Szpital kosmiczny
- Автор: Уайт Джеймс
- Серия: szpital kosmiczny #1
- Год: 2002
- Язык: польский
- Переводчик: Wiktor Bukato
- Жанр: Научная фантастика
Электронная книга - «Szpital kosmiczny». Краткое содержание книги:
Bo inaczej…
Myśl, którą Conway odpychał w najgłębsze zakamarki mózgu, brzmiała: A co będzie, jeśli pacjent umrze…?
Przed rozpoczęciem kolejnego badania Conway wypytał Priliclę o stan emocjonalny pacjenta, ale niczego nowego się nie dowiedział. Rozbitek leżał obecnie nieruchomo, praktycznie nieprzytomny. Kiedy Conway przemówił do niego przez autotransłator, okazał strach, mimo że według zapewnień Prilicli rozumiał, co do niego mówiono.
— Nie zrobię ci krzywdy — Conway mówił powoli i wyraźnie do autotranslatora, przez cały czas się zbliżając — ale muszę cię dotknąć. Uwierz mi, proszę, że nie chcę ci zrobić nic złego… — Spojrzał pytająco na Priliclę.
— Strach i… i bezradność — powiedział Cinrussańczyk. — Także zgoda połączona z groźbą… nie, z ostrzeżeniem. Najwyraźniej wierzy w to, co pan mówi, ale chce pana przed czymś ostrzec.
To już bardziej obiecujące, pomyślał Conway. Stworzenie ostrzegało go, ale nie sprzeciwiało się kontaktowi. Zbliżył się i delikatnie dotknął dłonią w rękawicy ochronnej jednego z czystych jeszcze miejsc na skórze pacjenta.
Aż stęknął, tak silny był cios, który odtrącił jego ramię. Odsunął się pospiesznie, pocierając bolące miejsce, po czym wyłączył autotranslator, by dać upust swym uczuciom.
Po chwili pełnego szacunku milczenia Prilicla odezwał się:
— Otrzymaliśmy bardzo istotną informację, doktorze. Pomimo fizycznej reakcji uczucia pacjenta wobec pana są dokładnie takie same jak przed dotknięciem.
— No i co? — zapytał Conway poirytowany.
— No i to, że ten ruch musiał być mimowolny.
Conway rozważał to chwilę.
— Oznacza to także — powiedział z niesmakiem — że nie możemy ryzykować znieczulenia ogólnego, nawet gdybyśmy wiedzieli, co zastosować, ponieważ serce i płuca funkcjonują również za pomocą mięśni niezależnych od woli. Nie możemy go uśpić, a on nie jest w stanie nam pomóc przy miejscowym znieczulaniu… — Podszedł do pulpitu kontrolnego i nacisnął szereg guzików. Zaciski sieci otworzyły się, samą zaś sieć odciągnął odpowiedni uchwyt. — Przez cały czas — mówił dalej — pacjent rani się o tę siatkę. Stąd widać miejsce, w którym prawie stracił kolejną mackę.
Prilicla sprzeciwiał się usunięciu siatki, twierdząc, że jeśli pacjent będzie miał swobodę ruchów, to tym bardziej może sobie coś zrobić. Conway zwrócił mu uwagę, że w obecnej pozycji — ogon w szczękach, natomiast dolna część tułowia z pięcioma parami macek zwrócona na zewnątrz — stworzenie nie może specjalnie z tej swobody ruchów korzystać. A gdy się nad tym dobrze zastanowić, pozycja ta wygląda na doskonałą postawę obronną dla tego rodzaju istoty. Przypomniał sobie, jak ziemski kot walczy na grzbiecie, by wykorzystać wszystkie pazury. Tu oto leżał dziesięcionogi kot, który mógł się bronić we wszystkich kierunkach jednocześnie.
Wrodzone odruchy przyszły wraz z ewolucją. Ale po co pacjent przyjął tę postawę obronną i stał się nieprzystępny, kiedy najbardziej potrzebował pomocy?
Odpowiedź wybuchła mu w głowie niczym wielki błysk światła. Albo właściwie, poprawił się w ostrożnym podnieceniu, był w dziewięćdziesięciu procentach pewien, że to właściwa odpowiedź.
Od samego początku przyjmowano w tej sprawie błędne założenia. Jego nowa hipoteza opierała się na tym, że przyjęto jeszcze jedno błędne założenie — proste i zasadnicze. Wyjaśniwszy to, można było wytłumaczyć wrogość pacjenta, jego pozycję i stan umysłu. Można było nawet wskazać jedyny akceptowalny sposób postępowania. A co najważniejsze, Conway miał już powód, by nie uważać pacjenta za przedstawiciela rasy nienawistnej i nieprzejednanie wrogiej, na co zrazu wskazywało jego zachowanie.
Kłopot polegał na tym, że również ta teoria mogła się okazać błędna.
Jego pierwotny entuzjazm osłabł, a procent pewności zmalał do osiemdziesięciu. Miał teraz inny problem: w żadnym wypadku nie mógł komukolwiek powiedzieć, jak będzie leczył pacjenta. Takie postępowanie groziło degradacją, a upieranie się przy swoim nawet wyrzuceniem ze Szpitala, gdyby pacjent umarł. Do tego stopnia sprawa była poważna.
Conway ponownie zbliżył się do istoty i włączył autotranslator. Jeszcze zanim się odezwał, wiedział, jaka będzie reakcja, toteż jego słowa były zapewne aktem zbytecznego okrucieństwa. Chciał jednak raz jeszcze dla spokoju sumienia sprawdzić tę teorię.
— Nie obawiaj się, kochany — powiedział — za momencik będziesz taki jak przedtem…
Reakcja była tak silna, że Prilicla, którego zmysł empatyczny odbierał z pełną mocą wszystkie uczucia pacjenta, musiał opuścić salę.
Dopiero wtedy Conway zdecydował się ostatecznie.
Przez następne trzy dni Conway regularnie odwiedzał rozbitka. Dokładnie notował tempo rozszerzania się grubej włóknistej narośli, która pokrywała już dwie trzecie ciała pacjenta. Nie było wątpliwości, że rozprzestrzenia się coraz szybciej, jednocześnie zwiększając swą grubość. Posłał próbki na patologię, która stwierdziła, że pacjent cierpi na szczególny, wyjątkowo złośliwy przypadek nowotworu skóry, a oprócz tego zapytała, czy nie można zastosować naświetlań lub leczenia operacyjnego. Conway odpowiedział, że jego zdaniem niczego podobnego nie da się przeprowadzić bez poważnego ryzyka dla życia pacjenta.
Chyba najważniejszym jego dokonaniem w ciągu tych trzech dni było ogłoszenie, że każdy kontaktujący się z pacjentem przez autotranslator powinien za wszelką cenę unikać zapewnień o chęci udzielenia mu pomocy. Rozbitek zbyt wiele już wycierpiał z powodu tej źle pojętej dobroci. Gdyby Conway mógł zabronić wstępu do jego sali wszystkim poza Kurseddem, Priliclą i sobą, zrobiłby to.
Najwięcej czasu przeznaczał jednak na przekonywanie siebie, że postępuje słusznie.
Celowo unikał Mannona od pierwszego badania. Nie chciał rozmawiać ze starym przyjacielem na temat tego przypadku, Mannon bowiem był zbyt sprytny, by dać się zbyć wykrętami, a nawet jemu Conway nie mógł powiedzieć prawdy. Tęsknie myślał, że najlepiej byłoby, aby major Summerfield tak się zajął swym wrakiem, by nie zauważył oczywistych przesłanek; aby O’Mara i Skempton w ogóle zapomnieli, że Conway istnieje; i aby Mannon trzymał się z dala od całej sprawy.
Ale nie było mu to dane.
Doktor Mannon czekał już na niego, gdy wchodził do pacjenta drugi raz piątego dnia, rankiem. Zgodnie z obowiązującymi zasadami poprosił Conwaya o pozwolenie na przyjrzenie się rozbitkowi.
— Słuchaj no, mądralo — powiedział po wymianie odpowiednich uprzejmości — mam już dosyć tego, że wpatrujesz się w podłogę albo w sufit, kiedy przechodzę obok. Gdybym nie był gruboskórny jak Tralthańczyk, dawno bym się obraził. Wiem, oczywiście, że nowo mianowani starsi lekarze ogromnie się przejmują swoją rolą przez pierwsze kilka tygodni, ale twoje zachowanie jest po prostu nieprzyzwoite. — Podniósł rękę, nim jeszcze Conway zdołał się odezwać. — Przyjmuję twoje przeprosiny — rzekł — a teraz do rzeczy. Powiedzieli mi, że narośl całkowicie zakryła już ciało, że jest nieprzenikalna dla promieni rentgenowskich o bezpiecznym natężeniu i że obecnie można tylko zgadywać, jak się przemieszczają i działają narządy pacjenta. Nie można wyciąć tej masy pod narkozą, gdyż unieruchomienie wyrostków może również zatrzymać serce. A operacji nie sposób przeprowadzić, kiedy te macki tak wymachują. Jednocześnie pacjent słabnie, co będzie postępować, póki nie otrzyma pożywienia, co z kolei jest niemożliwe, póki jego otwór gębowy nie zostanie uwolniony. By jeszcze bardziej skomplikować sprawę, twoje późniejsze próbki wskazują, że narośl gwałtownie rozrasta się również w głąb, a pewne oznaki świadczą, że jeśli szybko nie przeprowadzimy operacji, otwór gębowy i ogon mogą zrosnąć się na stałe. Czy sprawa z grubsza tak właśnie wygląda?