Gazeta Lokalna
- Автор: Lapid Shulamit
- Язык: польский
- Жанр: Другие детективы
Электронная книга - «Gazeta Lokalna». Краткое содержание книги:
Drżały mu ręce i Lizzi postanowiła, że napisze artykuł, a nawet wyjaśni w Urzędzie Miasta, dlaczego zaplanowano budowę drogi właśnie w tym miejscu.
Agronom-rzeźbiarz był wysokim, chudym mężczyzną o poważnym wyrazie twarzy i bródce a la prezydent Lincoln. Miał około trzydziestu pięciu lat. Na tablicy powiesił szkic projektu. Nie zamierza wchodzić w szczegóły i męczyć publiczności. Opracował go Rami Hardon, artysta, którego dzieła prezentowano na wystawach ekologicznych w Linzu i Akwizgranie. Za dwa miesiące w Canberze w Australii zostanie ustawiona jego kolejna ogromna rzeźba o przesłaniu ekologicznym. On sam podziwiał na biennale w Darmstadcie prace Hardona ze stali nierdzewnej. Wywarły na nim ogromne wrażenie. Jak widzimy na szkicu, dzieło Hardona stanie na skrzyżowaniu przy drodze Beer Szewa-Hebron. Jego elementy będą odzwierciedlać zjawiska i obiekty charakterystyczne dla pejzażu Negewu: erozję skał, luźne kamienie, wąwozy. Górną płaszczyznę utworzą elementy przezroczyste, negatywy powierzchni ziemi. Wąskie otwory umożliwią nawiew piasku do wnętrza instalacji. Podróżujący drogą Beer Szewa-Hebron nie domyśla się, że mają przed oczami dzieło sztuki. Będzie wyglądało zupełnie jak przystanek autobusowy. Dolna płaszczyzna, wykonana z betonu, zostanie podświetlona neonami.
Lizzi zapytała, ile będzie kosztować cała instalacja i jakie będą jej wymiary. Francuska korespondentka pokręciła głową, wydała z siebie przeciągły syk, który brzmiał jak pociągnięcie nosem, i spuściła oczy. Widać było, że wstydzi się przebywać w towarzystwie takich osób jak Lizzi, hańbiących zawód dziennikarza.
Doktor Sade nie poczuł się urażony, wręcz przeciwnie. Powiedział, że to dobre pytanie. Myślą, że projekt będzie kosztować około stu tysięcy dolarów, ale nie uzgodniono tego jeszcze z artystą. Nie ma sensu żądać od niego szczegółowej odpowiedzi, skoro dotąd nie dostali zgody samorządów. W radach fundacji wspierających kulturę siedzą komisarze, których naczelnym hasłem jest sztuka konceptualna. Rami Hardon co prawda był niegdyś zwolennikiem sztuki konceptualnej, ale – doktor Sade ma nadzieję, że mu nie zaszkodzi, mówiąc o tym – ostatnio porzucił w pewnym sensie formalizm i zwrócił się w stronę bardziej osobistych środków wyrazu, rodzaju automatyzacji istnienia. „Kwiat Pustyni” jest właśnie jej wcieleniem. Lęk przed unicestwieniem roślinności pustynnej uosabia tak naprawdę inny Wielki Lęk. On osobiście uważa, że to ważny temat. Bardzo ceni artystę i cieszy się, że ze strony Motiego Cufa i Meina Zeewa zyskał poparcie dla tego projektu. Byłoby mu bardzo przykro, gdyby nie udało się znaleźć pieniędzy potrzebnych na jego sfinansowanie. Rada miasta Perugia wyraziła gotowość ustawienia „Kwiatu Pustyni” na wielkim trawniku przed Akademią Architektury, która mieści się w barokowym budynku zaprojektowanym przez architekta ze szkoły Berniniego. Jednakże miejsce tej instalacji jest tutaj, a nie w Perugii.
Francuska reporterka zapytała doktora Sadego, czy wymowa instalacji jest polityczna. Lizzi wstała z miejsca i wyszła na zewnątrz. Wiał silny wiatr, niebo miało ciemnoszarą barwę i od czasu do czasu rozświetlały je odległe błyskawice. Przed Domem Kultury stała grupka demonstrantów – cztery kobiety i jeden mężczyzna. Dwie z kobiet miały zawieszone na piersi tekturowe tablice z napisem: „Zakończyć okupację!” Spod płaszcza jednej z nich, niczym łepek kangura, wyglądała główka dziecka w wełnianej czapeczce.
Rozdział 34
Na stopniach wiodących do Domu Kultury siedziała Szibolet, owinięta w niebieski płaszcz, i czekała na Lizzi. W ostatnich dniach jej zwykły radosny nastrój przygasł, niewątpliwie z powodu wydarzeń w Sade Oznai. Opowiedziała, że wszyscy mieszkańcy bojkotują Idona i Szajkego, a ich rodzice – ludzie, którzy wybudowali kibuc własnymi rękami! – pogrążyli się w smutku i zerwali wszelkie kontakty ze światem. Wyszły na jaw urazy, zazdrość i złość, o których istnieniu nikt nie miał pojęcia. Jej rodzice chętnie by opuścili Sade Oznaję, ale dokąd mieliby pójść? Co będą robić? Czują się jak w pułapce. Całe życie harowali, a teraz nie mają grosza przy duszy, żeby rozpocząć od nowa. Szibolet jest pewna, że inni czują się tak samo.
– Ten sędzia, którego żona została zamordowana, chce z tobą porozmawiać. Powiedział, żebyś o drugiej przyszła do jego biura, ale ty nie odbierałaś telefonów i wyłączyłaś pager, więc Dahan pomyślał, że to może być coś ważnego, i pojechał do ciebie do domu, lecz i tam cię nie było. Wtedy przypomniał sobie, że wybierałaś się na konferencję prasową, i wysłał mnie tutaj, bo myślał, że chciałabyś o tym wiedzieć.
– Umiesz pływać?
– Tak. – Szibolet wyglądała na zdziwioną reakcją Lizzi.
– Masz dużą pojemność płuc.
– Owszem. Potrafię przepłynąć pod wodą cały basen w Sade Oznai. Dobrze zgadłaś.
– Cement przyjechał?
– Kiedy byłam w redakcji, jeszcze się nie pokazał. Dahan powiedział, że się tym gryziesz i dlatego znikłaś bez wieści.
– Nigdzie nie znikłam. Skończyłam pracować o drugiej w nocy i wyłączyłam telefon, bo chciałam się wyspać, to wszystko.
– Brawo, Lizzi Badihi! – usłyszały męski głos.
Beni Adulam zwracał się do Lizzi i jednocześnie mierzył wzrokiem Szibolet, od mokrych tenisówek aż po roztrzepane loki. Lizzi nienawidziła mężczyzn taksujących kobiety spojrzeniem. Odczuwała to jako brutalność, przed którą nie można się obronić. Zdarzało się, że czasami protestowała głośno. Reakcja zawsze była taka sama: „Upadłaś na głowę?” Co takiego zrobił? „Ciesz się, że w ogóle ktoś chce na ciebie spojrzeć, ty krowo. Patrzcie ją! Nie jesteś jedyna na świecie”. I lepkie spojrzenie ustępowało miejsca innemu, znanemu powszechnie jako „mord w oczach”. Nieraz spotkała się z obelgami, a nawet groźbami. Nauczyła się milczeć i stawać niewidzialna. Jak wszystkie kobiety. Ale Beni Adulam? On także? To tylko dowodzi, że nikogo się nie zna naprawdę. Myślała, że Beni ją lubi, a tymczasem okazuje się, że on też, tak jak wszyscy, myśli tylko o jednym.
– Nie zamierzasz nas sobie przedstawić? – zapytał.
– Nie.
Adulam i Szibolet roześmieli się. Dziewczyna wstała ze schodka.
– Bardzo mi miło – przedstawiła się. – Szibolet, sekretarka „Czasu Południa”.
Beni pochylił się, podniósł jej parasolkę.
– Bardzo mi miło – odparł. – Beni Adulam, „Dziennik Południa”. Powiedziałaś „Szibolet”?
– Szibolet, żebyś się nie ważyła powtórzyć mu tego, co mi powiedziałaś.
– Nie jestem aż tak głupia, Lizzi.
– Nie chcę, żebyś z nim rozmawiała.
– Lizzi Badihi, czy ty czasem nie przesadzasz? – zapytał Adulam. – Żyjemy w wolnym państwie i mogę rozmawiać z kim chcę i kiedy chcę. Nie będziesz mówić, co mi wolno, a czego nie wolno robić.
– Co się stało? – Szibolet była zdumiona burzą, którą wywołała jej obecność.
Jeżeli on odkryje, że Szibolet jest z Sade Oznai – pomyślała Lizzi – to już teraz mogę zacząć szukać pracy w fabryce. Fabryka czekała na nią od zawsze. Fakt, że tam nie pracowała jak jej matka, co dzień od nowa napełniał ją zdziwieniem. Czuła się jak ktoś, kto oszukał los i na kogo za najbliższym rogiem czeka za to kara.
– Kiedy rozmawiałaś z Archimedesem Lewim? – zapytał Adulam.
– Dlaczego pytasz?
– Kiedy chciałem się z nim zobaczyć, powiedzieli mi, że nie wolno.
– Kto?
– Dyżurna na policji. Powiedziała, że nie mogę robić wywiadu z więźniem. Ale ty z nim rozmawiałaś i nie mogę zrozumieć, w jaki sposób ci się to udało.
– Skąd wiesz, że z nim rozmawiałam?
– Lizzi! – wykrzyknęła Szibolet. – Nie widziałaś dzisiejszej gazety?
– Nie.
– Na pierwszej stronie jest odsyłacz, który kieruje na trzecią – do twojego wywiadu z Archimedesem Lewim.