Ludzie z gwiazdy Pella [=Stacja Podspodzie / Downbelow Station - pl]
- Автор: Черри Кэролайн Джэнис
- Серия: Unia/Sojusz #3
- Год: 1993
- Язык: польский
- Год: Alfa
- ISBN: 83-7001-570-0
- Переводчик: Jacek Manicki
- Жанр: Космическая фантастика
Электронная книга - «Ludzie z gwiazdy Pella [=Stacja Podspodzie / Downbelow Station - pl]». Краткое содержание книги:
Ludzie z Gwiazdy Pella to obszerna, wielowątkowa i dramatyczna wizja przyszłości, ukazująca charaktery, postawy i ambicje nie odbiegające od naszych. Przez stronice tej powieści przewija się galeria fascynujących postaci, ludzkich i nieludzkich, których losy zależą od wyniku tytanicznych zmagań w skali kosmicznej.
Powieść ta otrzymała nagrodę Hugo w roku 1982.
— Dobrze się czujesz? — spytał Damon.
Josh pokiwał głową nie chcąc psuć mu przyjemności; przebywając z Damonem zawsze starał się nie sprawiać kłopotu. Krocząc po linie, na której jednym końcu było za dużo zaufania, a na drugim strach przed zaufaniem komukolwiek, desperacko usiłował zachować równowagę. Nienawidził samotności… zawsze… czasami miał jakieś przebłyski postrzępionej pamięci, przebłyski silne jak prawda… nigdy nie lubił być sam. Daman mógłby się nim znużyć. Nowość mogłaby spowszednieć. Towarzystwo kogoś takiego jak on musi się po jakimś czasie sprzykrzyć.
A wtedy zostałby sam w tym więzieniu, jakim była Pell, z połową umysłu i darowaną wolnością.
— Coś cię gnębi?
— Nie. — I desperacko, żeby zmienić temat, bo Damon skarżył mu się, że nie ma z kim chodzić do sali gimnastycznej, powiedział: — Myślałem, że Elena też tu przyjdzie.
— Ciąża zaczyna ją trochę rozleniwiać. Nie czuła się na siłach.
— Och. — Josh zamrugał powiekami i odwrócił wzrok. Zadał zbyt osobiste pytanie; czuł się jak intruz; był naiwny w takich sprawach. Znał chyba jakieś kobiety, ale nie ciężarne, nie pozostające w takich związkach jak ten Damona z Eleną, pełnych trwałych wartości. Pamiętał kogoś, kogo kochał. Była starsza. Była bardziej oziębła. Nic z tych rzeczy. Szczeniacka miłość. Był wtedy dzieckiem. Próbował pójść za nićmi wspomnień, ale się splątały. Nie chciał myśleć w ten sposób o Elenie. Nie mógł. Przypomniały mu się ostrzeżenia… nazywano to kalectwem psychicznym. Kalectwem…
— Josh… dobrze się czujesz?
Znowu zamrugał powiekami; jeśli nie przestanie, nabawi się nerwowego tiku.
— Coś cię gryzie.
Wykonał w odpowiedzi bezradny gest nie chcąc się wikłać w rozmowę. Otarł pot z twarzy.
— W porządku — powiedział Damom jak gdyby naprawdę tak było.
Josh wstał i podszedł do drzwi drewnianej izdebki, byle tylko znaleźć się dalej od Damona. Żołądek mu ciążył.
— Josh.
Ciemno tu. Ciasno… mógł uciec, uciec od tej ciasnoty, od tych natarczywych pytań. Zaprowadziłoby go to do aresztu, a potem do szpitala, do białych ścian.
— Boisz się czegoś? — spytał go po prostu Damon.
Pytanie trafiło tak blisko celu, jak żadne z innych słów. Zmieszany, znowu wykonał nieokreślony gest. Gwar innych głosów dobiegający gdzieś z zewnątrz stał się jak cisza, ryk w boksach łaźni oddalił się.
— Co ty sobie ubzdurałeś? — spytał Damon. — Że nie jestem z tobą szczery?
— Nie.
— Że nie możesz mi ufać?
— Nie.
— No to o co chodzi?
Czuł, że za chwilę zwymiotuje. Zawsze tak było, kiedy się nadwerężył… wiedział, skąd się to brało.
— Chciałbym — powiedział Damon — żebyś ze mną rozmawiał.
Josh spojrzał na niego opierając się plecami o drewniane przepierzenie.
— Przestaniesz — powiedział tępo — kiedy znuży cię zajmowanie się mną.
— Co przestanę? Znowu zaczynasz z tą obsesją porzuconego?
— Nie wiem, o co ci chodzi.
— Sądzisz, że uważam cię za ciekawostkę przyrodniczą czy co? — spytał Damon.
Josh przełknął gulę rosnącą mu w krtani.
— Odniosłeś takie wrażenie, tak? — ciągnął Damon. — Po moim zachowaniu czy Eleny?
— Nie chcę tak myśleć — zdobył się w końcu na wydanie z siebie głosu. — Ale ja jestem ciekawostką przyrodniczą, no bo czym więcej mógłbym być?
— Nie — zaprzeczył gwałtownie Damon.
Josh poczuł, jak zaczyna mu drgać nerwowo mięsień twarzy. Dowlókł się do ławy, usiadł i usiłował opanować tik. Były takie pigułki; nie zażywał ich już. Żałował teraz, bo chciał być spokojny i nie myśleć. Wydostać się stąd, przerwać te indagacje.
— Lubimy cię — powiedział Damon. — Czy o to się martwisz?
Siedział sparaliżowany, a serce waliło mu jak młotem.
— Chodźmy — powiedział Damon wstając. — Masz dosyć tej parówki.
Josh dźwignął się na nogi. Kolana ugięły się pod nim, wzrok mu się mącił od potu, gorąca i zmniejszonego ciążenia. Damon podał mu rękę. Udał, że tego nie dostrzega i ruszył za Damonem między boksami w kierunku pryszniców przy wejściu do łaźni.
Chłodniejsza mgiełka wodna przywróciła mu nieco jasność myślenia; został w boksie trochę dłużej, niż to było konieczne, głęboko wdychając orzeźwiające powietrze. Wyszedł spod pryszniców spokojniejszy i owinięty ręcznikiem wkroczył ponownie do przebieralni. Damon szedł za nim.
— Przepraszam — powiedział do Damona nie mając na myśli niczego konkretnego.
— Odruchy — zawyrokował Damon.
Zmarszczył w zamyśleniu brwi i schwycił Josha za ramię, zanim ten zdążył się od niego odwrócić. Josh szarpnął się odruchowo i uderzył o szafkę ubraniową tak mocno, że huk odbił się echem po pomieszczeniu.
Ciemne miejsce. Plątanina ciał. Chwytające go ręce. Odrzucił od siebie te myśli, oparł się o metalowe drzwiczki i drżąc na całym ciele patrzył w zaniepokojoną twarz Damona.
— Josh?
— Przepraszam — powtórzył. — Przepraszam.
— Wyglądasz, jakbyś miał zaraz zemdleć. To od gorąca? — Nie wiem — mruknął.
— Nie wiem. — Dowlókł się do ławy i usiadł, żeby zaczerpnąć tchu. Po chwili poczuł się lepiej. Mrok rozproszył się. — Przepraszam. — Był załamany, przekonany, że Damon nie będzie go dłużej tolerował. Depresja wzmagała się. — Może lepiej wrócę do szpitala.
— Aż tak źle?
Nie chciał myśleć o swoim pokoju, apartamencie w hospicjum, z gołymi ścianami, nieprzytulnym. W szpitalu byli ludzie, których znał, lekarze, którzy znali jego, którzy potrafiliby zaradzić w takich sprawach i co do których wiedział, że ich motywy ograniczają się do zawodowego obowiązku.
— Zadzwonię do biura — powiedział Damon — i uprzedzę ich, że się trochę spóźnię. Odprowadzę cię do szpitala, jeśli czujesz, że tak trzeba.
Założył ręce na głowę.
— Nie wiem, dlaczego to robię — powiedział. — Przypomina mi się coś. Nie wiem co, ale aż mnie ściska w dołku. Damon przysiadł na brzeżku ławy, po prostu przysiadł i czekał na niego.
— Wydaje mi się, że wiem, skąd się to bierze — powiedział w końcu i Josh podniósł wzrok przypominając sobie, że Damon miał dostęp do wszystkich jego akt.
— Co ci się wydaje?
— Może tam było za ciasno. Wielu uchodźców znalazłszy się w tłumie wpada w panikę. Mają uraz na punkcie tłoku.
— Ale ja nie przyleciałem z uchodźcami — zaoponował Josh. — Pamiętam przecież.
— I co jeszcze pamiętasz?
Nerwowy skurcz szarpnął jego twarzą. Wstał i zaczął się ubierać. Po chwili Damon poszedł w jego ślady. Do przebieralni wchodzili i wychodzili inni ludzie. Przez otwierające się drzwi docierały tutaj pokrzykiwania z zewnątrz, normalny gwar sali gimnastycznej.
— Naprawdę chcesz, żebym zaprowadził cię do szpitala? spytał po chwili milczenia Damon.
Josh wzruszył ramionami naciągając kurtkę.
— Nie. Przejdzie mi — zawyrokował, chociaż nadal wstrząsały nim zimne dreszcze, które powinny ustać pod wpływem ciepła, jakie dawało ubranie.