Szachownica Flamandzka [La tabla de Flandes - pl]
- Автор: Перес-Реверте Артуро
- Язык: польский
- Переводчик: Filip Lobodzinski
- Жанр: Исторические детективы
Электронная книга - «Szachownica Flamandzka [La tabla de Flandes - pl]». Краткое содержание книги:
Pérez-Reverte po raz kolejny dowodzi swojej pomysłowości i erudycji. Szachownica flamandzka to powieść detektywistyczna, w której dochodzenie prowadzone jest na kilku płaszczyznach; to jak rozwiązywanie łamigłówki wymagające dobrej znajomości sztuki, szachów i psychologii. Ale tym razem autor chyba przekombinował. Fabuła jest nazbyt wymyślna i skomplikowana, za to bohaterowie nie dość przekonujący, aby uwiarygodnić tę historię. Zainteresowały mnie dzieje obrazu i postaci na nim przedstawionych, ale jakoś nie potrafiłam się przejąć niebezpieczeństwem grożącym Julii i jej przyjaciołom.
– Zupełnie jak ten obraz – powiedział Muńoz.
– Tak. Z tą tylko różnicą, że muzyka nie polega wyłącznie na obrazach, usytuowaniu figur czy w tym wypadku na częstotliwościach, ale na emocjach, jakie te częstotliwości wywołują w mózgu danej osoby… Napotkałby pan poważne problemy, gdyby chciał zastosować przy muzyce podobne metody badawcze, jakimi posłużył się przy rozwiązywaniu zagadki obrazu… Musiałby pan stwierdzić, która nuta odpowiada za konkretne stany emocjonalne. A ściślej, która kombinacja nut… Chyba to bardziej skomplikowane niż gra w szachy?
Muńoz zastanowił się nad tym.
– Moim zdaniem nie – odezwał się po chwili. – Bo ogólne zasady logiki są zawsze takie same. Muzyka, podobnie jak szachy, opiera się na regułach. Czyli zadanie polegałoby na wyodrębnieniu symbolu-klucza – skrzywił kącik ust. – Jak kamień z Rosetty dla egiptologów. Kiedy tego dokonamy, reszta jest kwestią roboty, kwestią metody. No i czasu.
Belmonte z niedowierzaniem zamrugał powiekami.
– Tak pan sądzi…? Uważa pan, że wszystkie ukryte komunikaty są do odczytania…? Ze wystarczy zastosować jakiś system, żeby zawsze znaleźć właściwe rozwiązanie?
– Jestem o tym przekonany. Istnieje jeden system uniwersalny, ogólne prawa, które pozwalają udowodnić to, co da się udowodnić, i wykluczyć to, co da się wykluczyć.
Stary pokiwał głową ze sceptycyzmem.
– Absolutnie się z panem nie zgadzam, proszę mi wybaczyć. Uważam, że wszelkie podziały, klasyfikacje, porządki i systemy, które przypisujemy wszechświatu, są arbitralną fikcją… Nie ma takiego układu, który nie zawierałby własnego przeciwieństwa. Mówi to panu ktoś, kto już swoje przeżył.
Muńoz przekręcił się nieco na krześle, błądząc wzrokiem po pokoju. Nie był uszczęśliwiony tokiem rozmowy, ale Julia odniosła wrażenie, że wcale nie chce zmieniać tematu. Wiedziała, że ten facet nie jest skłonny gadać po próżnicy, więc na pewno coś tam ukrywa. Może także Belmonte jest jedną z figur, które szachista bierze pod uwagę, próbując rozwiązać zagadkę.
– To dyskusyjna sprawa – odezwał się wreszcie Muńoz.
– Wszechświat jest na przykład pełen udowadnialnych nieskończoności: liczby pierwsze, kombinacje szachowe…
– Naprawdę pan w to wierzy…? Ze wszystko da się udowodnić? Muszę to panu powiedzieć jako były muzyk – starzec trzepnął pogardliwie dłonią w bezwładne nogi – albo mimo kalectwa ciągle jednak muzyk, że nie istnieje system zamknięty. A udowadnialność jest dużo słabszym pojęciem niż prawda.
– Prawda jest jak doskonałe zagranie szachowe: istnieje, ale trzeba ją znaleźć. Po upływie odpowiedniego czasu zawsze da się udowodnić.
Słysząc to, Belmonte uśmiechnął się złośliwie.
– Skłonny jestem raczej dopuścić, że doskonałe zagranie, jak pan to nazwał, czy po prostu prawda, być może istnieje. Ale nie zawsze da się przeprowadzić na to dowód. A każdy system, który podejmie się tego zadania, jest ograniczony i względny. Niech pan wyśle mojego van Huysa na Marsa albo na planetę X i ciekaw jestem, czy tam ktoś rozwiąże jego zagadkę. Powiem więcej: niech pan im wyśle tę płytę, której teraz słuchamy. A żeby jeszcze bardziej ten kłębek zasupłać, niech im pan ją wyśle połamaną. I jakiego sensu się w niej dopatrzą…? A skoro jest pan wielbicielem ścisłych reguł, przypomnę panu, że suma kątów w trójkącie równa się stu osiemdziesięciu stopniom w geometrii euklidesowej, ale jest większa w eliptycznej, a mniejsza w hiperbolicznej… Rzecz w tym, że nie ma jednego systemu, nie ma aksjomatów. Mamy różne systemy, mamy różnice w łonie każdego systemu… Lubi pan rozwiązywać paradoksy? Nie tylko muzyka, ale podejrzewam, że i malarstwo, i szachy są ich pełne. Proszę popatrzeć. – Wyciągnął dłoń w stronę stołu, chwycił ołówek i papier, napisał coś szybko i podał kartkę Muńozowi. – Proszę rzucić na to okiem, jeśli łaska.
Szachista przeczytał na głos:
– “Zdanie, które w tej chwili piszę, jest zdaniem, które pan w tej chwili czyta”… – Spojrzał zaskoczony na Belmontego. – I co?
– Właśnie to. Napisałem to zdanie półtorej minuty temu, a pan przeczytał je czterdzieści sekund temu. Zatem moje pisanie i pańskie czytanie nastąpiło w różnych chwilach. Na papierze “ta chwila” i “ta chwila” są bez wątpienia tą samą chwilą… Czyli zdanie z jednej strony prawdziwe, a z drugiej traci swoją wartość… A może abstrahujemy od pojęcia czasu…? To chyba niezły przykład paradoksu…? Widzę, że nie zna pan na to odpowiedzi, a analogiczne zjawiska możemy napotkać w zagadkach stawianych przez mojego van Huysa albo w innych sytuacjach… Kto panu zagwarantuje, że pańskie rozwiązanie problemu jest właściwe? Pańska intuicja i pański system? Poza tym, jakim systemem posłuży się pan, aby wykazać, że ma pan dobrą intuicję i dobry system? A jakim systemem potwierdzi pan słuszność poprzednich dwóch systemów…? Jest pan szachistą, więc chyba spodobają się panu te strofy:
I Belmonte zaczął deklamować, robiąc długie pauzy:
– Świat jest ogromnym paradoksem – zakończył starzec. – A teraz niech się pan poważy udowodnić mi twierdzenie przeciwne.
Julia spojrzała na Muńoza, który wpatrywał się bacznie w Belmontego. Przechylił nieco głowę, a oczy już mu zmętniały. Wyglądał na zakłopotanego.
Przefiltrowana przez wódkę muzyka – miękki jazz, ściszony niemal do poziomu delikatnego szmeru, który snuł się po ciemnych kątach mieszkania – spowijała ją niczym słaba, uspokajająca pieszczota. Dzięki niej Julia odczuwała jasny spokój. Tak jakby wszystko, noc, muzyka, mrok, cienie, a nawet wygoda, z jaką jej głowa spoczywała na skórzanym oparciu sofy, tworzyło doskonałą harmonię, w której nawet najmniejszy przedmiot wokół niej, najbardziej ulotna myśl, odnalazły właściwe miejsce w umyśle albo w przestrzeni i z geometryczną precyzją wpasowały się w jej świadomość i zmysły.
Nic, najmroczniejsze choćby wspomnienia nie były w stanie zburzyć spokoju, jaki panował teraz w jej duszy. Pierwszy raz od dawna odzyskała równowagę i zupełnie się w niej zatraciła. Magii tej chwili nie zniszczyłyby nawet głuche telefony, z którymi ostatecznie zdołała się już oswoić. Zamknąwszy oczy, kiwała głową w takt muzyki i uśmiechała się radośnie. W takich chwilach życie w zgodzie z samą sobą wydawało się bardzo łatwe.
Podniosła leniwie powieki. Polichromowane oblicze Madonny gotyckiej też uśmiechało się w półmroku, a jej oczy emanowały odwiecznym spokojem. Z obrazu w owalnej ramie, stojącego na poplamionym farbami dywanie z Szirazu i opartego o nogę stołu, spod nie do końca zdjętego werniksu, wyglądał romantyczny pejzaż andaluzyjski, nostalgiczny i delikatny: snująca się rzeka sewilska o gęsto porośniętych, zielonych brzegach, łódź i drzewa w oddali. A na środku pokoju – tu i tam rzeźby z drewna i z brązu, ramy, farby, pojemniki z rozpuszczalnikami, obrazy na ścianach i na podłodze, barokowy Chrystus w trakcie renowacji, stosy książek o sztuce i płyt, ceramika – w przypadkowym, choć wyraźnym, przedziwnym punkcie przecięcia się rozmaitych linii i perspektyw, stała Partia szachów, sprawując uroczyście władzę nad tym uporządkowanym bałaganem, przypominającym magazyn domu aukcyjnego albo sklep ze starociami. Słabe światło dobiegające z przedpokoju tworzyło na powierzchni obrazu wąski, jasny prostokąt, dzięki któremu flamandzka scena nabierała życia, a wszystkie detale, lekko zniekształcone przez szarą poświatę, były jednak dobrze widoczne z miejsca, gdzie siedziała Julia. Stopy miała bose, a na gołe nogi naciągnęła prawie do kolan czarny wełniany sweter. Deszcz łomotał o lukarnę, ale wewnątrz nie było chłodno, grzejniki trzymały ciepło.