Бесплатная библиотека
Читайте книгу на сайте или телефоне
READ-E-BOOK » Исторические детективы » Szachownica Flamandzka [La tabla de Flandes - pl]
Szachownica Flamandzka [La tabla de Flandes - pl] - Читать Любимую Русскую Полную Книгу 👉 Read-E-Book.com

Szachownica Flamandzka [La tabla de Flandes - pl]

Электронная книга - «Szachownica Flamandzka [La tabla de Flandes - pl]». Краткое содержание книги:

Młodej konserwatorce dzieł sztuki powierzono zadanie odrestaurowania obrazu flamandzkiego mistrza z XV wieku, przedstawiającego dwóch mężczyzn grających w szachy oraz kobietę. Podczas pracy Julia odkrywa ukryty pod warstwą farby napis po łacinie, który można przetłumaczyć na dwa sposoby: Kto zabił rycerza lub Kto zbił skoczka. Zaintrygowana, informuje o swoim odkryciu kilkoro przyjaciół. Zwraca się też do swego byłego kochanka – historyka sztuki z prośbą o informacje na temat malarza i sportretowanych przez niego osób. Kluczem do zagadki okazuje się układ figur na namalowanej szachownicy. Wciągnięty do współpracy wybitny szachista rekonstruuje ostatnie posunięcia w grze z obrazu i odkrywa tajemnicę zbrodni popełnionej przed wiekami. Ale wówczas zaczynają ginąć osoby z otoczenia Julii powiązane ze sprawą flamandzkiego malowidła. Tajemniczy morderca podejmuje niedokończoną partię sprzed 500 lat i zbija kolejne figury.
Pérez-Reverte po raz kolejny dowodzi swojej pomysłowości i erudycji. Szachownica flamandzka to powieść detektywistyczna, w której dochodzenie prowadzone jest na kilku płaszczyznach; to jak rozwiązywanie łamigłówki wymagające dobrej znajomości sztuki, szachów i psychologii. Ale tym razem autor chyba przekombinował. Fabuła jest nazbyt wymyślna i skomplikowana, za to bohaterowie nie dość przekonujący, aby uwiarygodnić tę historię. Zainteresowały mnie dzieje obrazu i postaci na nim przedstawionych, ale jakoś nie potrafiłam się przejąć niebezpieczeństwem grożącym Julii i jej przyjaciołom.
1 ... 45 46 47 48 49 50 51 52 53 ... 83
Перейти на страницу:

Co chwila jej niebieskie oczy, błyszczące flamandzkim światłem, wędrują znad książki ku dwóm mężczyznom, którzy grają przy stole w szachy. Jej małżonek duma, oparty na lewym łokciu, prawą dłonią bezwiednie gładząc się po Złotym Runie, które posłał mu w ślubnym podarunku jego kuzyn Filip Dobry, świeć, Panie, nad jego duszą, a które on nosi teraz na szyi, zawieszone na ciężkim łańcuchu ze złota. Ferdynand Ostenburski waha się, wyciąga dłoń w stronę jednej bierki, dotyka jej, po namyśle jednak cofa rękę i spogląda przepraszającym wzrokiem w spokojne oczy Rogera d'Arras. “Dotknięta bierka musi wykonać ruch, panie” – mruczą z przyjazną ironią uśmiechnięte uprzejmie usta rycerza, wobec czego lekko zawstydzony Ferdynand z Ostenburga wzrusza ramionami i przesuwa bierkę, której dotknął, bo wie, że człowiek zasiadający z nim przy szachownicy to ktoś więcej niż dworak: to jego przyjaciel. Poprawia się na taborecie i czuje się mimo wszystko szczęśliwy. Ostatecznie to nic złego mieć koło siebie kogoś, kto co jakiś czas przypomni, że nawet książąt obowiązują pewne reguły.

Dźwięki mandoliny płynące z ogrodu docierają też do innego okna, którego nie widać z tej komnaty. Okna, za którym nadworny malarz Pieter van Huys przygotowuje dębową deskę złożoną z trzech części, właśnie sklejanych przez jego pomocnika. Stary mistrz nie może się jeszcze zdecydować, jakiej tematyki się podejmie. Może wybierze motyw religijny, który od jakiegoś czasu chodzi mu po głowie: młoda Madonna, prawie dziecko, która toczy krwawe łzy, wpatrując się z bólem na twarzy w swoje puste łono. Ale po namyśle van Huys wzdycha zniechęcony i kręci głową. Wie, że nigdy nie namaluje tego obrazu. Nikt nie zrozumie go tak, jak należy, a on miał już przed laty dostatecznie dużo kłopotów ze Świętym Oficjum. Jego znużone członki nie zniosłyby kaźni. Paznokciami brudnymi od farb drapie się po łysinie pod wełnianym biretem. Starzeje się i dobrze wie o tym, cierpi na niedostatek praktycznych pomysłów, za to umysł zaludniają mu ulotne widma. Chcąc je przegnać, zamyka na chwilę zmęczone oczy, by otworzyć je na powrót i popatrzeć na nietkniętą dębową powierzchnię, w nadziei, że życie przyjdzie mu z pomocą. W ogrodzie brzdąka mandolina, pewnie jakiś zakochany paź. Mistrz uśmiecha się do siebie i umoczywszy pędzel w glinianym naczyniu, nakłada grunt cienkimi warstwami, z góry na dół, zgodnie z fakturą drewna. Raz po raz zerka przy tym przez okno, napełniając oczy światłem, wdzięczny ciepłym promieniom słonecznym, które padając ukośnie ogrzewają jego stare kości.

Roger d'Arras powiedział coś cicho, na co książę odpowiada śmiechem. Jest zadowolony, bo właśnie zbił konika. A Beatrycze Ostenburska czy też Burgundzka czuje, że muzyka staje się nieznośnie smutna. Już, już chce nakazać jednej z dworek, żeby poszła uciszyć grajka, ale powstrzymuje się, bo słyszy w płynących z ogrodu nutach echo tego żalu, który spętał jej serce. Muzyka miesza się z przyjacielską pogawędką dwóch mężczyzn grających w szachy, ona tymczasem odnajduje przejmujące piękno w czytanym właśnie poemacie. A ta sama rosa, co okrywa różę i zbroję rycerza, teraz spływa łzą z jej niebieskich oczu, gdy kobieta podnosi wzrok i napotyka spojrzenie Julii, która z ciemnego kąta obserwuje scenę w milczeniu. I pewnie Beatrycze sądzi, że te ciemne oczy i młoda, śródziemnomorska twarz, podobna do twarzy na portretach, które przybywają z Włoch, to tylko odbicie jej własnego, zbolałego oblicza w dalekim, matowym zwierciadle. Beatrycze Ostenburska, czyli Burgundzka, wyobraża sobie, że jest poza komnatą, po drugiej stronie ciemnego szkła, skąd kontempluje samą siebie, siedzącą pod okaleczonym świętym Jerzym z gotyckiego kapitelu, pod oknem wychodzącym na jasny błękit nieba, który tak mocno kontrastuje z czernią jej sukni. I dociera do niej, że żadna spowiedź nie zmazę jej grzechu.

X. Niebieski samochód

– To było nieczyste posunięcie – rzeki Harun

do wezyra. – Chciałbym zobaczyć uczciwe.

Raymond M. Smullyan,

The Chess Mysteries of the Arabian Knights

Cesar uniósł z dezaprobatą jedną brew pod rondem kapelusza, kiwając przy tym parasolem. Pogardliwe spojrzenie antykwariusza okrasiła dodatkowo skrajna odraza, typowa reakcja, gdy rzeczywistość potwierdzała jego najgorsze obawy. Istotnie, tego poranka Rastro [21] nie sprawiało przytulnego wrażenia. Z szarego nieba lada chwila mógł lunąć deszcz, w związku z czym właściciele stoisk rozlokowanych na ulicach tworzących bazar już przygotowywali się do ochrony swoich towarów. Na niektórych odcinkach marsz wymagał żmudnego lawirowania między ludźmi, płachtami brezentu i brudnymi pokrowcami z folii, zwisającymi ze straganów.

– Tak naprawdę – powiedział antykwariusz do Julii, która oglądała podwójny kandelabr z giętego mosiądzu, wyłożony na plandece rozciągniętej na ziemi – to tylko strata czasu… Od wieków nie trafiłem tu na nic godnego uwagi.

Co nieco rozmijał się z prawdą, o czym Julia dobrze wiedziała. Na tym wysypisku, na tym olbrzymim cmentarzu marzeń wyrzuconych na ulicę wskutek kolejnych nieznanych kataklizmów Cesarowi raz na pewien czas udawało się, dzięki wprawnemu oku specjalisty, wygrzebać jakąś zapomnianą perłę, maleńki skarb, przez przypadek nie dostrzeżony przez tyle innych par oczu: kryształowy kieliszek z osiemnastego wieku, starą ramę, porcelanowe cacuszko. Kiedyś zaś w zapyziałej budce ze starymi książkami i czasopismami znalazł dwie piękne strony tytułowe, wybornie iluminowane zręczną dłonią anonimowego trzynastowiecznego mnicha, które po odnowieniu przez Julię antykwariusz sprzedał za przyzwoitą sumkę.

Przeszli powoli w stronę górnej części bazaru, gdzie w obdrapanych budynkach i w ciemnych podwórkach, połączonych przejściami o żelaznych balustradach, mieściła się większość w miarę liczących się sklepów ze starociami. Aczkolwiek nawet wspominając o nich, Cesar nie mógł powstrzymać miny wyrażającej sceptyczną ostrożność.

– O której umówiłeś się z dostawcą?

Przerzuciwszy parasol – bardzo drogi, ze srebrną, pięknie rzeźbioną rączką – do drugiej ręki, Cesar podciągnął lewy rękaw i zerknął na tarczę złotego chronometru, który nosił na przegubie. Ubrany był niezwykle elegancko w pilśniowy, tabaczkowy kapelusz z szerokim rondem i z jedwabną wstążką, płaszcz z wielbłądziej wełny przerzucony przez ramię, i chustkę pod szyją, wystającą spod jedwabnej koszuli. Strój jak zwykle posunięty był do granic, ale ich nie przekraczał.

– Za kwadrans. Mamy czas.

Połazili trochę po straganach. Czując na sobie podejrzliwe spojrzenie Cesara, Julia wzięła do ręki drewniany talerz z topornie namalowanym pożółkłym pejzażem przedstawiającym scenę wiejska: wóz zaprzężony w dwa woły oddalał się drogą pośród drzew.

– Chyba nie zamierzasz tego kupić, skarbie – wycedził antykwariusz z wyrzutem. – To wyrób nikczemny… Nawet nie chcesz się potargować?

Julia otworzyła przewieszoną przez ramię torbę i wyciągnęła portmonetkę, nie zwracając uwagi na protesty Cesara.

– Nie wiem, na co się tak skarżysz – odparła przyglądając się, jak pakują jej talerz w stary tygodnik ilustrowany. – Zawsze powtarzałeś, że ludzie comme il faut nigdy nie kłócą się o cenę: mam albo płacić bez gadania, albo odejść z podniesioną głową.

– Ta zasada nie sprawdza się w tym miejscu – Cesar rozglądał się z obojętnością zawodowca, marszcząc nos na widok plebejskich budek z tandetą. – Nie z tymi ludźmi.

Julia wsunęła zawiniątko do torebki.

– Swoją drogą mogłeś wpaść na to, żeby sprezentować mi ten talerz… Jak byłam mała, kupowałeś mi, co tylko chciałam.

1 ... 45 46 47 48 49 50 51 52 53 ... 83
Перейти на страницу:
0
Сюжет
  • 1
  • 2
  • 3
  • 4
  • 5
  • 6
  • 7
  • 8
  • 9
  • 10
0
Атмосфера
  • 1
  • 2
  • 3
  • 4
  • 5
  • 6
  • 7
  • 8
  • 9
  • 10
0
Главный герой
  • 1
  • 2
  • 3
  • 4
  • 5
  • 6
  • 7
  • 8
  • 9
  • 10
0
Общее впечатление
  • 1
  • 2
  • 3
  • 4
  • 5
  • 6
  • 7
  • 8
  • 9
  • 10
Итоговая оценка: 0.0 из 10 (голосов: 0 / История оценок)