Gazeta Lokalna
- Автор: Lapid Shulamit
- Язык: польский
- Жанр: Другие детективы
Электронная книга - «Gazeta Lokalna». Краткое содержание книги:
– Dahan?
– Co takiego?
– Jesteś skurwysyn.
– Dziękuję. Kiedy wracasz do pracy?
– Jutro.
– Lizzi!
– Powiedz mu, że wracam jutro i żeby się stąd wyniósł, zanim pokażę się w redakcji.
– Jesteś sama w domu?
– Z mamą.
– Daj mi ją na chwilę.
Lizzi rzuciła słuchawkę. Gdy telefon zadzwonił, położyła na nim rękę, ale go nie odebrała.
– Obiad stygnie – powiedziała matka.
Na widok uśmiechniętej Lizzi w jej oczach wezbrały łzy. Nadal chciała rozpieszczać swoją małą córeczkę, wspomagać ją dobrą radą, ale nie wiedziała, jak się do niej zwracać. Ta silna dziewczyna zwykła chadzać własnymi drogami. Niczym emerytowany kapitan statku handlowego, zagubiony na lądzie. Niech no ktoś mu spróbuje wytłumaczyć, że większość ludzi nie żyje na morzu.
– Nie możesz iść jutro do pracy, Lizzi – oznajmiła matka, gdy odniosła już tacę do kuchni.
– Mogę.
– Lekarz powiedział: tydzień odpoczynku.
– Niech sam leży przez tydzień.
– Czemu tak ci pilno?
Dzwonek u drzwi zadźwięczał, zanim Lizzi zdążyła wytłumaczyć, co jej grozi ze strony Cementa.
– Nie otwieraj – powiedziała.
Dzwonek zabrzęczał jeszcze kilka razy. Zza drzwi dobiegł dźwięczny kontralt Klary:
– Lizzi, to my!
– Otwórz, mamo – poprosiła Lizzi.
Do sypialni weszły trzy osoby. Klara, Jakow i Archimedes Lewi. Ten ostatni miał niewzruszony wyraz twarzy, ale Lizzi zauważyła iskierki śmiechu czające się w jego oczach. Klara trzymała w ręku niewielkie pudełko owinięte w ozdobny papier i przewiązane kolorowymi wstążeczkami. Bez wątpienia Chanel nr 5, bez którego żadna prawdziwa kobieta nie może się obejść. Jakow trzymał bukiet kwiatów, prawie tej samej wielkości co on sam. Archimedes przywiózł ich swoim samochodem. Lizzi wiedziała, że przejażdżka luksusowym citroenem oraz wizyta u siostrzenicy, która złapała sędziego mordercę, na zawsze znajdą miejsce w ich osobistej mitologii. Razem z Gilbertem i Sullivanem oraz Operą Królewską w Aleksandrii.
Rozdział 39
Armand Zilberman był pierwszym człowiekiem, który nie powiedział: „To ty jesteś tą dziewczyną, która złapała mordercę?” Lizzi była mu za to tak wdzięczna, że miała ochotę go ucałować. Wersje wydarzeń zmieniały się z dnia na dzień: sędzia zaatakował ją nożem rzeźnickim, rzucił się na nią z krzesłem, groził kałasznikowem i oblał kwasem solnym. Wszystko zależało od bogactwa wyobraźni pytającego lub jego sąsiadki. Na końcu każdej historyjki jednakże Czerwony Kapturek pokonywał złego wilka i zakuwał go w kajdanki. Lizzi nie zaprzeczała niczemu, co słyszała. Znudziło jej się. Chcą mieć miejscową bohaterkę, będą ją mieli, na zdrowie!
– Podać toma collinsa, panie Lewi? – zapytał Armand.
– Co ty na to? – zwrócił się do niej Archimedes.
– Tak, poproszę.
Tom Collins, Dick Collins, Harry Collins… Przecież on dobrze wie, że nie mam o tym pojęcia – pomyślała Lizzi.
Restauracja „Escopie” była pusta, tak jak poprzednim razem. Lizzi zastanawiała się, jak właścicielowi udaje się ją utrzymać. Siedzieli przy narożnym stoliku, skąd nie mogli zobaczyć drzwi do kuchni ani drzwi wejściowych. Był to, jak widać, stały stolik Archimedesa. Ciekawe, czy przyprowadza tutaj wszystkie swoje dziewczyny. Z wnętrza restauracji, prawdopodobnie z kuchni, dobiegały hałasy. Może budzą kucharkę?
– Co cię rozbawiło? – spytał Archimedes.
– Pomyślałam sobie, że pewnie poszli obudzić kucharkę.
– Armand jest kucharką.
– Myślałam, że jest kelnerem.
– Jest i kelnerem, i kucharzem.
Lizzi nauczyła się już rozpoznawać subtelne zmiany na jego zawsze poważnej twarzy. Uśmiech, skrywający się wśród zmarszczek wokół czarnych oczu. Wyraz oczekiwania, kiedy spokojnie siedział i czatował na głupstwa, które ona powie. Chwilami przywodził jej na myśl lwa drzemiącego gdzieś daleko na pustyni. Musiała sobie przypominać, że słyszy każdy szmer i w każdej chwili gotów jest dopaść swojej ofiary. Wiedziała, że lubi jej towarzystwo, jej niezręczność, naiwność. Te właśnie cechy, które zawsze przeszkadzały Lizzi w kontaktach z mężczyznami. Pociągało go jej duże ciało i to sprawiło, że zaczęła też dostrzegać jego walory. To prawda, miała duże stopy, ale za to ładne kostki i wąskie biodra. Krótkie kręcone włosy podkreślały z wdziękiem okrągły zarys czaszki. Lizzi miała teraz na sobie szarą wełnianą spódnicę, którą kupiła w „Jacqueline International” za pieniądze z premii. Nie wkładała spódnicy od dnia ślubu Hawacelet. Sprzedawczyni powiedziała, że ma ładną figurę i każde ubranie będzie na nią pasować, a Lizzi po raz pierwszy w to uwierzyła i nie pomyślała w głębi duszy: Ona na pewno mówi to każdemu.
Przyjrzała się sobie w sklepowym lustrze i to, co zobaczyła, spodobało się jej. Stała tam wysoka dziewczyna, nie za chuda i nie za gruba, o ładnych szerokich ustach. Jej odrobinę skośne orzechowe oczy niejedno już w życiu widziały, ale nie straciły jeszcze wyrazu ciekawości.
Armand przyniósł im dwa kieliszki. W każdym była słomka i czerwona wisienka wśród kostek lodu.
– Czy mam zamówić dla nas dwojga? – zaproponował Archimedes.
Lizzi skinęła głową. Piła toma collinsa i pozwoliła mężczyznom dyskutować nad zawartością menu.
– Co będzie z tobą? – spytała Archimedesa, kiedy Armand zniknął w kuchni.
– Tak wiele już przeszedłem w życiu, zniosę i to.
– Mówisz, jakbyś miał dwieście lat.
– Mam pięćdziesiąt.
– To dużo czy mało?
– A jak myślisz?
Lizzi nie mogła się powstrzymać. Pochyliła się i pocałowała go. Nie cofnął się. Stwierdziła, że jeśli on nie ma nic przeciwko całowaniu się w restauracji, to ona tym bardziej. Później odsunęła krzesło na koniec stołu, ponieważ nie była pewna, czy zdoła zachowywać się przyzwoicie, siedząc tak blisko niego. Archimedes uśmiechnął się łobuzersko, a Lizzi oznajmiła:
– Powinniśmy byli kupić kanapki i pojechać od razu na „Neptuna”.
Archimedes wybuchnął śmiechem, tym silnym i gwałtownym śmiechem, który rozbrzmiewał, ilekroć powiedziała coś zabawnego.
– Pytałaś mnie o coś. Chcesz usłyszeć odpowiedź?
– Tak, mój drogi.
– Nie do druku?
– Nie do druku.
– Wydział do spraw Przestępstw Gospodarczych chce mnie przedstawić jako światowej sławy oszusta milionera, króla szarej strefy w Beer Szewie. Przyznałem się, że złamałem prawo. Mam konta w bankach szwajcarskich i angielskich. Wywoziłem z Izraela znaczki i monety, nie prosząc o pozwolenie. Opowiedziałem im wszystko, co chcieli. Jak to się mówi, wyraziłem chęć współpracy. Na razie nie złożyli podania o przedłużenie mojego aresztu. Mój adwokat mówi, że prawie nie ma szansy, bym odzyskał pieniądze pożyczone Aleksandrze. Nie podpisaliśmy żadnej umowy, nie było świadków. Jedynym dowodem jest sam czek. Ale jeżeli będę się upierał, że to ja pożyczyłem jej sto tysięcy dolarów, dobiorą się do mnie ludzie z Sade Oznai. Będą próbowali udowodnić, że byłem jej nielegalnym wspólnikiem, i zażądają zwrotu zaginionej sumy. W każdym razie mój adwokat mówi, że należy siedzieć cicho, przyznać się do złamania prawa, zapłacić grzywny i podziękować.
– A jaka jest inna możliwość?
– Całkowite uniewinnienie, przynajmniej od ciebie. Co ty na to?
– Mogą cię zamknąć?
– Teoretycznie tak. Ale najprawdopodobniej tego nie zrobią. Chciałabyś, żeby mnie zamknęli? Wydaje ci się to romantyczne – ukochana skazańca?
– Nie. Żadne przestępstwo nie jest dla mnie romantyczne. Całe życie ciężko pracowałam na każdy grosz. Nie rozumiem, dlaczego ja mam płacić podatki, a inni nie. Poza tym nie jestem twoją ukochaną.