Gazeta Lokalna
- Автор: Lapid Shulamit
- Язык: польский
- Жанр: Другие детективы
Электронная книга - «Gazeta Lokalna». Краткое содержание книги:
– Pokazałem ci dom. Przechodziliśmy z pokoju do pokoju, weszliśmy też do sypialni. Szuflada była otwarta i wtedy zobaczyłaś broń.
– Byłam niepoczytalna?
– To ci nie pomoże w sądzie, Badihi. Zatroszczę się, aby dowiedziono, że byłaś w pełni poczytalna. Zrobiłaś to z zimną krwią. I to jest być może najstraszniejsze. Nawet nie żałujesz swego czynu. Wymyśliłaś przekonującą, nawet wzruszającą historyjkę, która jednak zawali się w śledztwie jak domek z kart. Jesteś gotowa poddać się badaniu wykrywaczem kłamstw?
– Oskarżasz mnie o zamordowanie twojej żony?
– Tak. I mogę tego dowieść. Była wspaniałą, piękną, zdolną kobietą! Wszystkim tym, czym ty nigdy nie będziesz. Byłaś zła na mnie, a na niej się zemściłaś. Chciałaś się odpłacić za swoje nieszczęsne życie. A ja doprowadziłem do tego w chwili słabości, której nie mogę zrozumieć. Im dłużej o tym myślę, tym bardziej nie mogę zrozumieć, dlaczego uwiodłaś właśnie mnie i dlaczego tak się zachowałem. Przedstawienie skończone, Badihi. Postanowiłem zwrócić się do policji i opowiedzieć wszystko, co wiem.
– Nie zabiłam pańskiej żony, panie Hornsztyk.
Lizzi usłyszała zgrzyt zębów, który zabrzmiał jak szloch, ale – jak powiedziała Dworin w słynnym procesie – „żadnych łez”. Czego on chce? – pomyślała. Żebym przyznała się do zamordowania jego żony i popełniła samobójstwo, skacząc z okna? Czy żebym go zaatakowała, by mógł wypchnąć mnie przez okno, a potem twierdzić, że uczynił to w obronie własnej? Muszę stąd wyjść. Mam dwa kroki do drzwi. Przekręcę klucz. Jeżeli nie zamierza zrobić mi krzywdy, to pozwoli, bym wyszła, a jeżeli spróbuje mnie zatrzymać, będę walczyć. Jestem wyższa, silniejsza, szybsza, mogę krzyczeć.
Wszystko rozegrało się w mgnieniu oka. Potem Lizzi nie mogła sobie przypomnieć, co zdarzyło się najpierw. Sędzia uniósł parasol i uderzył ją w kark. Mocno i precyzyjnie. Istny Bjorn Borg wymiaru sprawiedliwości. Rączka parasola była wypełniona czymś ciężkim, być może ołowiem. Następnie usiłował zaciągnąć ją w kierunku okna, krzycząc: „Nie, nie rób tego!” Zaczęła odpychać jego ręce i walczyć, a potem chwyciła go z całej siły i wrzasnęła. Kopnął ją i odepchnął od siebie, znowu kopnął. Lizzi wiedziała, że musi od razu wstać, ale dosięgnął ją jeszcze jeden cios. Hałas w głowie zmieszał się z hałasem dochodzącym od drzwi, z krzykami ludzi. Wtedy zemdlała i błogosławiona cisza owinęła miękko jej ciało i umysł.
Rozdział 36
– Ocaliła cię Taana Berger.
Lizzi leżała w łóżku i usiłowała nie ruszać głową. Upłynęło już trzydzieści godzin od „zajścia” i Benci zdecydował, że może z nią porozmawiać. Jej matka siedziała przy łóżku. Lizzi wiedziała, że zamartwia się z powodu swojej nieobecności w pracy, i myślała, jak usprawiedliwiła się szefowi w fabryce. Ktoś usiłował zabić moją córkę i nie przyjdę do pracy przez jakieś dwa dni? Właściwie ból w klatce piersiowej i w udzie nie był taki straszny, ale kiedy chciała wstać, poczuła dreszcze i nudności. W szpitalu stwierdzili, że przeżyła wstrząśnienie mózgu, i kazali jej leżeć. Jedną dobę z życia straciła z powodu leków znieczulających. Była otumaniona i bezradna, kiedy rozmawiano z nią o rzeczach, których nie pamiętała. Tak pewnie czują się starzy ludzie, gdy znajdują się nagle w obcym miejscu i nie mogą sobie przypomnieć swojego nazwiska ani adresu. Lekarz, który ją badał, powiedział jej matce, że ma bardzo miłą córkę, ale Lizzi nie pamiętała żadnego lekarza. Podły Arieli przyjechał do Beer Szewy i dopilnował, żeby dobrze się nią opiekowano, ale nie pamiętała nawet tego. Gdyby nie dwa plastry na czole, nie pamiętałaby nawet, że była w szpitalu.
– Słuchasz mnie? – zapytał Benci.
– Tak – odpowiedziała Lizzi.
Przez ostatnie dwa lata sędziowie Taana Berger i Pinchas Hornsztyk siedzieli w jednym pokoju. Ich wzajemne stosunki były serdeczne, przyjacielskie i ograniczały się do spraw zawodowych, jak to bywa w przypadku osób pracujących w jednym pokoju. Wyświadczali sobie drobne przysługi: wrzucali listy do skrzynki, odbierali teczki z sekretariatu, udzielali informacji przez telefon. Czasami radzili się nawzajem w kwestiach prawnych. Mniej więcej raz do roku odwiedzali się w domach. W dniu przyjęcia Hornsztyk powiedział jej, że nazajutrz może trochę się spóźnić, gdyż zobowiązał się zrealizować czeki w banku. Poprosił, żeby zrobiła to za niego i wzięła czek bankowy. Taana Berger nie przywiązywała do tego większego znaczenia. Oczywiście, dlaczego nie? Zrobiła, o co prosił, a nawet przyniosła mu czek, kiedy przyszła do niego z kondolencjami. Dopiero potem zaczęło ją coś niepokoić. Dlaczego nie dał czeku swojej żonie albo komuś z rodziny? Albo dlaczego sprawa nie mogła poczekać kilku godzin, aż sędzia będzie wolny? Przecież kiedy jej przekazywał czeki, nie wiedział jeszcze, że jego żona zostanie zamordowana. Nie istniał żaden logiczny powód, dla którego właśnie ona miała to zrobić w niedzielę rano. Chyba żeby zaszła konieczność przedstawienia jakiegoś dokumentu, a w takim wypadku fakt, że była sędzią, nie powinien zaszkodzić. Wciąż wracała myślami do tych czeków. Prośba Hornsztyka nie do końca wydawała się jej przekonująca. Niepokój sędziny wzmógł się, kiedy przeczytała w gazecie o aresztowaniu Archimedesa Lewiego i o pieniądzach, które pożyczyła Aleksandra Hornsztyk.
Podczas gdy Taana Berger zadręczała się kwestią czeków, sierżant Szoszi siedziała w swoim biurze, badając podpis kobiety, która zrealizowała czeki w niedzielę rano. Sierżant miała fotograficzną pamięć. Była pewna, że widziała już wcześniej ten podpis, ale nie mogła sobie przypomnieć gdzie. Dzięki niezwykłemu zbiegowi okoliczności na policję dotarły wówczas dokumenty, które podpisała sędzina Berger. Koordynator śledztwa przekazał teczkę Szoszi, a ta aż podskoczyła z wrażenia. Zamiast jednak wykrzyknąć: „Eureka!”, jak to miała w zwyczaju, gdy udawało się jej rozwiązać szaradę, zacisnęła usta i opadła na krzesło, oniemiała. Potem poszła do pokoju Benciego i opowiedziała mu, co właśnie odkryła.
Benci uznał, że to go przerasta. Stwierdził, że należy zatrudnić w śledztwie najzdolniejszych pracowników, zarówno z wydziału zabójstw, jak i z wydziału fałszerstw. Dotychczas uważał Hornsztyka za ofiarę, ale teraz zaczął coś podejrzewać. Wtajemniczył w sprawę swojego przełożonego, Eliszę Karnafula, który ostrzegł go, aby miał się na baczności. W końcu mówimy o sędziach okręgowych, na litość boską!
Kiedy Lizzi opowiedziała Benciemu o szantażu Jackiego Danziga, przesłuchał go raz jeszcze; powiadomił, że ma w kieszeni nakaz zatrzymania na piętnaście dni i że zamierza go przedłużyć. Nie umrze z rozpaczy, jeśli proces Danziga odbędzie się nawet za trzy lata.
– Bencijon, jesteś diabłem wcielonym – powiedziała mama Lizzi. Siedziała w fotelu przed lustrem i cerowała podkoszulki i majtki swoich wnuków.
– Ten diabeł uratował życie twojej córce. – Benci poczuł się urażony i Lizzi wydało się, że grzmiący głos szwagra rozbija jej słabą głowę na tysiące kawałków.
Poczekała, aż burza ucichnie, a potem położyła mu rękę na ramieniu i powiedziała mamie, żeby go przeprosiła.
– Co znowu, ja mam go przepraszać? Oszukał Jackiego czy nie?
Matka ani myślała przepraszać Benciego. Ten zaś oświadczył, że nie zamierza pozostać w jednym pokoju z kimś, kto właśnie nazwał go diabłem. Lizzi poprosiła więc mamę, aby poszła do domu, na co ona odparła, że nie zamierza zostawić jej samej z mężczyzną, i nie ruszyła się z miejsca. Kłótnia rodzinna – pomyślała Lizzi – to akurat lekarstwo na wstrząśnienie mózgu.
– Chodźmy, zrobimy kawę. – Niezapomniany bas Zilhy zabrzmiał z rogu pokoju. Lizzi nie zauważyła go do tej pory, ponieważ usiłowała nie poruszać głową. A może zauważyła, tylko o tym zapomniała? Zaczęła się zastanawiać, czy ma na sobie ładną koszulę nocną, czy meble nie są zakurzone i czy nie powiedziała czegoś, czego mogłaby żałować.