Бесплатная библиотека
Читайте книгу на сайте или телефоне
READ-E-BOOK » Космическая фантастика » Ludzie z gwiazdy Pella [=Stacja Podspodzie / Downbelow Station - pl]
Ludzie z gwiazdy Pella [=Stacja Podspodzie / Downbelow Station - pl] - Читать Любимую Русскую Полную Книгу 👉 Read-E-Book.com

Ludzie z gwiazdy Pella [=Stacja Podspodzie / Downbelow Station - pl]

Электронная книга - «Ludzie z gwiazdy Pella [=Stacja Podspodzie / Downbelow Station - pl]». Краткое содержание книги:

Gwiazda Pella, strategiczny punkt w konflikcie zbrojnym Kompanii Ziemskiej i międzygwiezdnych kolonii. Ten, kto kontroluje Stacje Pella, decyduje o zasięgu ziemskich sił obronnych bądź o skali ziemskiej ekspansji w celu odzyskania utraconego imperium. Ale Pell jest zdecydowany utrzymać neutralność za wszelką cenę.
Ludzie z Gwiazdy Pella to obszerna, wielowątkowa i dramatyczna wizja przyszłości, ukazująca charaktery, postawy i ambicje nie odbiegające od naszych. Przez stronice tej powieści przewija się galeria fascynujących postaci, ludzkich i nieludzkich, których losy zależą od wyniku tytanicznych zmagań w skali kosmicznej.
Powieść ta otrzymała nagrodę Hugo w roku 1982.
1 ... 46 47 48 49 50 51 52 53 54 ... 146
Перейти на страницу:

„Chcesz do nich wrócić?” W uszach rozbrzmiewał mu nawet ton głosu Mallory. „Chcesz wrócić?” Nie chciał wtedy nic, tylko przestać cokolwiek odczuwać.

Tu tkwiło źródło tych koszmarów, tych ponurych, nieostrych postaci, tego, co budziło go w nocy.

Pokiwał powoli głową, potakując samemu sobie.

— Tutaj umieszczono cię w areszcie — ciągnął Damon. Wzięto cię na pokład z kapsuły ratunkowej; potem był Russell, Norwegia i Pell. Jeśli podejrzewasz, że podczas przystosowania zaszczepiliśmy ci jakieś fałszywe wspomnienia… to się mylisz. Wierz mi. Josh?

Pocił się. Czuł to.

— Nic mi nie jest — powiedział, chociaż przez chwilę miał trudności ze złapaniem tchu. Żołądek wciąż mu ciążył. To z powodu ciasnoty, emocjonalnej i fizycznej, zrozumiał teraz. Starał się nad sobą zapanować.

— Posiedź tu — powiedział Damom wstał, zanim zdążył zaprotestować, i wszedł do jednego ze sklepów ciągnących się wzdłuż korytarza.

Josh siedział posłusznie, oparłszy głowę o ścianę za sobą i w końcu tętno zwolniło. Uświadomił sobie, że po raz pierwszy zostawiono go samego, nie licząc drogi między miejscem pracy a pokojem w starym hospicjum. Ta myśl sprawiła, że poczuł się dziwnie nagi. Zastanawiał się, czy ci, którzy go mijają, wiedzą, kim jest. Ogarnęło go przerażenie.

„Będziesz coś niecoś pamiętał”, uprzedzili go lekarze, kiedy przestał zażywać pigułki. „Ale będziesz mógł podchodzić do tego z dystansem.”

Wrócił Damon z dwoma pełnymi kubkami, usiadł i podał jeden Joshowi. Był to sok owocowy schłodzony i posłodzony, z jakimś dodatkiem, po którym ustały sensacje żołądkowe.

— Spóźnisz się do biura — przypomniał Damonowi.

Damon wzruszył ramionami i nie odpowiedział.

— Chciałbym… — Ku swemu wielkiemu zawstydzeniu zająknął się. — Chciałbym zaprosić ciebie i Elenę na obiad. Mam teraz pracę. Mam trochę kredytu na drobne wydatki za pracę po godzinach.

Damon przypatrywał mu się przez chwilę z uwagą.

— Dobrze. Przekażę Elenie.

Usłyszawszy to poczuł się o wiele lepiej.

— Chciałbym — ciągnął dalej — wrócić stąd do domu. Sam.

— Dobrze.

— Powinienem wiedzieć… co pamiętam. Przepraszam.

— Martwię się o ciebie — powiedział Damon i to dotknęło go głęboko.

— Ale pójdę sam.

— Kiedy ten obiad?

— Zdecydujcie z Eleną. Mój rozkład zajęć jest raczej otwarty. Żart nie był najwyższego lotu. Damon uśmiechnął się przez grzeczność i dopił drinka. Josh wychylił swój kubek do dna i wstał.

— Dziękuję ci.

— Porozmawiam z Eleną. Jutro zawiadomię cię o dacie. Nie przejmuj się. I dzwoń do mnie, jeśli będziesz czegoś potrzebował.

Josh skinął głową, odwrócił się i wmieszał w tłum, który… mógł… znać jego twarz. Jak ten tłum z doków w jego wspomnieniach. Ten tutaj nie był taki sam. To był inny świat i szedł nim, swoją stroną korytarza, niczym nowy jego właściciel… dotarł do windy z urodzonymi na Pell, stanął razem z innymi, żeby zaczekać na kabinę, jak gdyby był jednym z nich.

Przyjechała. „Zielony siedem”, powiedział głośno, kiedy ścisk odciął go od przycisków i ktoś uprzejmie nacisnął właściwy guzik za niego. Ramię w ramię w windzie. Czuł się wspaniale. Nawet się nie obejrzał, kiedy kabina zatrzymała się na jego poziomie. Przepraszając przecisnął się między pasażerami, którzy nie zwracali na niego żadnej uwagi i stanął w swoim korytarzu, niedaleko hospicjum.

— Talley — drgnął na dźwięk tego głosu. Spojrzał w prawo na umundurowanych strażników służby bezpieczeństwa. Jeden pozdrowił go uprzejmym skinieniem głowy. Tętno mu przyśpieszyło i ponownie zwolniło. Znał skądś tę twarz. — Tutaj teraz mieszkasz? — spytał strażnik.

— Tak — odpowiedział i dodał przepraszająco:

— Nie pamiętam dobrze… co było dawniej. Może byliście tam, kiedy tu przybyłem.

— Byłem — przytaknął strażnik. — Cieszę się, że się wylizałeś.

Chyba mówił szczerze. „Dziękuję”, powiedział Josh i rozeszli się. Mrok, który był coraz bliżej, wycofał się.

Uważał ich wszystkich za zjawy ze snu. Ale ja przecież nie śnię, pomyślał. To się stało naprawdę. Minął biurko dyżurnego przy wejściu do hospicjum i wewnętrznym korytarzem dotarł do numeru 18. Wyciągnął swoją kartę. Drzwi rozsunęły się i wszedł do swojej pustelni, prostego pomieszczenia bez okien… rzadki przywilej sądząc po tym, co słyszał w programach vid poświęconych panującemu wszędzie przeludnieniu. Jeszcze jedna sprawa załatwiona przez Damona.

Normalnie włączyłby odbiornik vid, żeby wypełnić mieszkanie głosami, bo w ciszę wdzierały się zaraz sny.

Teraz usiadł na łóżku i po prostu siedział tak jakiś czas w milczeniu, sondując sny i wspomnienia jak nie do końca zaleczone rany. Norwegia.

Signy Mallory.

Mallory.

PELL: DOK BIAŁY:
BIURA SPÓŁKI LUKASA; GODZ. 1830;
DZIEŃ PRZESTĘPNY: ŚWIT GODZ. 0630

Nie było żadnych trudności. Jon urzędował w gabinecie, w tym najbardziej oddalonym od głównego wejścia do biura, prowadził normalne rozmowy telefoniczne, opracowywał rutynowe sprawozdania i spisy magazynowe, starając się jednocześnie w jednym z zakamarków swego udręczonego umysłu zaplanować sposób postępowania na wypadek, gdyby doszło do najgorszego.

Został w pracy dłużej niż zwykle; przygasły już nieco lampy w dokach, wyszła już z biura większa część personelu pierwszej zmiany i ustała aktywność dnia głównego… w zewnętrznych biurach pozostało już tylko kilku urzędników, żeby odbierać rozmowy poprzez komunikator i doglądać interesów aż do pojawienia się personelu ze zmiany dnia przestępnego. Oko Łabędzia wyszedł bez przeszkód z doku o 1446; Kulinowie na Annie odlecieli z papierami Vittoria o 1703 bez nagabywania czy sentencji większych niż rutynowe pytania o miejsce przeznaczenia i trasę na użytek milicji. Potem odetchnął.

I kiedy Annie znalazła się w takiej odległości od stacji, że można się już było nie obawiać żadnych protestów, włożył kurtkę, zamknął gabinet i udał się do domu.

Użył swojej karty do otwarcia drzwi, żeby w komputerze, tak jak należy, znalazł się każdy, najmniej nawet znaczący zapis przebiegu jego dnia… i zastał Jessada i Hale’a siedzących w milczeniu naprzeciwko siebie w pokoju gościnnym. Pili kawę; kojący aromat po szarpiących nerwy przeżyciach tego popołudnia. Zagłębił się w trzecim fotelu i oparł wygodnie obejmując w posiadanie swój własny dom.

— I ja napiłbym się kawy — rzucił pod adresem Brana Hale’a. Hale wstał i z ponurą miną poszedł mu ją przygotować. Nudne popołudnie? — zwrócił się Jon do Jessada.

— Rozleniwiająco nudne — przyznał cicho Jessad. — Ale pan Hale robił, co mógł, żeby mi je uprzyjemnić.

— Mieliście jakieś kłopoty z dotarciem tutaj?

— Żadnych — odkrzyknął Hale z kuchni. Przyniósł kawę i Jon siorbiąc ją zauważył, że Hale na coś czeka.

Odprawić go i zostać sam na sam z Jessadem? Nie uśmiechało mu się to. Niezbyt też podobała mu się perspektywa zbyt swobodnych rozmów prowadzonych tu i tam przez Hale’a.

— Doceniam twoją dyskrecję — zwrócił się do Hale’a. I po głębokim namyśle dodał: — Orientujesz się, że coś się szykuje. Przekonasz się, że to bardziej ci się opłaci niż pieniądze. Uważaj tylko, żeby Lee Quale nie popełnił jakiejś niedyskrecji. Wprowadzę cię we wszystko, gdy tylko będę więcej wiedział. Vittorio odleciał Dayin… zaginął. Potrzebuję jakiejś godnej zaufania, inteligentnej asysty. Rozumiesz mnie, Bran?

1 ... 46 47 48 49 50 51 52 53 54 ... 146
Перейти на страницу:
0
Сюжет
  • 1
  • 2
  • 3
  • 4
  • 5
  • 6
  • 7
  • 8
  • 9
  • 10
0
Атмосфера
  • 1
  • 2
  • 3
  • 4
  • 5
  • 6
  • 7
  • 8
  • 9
  • 10
0
Главный герой
  • 1
  • 2
  • 3
  • 4
  • 5
  • 6
  • 7
  • 8
  • 9
  • 10
0
Общее впечатление
  • 1
  • 2
  • 3
  • 4
  • 5
  • 6
  • 7
  • 8
  • 9
  • 10
Итоговая оценка: 0.0 из 10 (голосов: 0 / История оценок)