duncan pochylił się do przodu, żeby zabrać mu piwo. — Skoro chcesz je marnować, wydmuchując przez nos…
— A więc — powiedział Stewart i starł piwo z krzesła — czyje nogi chciałbyś zarzucić sobie na ramiona?
— No, nie wiem. — Duncan oddał butelkę i zaczekał, aż Stewart znów się napije. — Myślałem o… Summerhour’rze.
Fontanna piwa znowu trysnęła na pokój. Summerhour był ponad dwumetrowym, niezbyt bystrym i brzydkim mężczyzną, szeregowcem z sekcji ciężkiej broni. Stewart był pewien, że Duncan jest hetero, więc nie mógł wybrać nikogo gorszego.
Wytarł piwo, a potem zapłakane od śmiechu oczy.
— Myślisz, że staruszek wie? — zapytał trzeźwo.
Duncan pokręcił głową.
— Wszyscy myślą, że jestem jakimś ekspertem od kapitana O’Neala. A ja spędziłem z nim tylko kilka dni. Wy trenujecie z nim od ponad roku. Sam sobie odpowiedz.
Stewart się zastanowił.
— Pewnie tak. Nigdy nie widziałem, żeby coś go zaskoczyło.
— A ja widziałem — przyznał Duncan. — Ale tylko wtedy, kiedy wróg spieprzy mu cały plan bitwy. Wtedy się wścieka. Strasznie. — Pokręcił głową i wypił piwo do ostatniej kropli. — Nie chciałbyś go widzieć, kiedy jest wściekły.
23
Mike usilnie starał się zachować spokój.
— Sir, rozumiem, że nie prowadzi pan już hotelu. Mogę nawet zrozumieć, że nie lubi pan turystów. Ale mam ze sobą żonę i córkę i musimy gdzieś przenocować.
Mężczyzna za ladą miał pięćdziesiąt parę lat; długie, siwiejące włosy spiął w kucyk. Patrzył z góry na niskiego, potężnie zbudowanego żołnierza i z niesmakiem marszczył nos.
— Słuchaj, koleś, masz rację. Nie prowadzę już hotelu. Nie ma już turystów. Jakim cudem, do diabła, ty jeszcze się tu kręcisz, kiedy cała reszta siedzi w bazach wojskowych?
Mike załamał ręce.
— Skorzystałem ze wszystkich możliwych kruczków prawnych. To chciał pan usłyszeć?
W rzeczywistości to za jego plecami skorzystano ze wszystkich kruczków prawnych.
Twarz właściciela zmieniła się.
— Słuchaj…
— Harry — powiedziała jakaś kobieta z mieszczącego się z tyłu biura — uspokój się.
Obóz rybacki No-Name-Key składał się z ośmiu starych, drewnianych, wypłowiałych na słońcu bungalowów, przystani na kilku chwiejnych palach, zupełnie nowej trzydziestometrowej chłodni z pustaków oraz recepcji — jednopiętrowego drewnianego budynku tuż przy małym porcie. Wewnątrz pierścienia budynków znajdował się mały parking w kształcie muszli ostrygi. Stały tam pojazdy najprzeróżniejszych typów, głównie ciężarówki z odkrytą przyczepą.
Ich maski pokrywały grubą warstwą kurz i liście palm. Gdzieś zza chłodni dobiegał warkot starego dieslowskiego generatora, a silny południowo-zachodni wiatr przynosił ciężki odór ryb i gnijących glonów.
Recepcja pełniła zarazem rolę sklepiku. W przedniej części znajdowały się artykuły spożywcze, z tyłu trzymano sprzęt wędkarski i żywe przynęty. Z jednej strony lady stała kasa sklepowa i lodówka. Po drugiej stronie znajdowały się drzwi z szyldem „Wstęp wzbroniony”. To właśnie zza tych drzwi dobiegał kobiecy głos.
Obie części sklepu świeciły pustkami. Wszystkie pojemniki na przynęty były puste, tak samo jak półki i stojaki na sprzęt. Podobnie było w części spożywczej. Stało tam tylko kilka słoików masła orzechowego i parę litrowych słojów na sprzedaż. Chociaż sklep był pusty, najwyraźniej nadal o niego dbano. Regały obłożono folią, żeby nie paskudziły ich muchy, a podłogę niedawno umyto.
Mężczyzna stojący przy staroświeckiej kasie sklepowej przewrócił tylko oczami i wyjrzał przez okno, a do pomieszczenia weszła kobieta. Była po czterdziestce i przypominała O’Nealowi sierżant Bogdanowicz. Miała długie blond włosy, spięte w opadający na plecy kucyk; nosiła podniszczone spodnie i wiejską bluzkę. Miała też najciemniejszą opaleniznę, jaką Mike kiedykolwiek widział. Na jej twarzy gościł uśmiech.
— Proszę wybaczyć mojemu mężowi. — Wślizgnęła się za ladę i bezceremonialnym szturchnięciem biodrem odepchnęła małżonka. — To świetny materiał na pustelnika.
— Przepraszam, że się narzucam… — zaczął Mike.
— Wcale się pan nie narzuca — odpowiedziała uśmiechnięta właścicielka. — Harry miał na myśli, że prawie niczego już nie mamy. A co do stanu kwater…
— To ruina — parsknął Harry. — Od roku nie mieliśmy żadnego gościa. Tylko w jednym domu dach nie przecieka. — Zamyślił się. — No, może w dwóch.
— I właśnie te oferujemy — stwierdziła właścicielka z uśmiechem.
— Zużyliśmy większość pościeli! — zaprotestował Harry.
— A więc będziemy improwizować.
— Nie ma prądu! — zagrzmiał właściciel.
— Jest generator — uśmiechnęła się blondynka.
— Jest potrzebny do lodu!
— Ci państwo to nasi goście!
— Nie mamy paliwa dla gości!
— Coś się wymyśli.
— Nie ma jedzenia!
— Bzdury. Mamy ryby, homara, kraba… — Zwróciła się do Mike, który z rozbawieniem obserwował tę rodzinną kłótnię. — Nikt z pańskiej rodziny nie jest uczulony na skorupiaki?
— Nie. — Mike zaśmiał się. — Pozwólcie państwo, że coś powiem.
Po pierwsze, nie potrzebujemy prądu. Jesteśmy przygotowani na to, żeby obozować pod namiotem, więc mamy latarki. Po drugie, mamy własne śpiwory, więc nie potrzebujemy pościeli. Jakiekolwiek łóżko jest lepsze niż podłoga, a dach nad głową jest lepszy od namiotu.
Chcemy spędzić kilka dni na Florida Keys i może trochę ponurkować i połowić ryby.
Mike zwrócił się teraz do właściciela, który sprawiał wrażenie, że chce zaprotestować.
— Chciałbym wyjaśnić kilka spraw. Otóż możemy zapłacić, i to dobrze. Jeśli nie przyjmuje pan kredytów federacyjnych, przywieźliśmy sprzęt, którego podobno tu brakuje. Zauważyłem, że ma pan puste półki, a ja mam pięćdziesięcio — i dwudziestopięciofuntowy zwój włókna nylonowego, spławiki i przynęty, pięć masek do nurkowania i dwa opakowania haczyków.
Usta właściciela powoli otwierały się ze zdziwienia. Mike kontynuował.
— Mamy też „racje żywnościowe”, więc doskonale sobie poradzimy.
Przeniósł wzrok na właścicielkę. Para wymieniła spojrzenia, a Harry wzruszył ramionami.
— Witamy w obozie rybackim No-Name-Key — powiedziała z uśmiechem właścicielka.
O’Neal odwzajemnił uśmiech.
— Proszę mi mówić Mike.
Domek był mały, stary i cuchnął pleśnią; na Florida Keys był to zapach powszechny tak samo, jak komary. Kiedy otworzyli drzwi, kameleon przerwał pościg za jakimś mrówkopodobnym owadem.
Domek był wyposażony w dwa łóżka dla dorosłych i dostawkę dla Cally. Całość podzielono na dwie części: od strony parkingu znajdowały się pokój dzienny, kuchnia i jadalnia, a z tyłu, bliżej zatoczki, mieściły się sypialnia i łazienka.