Gazeta Lokalna
- Автор: Lapid Shulamit
- Язык: польский
- Жанр: Другие детективы
Электронная книга - «Gazeta Lokalna». Краткое содержание книги:
Lizzi była w siódmym niebie. Te skurwysyny z Tel Awiwu zdążyły zamieścić jej artykuł! Prawdopodobnie w ostatniej chwili zrezygnowali z jakiegoś gotowego już tekstu. Najwyższy czas, żeby francuska korespondentka nauczyła się czytać po hebrajsku. Może przestanie się zachowywać jak księżna na prowincji.
Adulam wyciągnął gazetę z teczki i podał ją Lizzi. Kolekcjoner znaczków podejrzany o morderstwo. Korespondencja z Południa: Lizzi Badihi. Nagłówek zajmował pół strony. Lizzi poczuła się niepewnie; własnymi rękami przygotowała zgubę Archimedesa. Ona wiedziała i on wiedział, i ci, którzy powinni wiedzieć, wiedzieli, że to nie on zamordował Aleksandrę. Jednak w oczach opinii publicznej już zawsze będzie podejrzanym o morderstwo. Zostanie osądzony za przestępstwa podatkowe i ludzie powiedzą, że nie ma dymu bez ognia.
– To pewnie dlatego…
– Szibolet!
– Oj, zapomniałam.
Szibolet przygryzła wargi. Lizzi poprosiła ją, żeby wróciła do redakcji. Kiedy Adulam zaczął protestować, oświadczyła, że Szibolet może zostać i nawet zjeść z nim obiad, tylko że będzie ją to kosztowało utratę pracy, to wszystko. Dziewczyna, zdziwiona obrotem sprawy, naciągnęła kaptur na głowę, otworzyła parasolkę i pobiegła w stronę przystanku autobusowego, oglądając się co jakiś czas na Lizzi i Adulama, którzy stali pod daszkiem u wejścia do Domu Kultury. Lizzi chciała zobaczyć na własne oczy, jak Szibolet wsiada do autobusu, i upewnić się, że Adulam za nią nie pobiegnie.
– Jesteś zazdrosna, Lizzi?
– Oczywiście, mój drogi.
– Zjemy coś w Cafe Moskwa?
– Ty możesz coś zjeść w Cafe Moskwa. Ja jestem zajęta.
– Czego się obawiasz?
– Niczego.
– Mogę cię o coś zapytać?
– Słucham.
– To prawda, że nie jesteś przyzwyczajona do towarzystwa mężczyzn?
– Chyba mogę sama o sobie decydować? Mamy przecież dwudziesty wiek!
– Za bardzo się przejmujesz głupstwami. W końcu zaproponowałem ci tylko pójście do kawiarni. O co ci chodzi?
– O nic mi nie chodzi. Do widzenia.
Lizzi miała jeszcze prawie godzinę, więc postanowiła pójść do „Mikado” i kupić trochę kaset.
Ręka Klary cały czas była zabandażowana. Siniec pod okiem zmienił kolor z niebieskiego na żółty. Jakow stał na stołku i zmywał szczotką ścianę sklepu. W nocy nieznana ręka napisała czarną farbą na fasadzie domu: ZBOCZEŃCY. Lizzi nalała do plastikowego wiaderka płynu do mycia naczyń i wzięła szczotkę z ręki Jakowa. Stała na ulicy, gotując się z wściekłości, i myślała, że gdyby autor napisu wpadł jej w ręce, zamordowałaby go bez chwili wahania. W całej Beer Szewie nie było bardziej skromnej i delikatnej pary. Komu to szkodziło? Komu zrobili krzywdę? Skąd ta nienawiść? Zawsze tyle nienawiści! Jak można żyć w świecie, gdzie jest tyle nienawiści? Co człowiek powinien zrobić, żeby to zmienić? Lizzi była wyczerpana własną bezsilnością. Napisze wzruszający artykuł o zagrożonych gatunkach roślin i ich dzielnym obrońcy. W końcu dlaczego nie? Nie żąda przecież niczego wielkiego. Postara się też pomóc Ramiemu Hardonowi. Artysta postanowił uczynić pustynną roślinę symbolem jedności między narodami. A w dodatku zrezygnował z Perugii na rzecz szosy Beer Szewa-Hebron. To, że ona nie rozumie jego twórczości, jeszcze nie znaczy, że Hardon nie jest artystą. Znaczy jedynie, że ona go nie rozumie. To wszystko. A może nawet nie musi go rozumieć. Bo czy rozumie Klarę i Jakowa?
Kiedy ściana była już znowu czysta, Lizzi zrobiła dla wszystkich kawę po turecku i opowiedziała o konferencji prasowej z ekologami.
– Gilbert i Sullivan nigdy nie chcieli naśladować natury. Natura to natura, a sztuka to sztuka – powiedziała Klara. – Puccini chciał naśladować rzeczywistość, ale gdzie Madame Butterfly do Mikado?
Lizzi nie miała pojęcia, gdzie Madame Butterfly do Mikado, i jej milczenie najwyraźniej utwierdziło Klarę i Jakowa w ich przekonaniu. Wymienili ostrożne uśmiechy.
– A nawet do Turandot – powiedział Jakow.
– W orkiestrze naszej opery – powiedziała Klara – był szkocki perkusista, który uważał, że światem rządzą dwie grupy stworzeń: ludzie i mrówki. Ludzie nad ziemią, a mrówki pod ziemią. Mrówki, tak jak ludzie, mają własne państwa, rządy, królów i armie, i kiedy my żyjemy sobie spokojnie na ziemi, one pod ziemią planują nas podbić. Nie chcieliśmy wysłuchiwać tych bzdur, więc pewnego wieczoru, na premierze Turandot, napuścił do sali masę mrówek i trzeba było odwołać przedstawienie. „Teraz mi wierzycie?” – pytał. Łaził od człowieka do człowieka i pytał: „Teraz mi wierzycie?”
– Pochodził z rodziny wojskowych i marynarzy. Opera zawróciła mu w głowie – dokończył Jakow. – Ponad miesiąc szukali nowego perkusisty.
Klara roześmiała się. Z jej gardła wydobył się dźwięk podobny trochę do tego, który wydaje pompka rowerowa.
– Byłaś u lekarza? – zapytała Lizzi.
– Po co?
– Ręka. Oko.
– Klara nie lubi lekarzy – powiedział Jakow.
– Powinna dać się zbadać.
– Jesteś kochaną dziewczyną, Lizzi – rozczulił się Jakow.
Dopiero kiedy się pożegnała i wyszła na ulicę, pomyślała, że jest jakiś związek między napisem na ścianie a ich lękiem przed lekarzami. Nigdy nie myślała o nich jako o takich. Odkąd pamiętała, byli ciotką Klarą i wujem Jakowem. Matka wychowała ją w szacunku dla nich. Kochała swojego brata, kiedy nazywał się Menasze, i nie widziała żadnego powodu, żeby przestać go kochać, gdy zmienił się w Klarę i ożenił z Jakowem.
Rozdział 35
Lizzi weszła do gmachu sądów pewnym krokiem.
– Do sędziego Hornsztyka – powiedziała strażnikowi – jestem umówiona.
Na drugim piętrze, idąc wzdłuż korytarza, zobaczyła wychodzącą z pokoju kobietę w czarnej todze, ze stosem urzędowych teczek w rękach. Miała szpakowate włosy i twarz bez makijażu. Lizzi stanęła nieruchomo i czekała. Nie miała najmniejszych wątpliwości, kto się do niej zbliża: ta pani!
– Sędzia Taana Berger? – zapytała.
– Nie mogę teraz rozmawiać.
– Lizzi Badihi, „Czas Południa”, mam tylko jedno pytanie.
– Proszę się zwrócić do rzecznika sądu.
– To pani zaniosła czeki sędziego Hornsztyka w niedzielę rano do banku?
Taana Berger wyminęła ją, jakby Lizzi była powietrzem. Ani jeden mięsień nie drgnął w jej twarzy. Szła z oczami utkwionymi w poręcz schodów. Lizzi zastanowiła się, czy za nią pobiec, lecz stwierdziła, że naraziłaby się na kłopoty. Taana Berger wyglądała na twardą i nieco groźną kobietę. Hornsztyk wiedział, że jego koleżanka z pokoju będzie na rozprawie, i dlatego umówił się z Lizzi na drugą.
Zapukała do drzwi. Minęło kilka sekund, zanim usłyszała stłumione „wejść” i otworzyła drzwi. Hornsztyk siedział, zagłębiony w lekturze dokumentów z teczki, która leżała przed nim na biurku, i skinął Lizzi, żeby usiadła.
Czekając, aż sędzia skończy, rozejrzała się po pokoju. Na wieszaku wisiał płaszcz w kolorze khaki i czarny parasol. Czarna aktówka stała na podłodze obok biurka sędziny. Są tysiące takich płaszczy i teczek – pomyślała Lizzi – ale mimo wszystko! Intuicja mówiła jej, że Taana Berger była tą panią, która wpłaciła pieniądze Archimedesa na konto Pinchasa Hornsztyka. Dlaczego? Czyżby działali razem od początku? Czy była w nim zakochana? Czy zmusił ją w jakiś sposób? Miał w tym duże doświadczenie, jeszcze z początków swej kariery w kancelarii „Adler, Abraham i Brill”, kiedy to szantażował handlarza winami.
– Byłeś wtedy biedny? – zapytała Lizzi.
– Słucham?
Wyglądał na zdziwionego. Lizzi sama się zdziwiła, słysząc pytanie, które zadała.