Szachownica Flamandzka [La tabla de Flandes - pl]
- Автор: Перес-Реверте Артуро
- Язык: польский
- Переводчик: Filip Lobodzinski
- Жанр: Исторические детективы
Электронная книга - «Szachownica Flamandzka [La tabla de Flandes - pl]». Краткое содержание книги:
Pérez-Reverte po raz kolejny dowodzi swojej pomysłowości i erudycji. Szachownica flamandzka to powieść detektywistyczna, w której dochodzenie prowadzone jest na kilku płaszczyznach; to jak rozwiązywanie łamigłówki wymagające dobrej znajomości sztuki, szachów i psychologii. Ale tym razem autor chyba przekombinował. Fabuła jest nazbyt wymyślna i skomplikowana, za to bohaterowie nie dość przekonujący, aby uwiarygodnić tę historię. Zainteresowały mnie dzieje obrazu i postaci na nim przedstawionych, ale jakoś nie potrafiłam się przejąć niebezpieczeństwem grożącym Julii i jej przyjaciołom.
– Gratuluję – znów ten ulotny uśmieszek zagościł na jego ustach – wreszcie zdali sobie z tego państwo sprawę.
Menchu nałożyła w domu bardzo precyzyjny makijaż i ubrała się z absolutną premedytacją: krótka, bardzo obcisła spódniczka i wytworny żakiet z czarnej skóry narzucony na kremowy pulower, który uwydatniał jej biust w sposób wręcz nieprzyzwoity, jak oceniła to Julia. Być może spodziewając się tego, sama zdecydowała się w ten wieczór na strój swobodny: mokasyny, dżinsy i sportowa, zamszowa kurteczka, do tego jedwabna apaszka na szyi. Gdyby Cesar widział, jak wysiadają z fiata Julii przed biurami Claymore'a, z miejsca powiedziałby, że to matka z córką.
Stukot obcasów i zapach perfum Menchu dotarł do gabinetu dyrektora przed nimi. Paco Montegrifo wyszedł im na spotkanie, ucałował dłonie i zaprezentował swoje wspaniale kontrastujące z opalenizną błyszczące zęby, które z powodzeniem mogły mu służyć jako wizytówka. W gabinecie, wyłożonym szlachetną boazerią, stał imponujący stół z mahoniu, lampa i ultranowocześnie zaprojektowane fotele. Kiedy już w nich usiadły, podziwiając zawieszonego na honorowym miejscu znakomitego Vlamincka, dyrektor domu aukcyjnego zajął miejsce pod obrazem, po drugiej stronie stołu, ze skromną miną człowieka, który szczerze żałuje, że nie może zaoferować lepszego widoku. Jakiś Rembrandt – zdawało się mówić jego spojrzenie, którym prześliznął się po prowokująco skrzyżowanych nogach Menchu, by z uwagą zatrzymać się na twarzy Julii. Albo na przykład Leonardo.
Montegrifo przystąpił do tematu natychmiast po tym, jak sekretarka przyniosła im kawę w porcelanowych filiżankach Kompanii Indyjskiej. Menchu osłodziła swoją kawę sacharyną, Julia popijała gorzką, nie czekając, aż ostygnie. Kiedy zapalała papierosa, gospodarz zza szerokiego stołu wykonał w jej kierunku jakiś nieporadny, bezużyteczny gest ze złotą zapalniczką w dłoni. W tym czasie zdążył już jednak wyłożyć sprawę w ogólnych słowach. I w głębi duszy Julia musiała przyznać, że, nie uchybiając nienagannym manierom, załatwił to bez ogródek.
A rzecz była więcej niż oczywista: Claymore z przykrością odrzuca warunki zaproponowane przez Menchu w sprawie podziału zysków ze sprzedaży van Huysa. Jednocześnie czuje się w obowiązku powiadomić je, że właściciel obrazu, pan… – tu Montegrifo flegmatycznie zajrzał do notatek – Manuel Belmonte, w porozumieniu ze swoją bratanicą i jej mężem, zdecydował się anulować umowę zawartą z panią Carmen Roch i przekazuje prawa do van Huysa Claymore'owi i Wspólnikom. Wszystko to – dodał, splótłszy dłonie i oparłszy się łokciami o brzeg stołu – zostało zalegalizowane przed notariuszem, dokument jest u niego w szufladzie, do wglądu. – Tu Montegrifo popatrzył na Menchu ze smutkiem, czemu towarzyszyło westchnienie człowieka światowego.
– Chce mi pan powiedzieć – filiżanka drżała w roztrzęsionej dłoni Menchu – że grozi mi pan odebraniem obrazu?
Dyrektor zerknął z wyrzutem na złote spinki koszuli, jakby powiedziały coś niestosownego, i delikatnie wyciągnął wykrochmalone mankiety.
– Obawiam się, że już go pani odebraliśmy – odrzekł ze skruchą jak człowiek, który musi przedstawić wdowie nieopłacone przez zmarłego rachunki. – W każdym razie pani pierwotny procent od zysku ze sprzedaży na aukcji pozostaje, jak uzgodniono. Oczywiście po odliczeniu wydatków. Claymore nie zamierza czegokolwiek panią pozbawiać, a tylko nie zgadza się na zbyt twarde warunki, droga pani. – Leniwym ruchem wyjął z kieszeni srebrną papierośnicę i położył ją na stole. – Claymore nie widzi powodu, żeby zwiększać pani procent. To wszystko.
– Nie widzicie powodu? – Menchu spojrzała zagniewana na Julię, spodziewając się okrzyków solidarnego oburzenia albo czegoś w tym rodzaju. – Powód, panie Montegrifo, jest taki, że dzięki wykonanym przez nas badaniom wartość tego obrazu znacznie wzrasta… Czy to powód niewystarczający?
Bez słowa, samym uprzejmym spojrzeniem Montegrifo zapewnił Julię, że nie posądza jej o to obrzydliwe oszustwo. Następnie zwrócił się do Menchu ze znacznie bardziej surowym wzrokiem.
– Jeśli badania, które panie wykonały – mówiąc “panie”, nie zamierzał ukrywać, jaką opinię ma na temat talentów badawczych Menchu – podniosą wartość van Huysa, automatycznie wzrośnie też wysokość procentu, jaki uzgodniła pani z Claymore'em… – Tu pozwolił sobie na pobłażliwy uśmiech, po czym znów jakby zapomniał o Menchu i popatrzył na Julię. – Jeśli o panią chodzi, nowa sytuacja absolutnie nie godzi w pani interesy, wręcz przeciwnie. Claymore – jego uśmiech nie pozostawiał wątpliwości, kto konkretnie u Claymore'a – uważa, że pani osiągnięcia w tej materii są naprawdę wyjątkowe. Dlatego zwracamy się do pani z prośbą o dalszą renowację obrazu. I proszę się nie niepokoić finansowym aspektem sprawy.
– Przepraszam, można wiedzieć – oprócz dłoni trzymającej filiżankę i spodeczek Menchu drżała też dolna warga – jakim cudem jest pan tak dobrze poinformowany na temat prac nad obrazem…? Julia, owszem, jest nieco prostoduszna, ale nie wyobrażam sobie, żeby opowiedziała panu przy świecach całe swoje życie. Chyba że się mylę?
Był to cios poniżej pasa, Julia już otworzyła usta, żeby zaprotestować, ale Montegrifo uspokoił ją gestem dłoni.
– Niech pani posłucha, pani Roch… Pani przyjaciółka odrzuciła kilka propozycji zawodowych, jakie złożyłem jej przed paroma dniami, i uczyniła to, mówiąc kurtuazyjnie, że musi się zastanowić. – Otworzył papierośnicę i skrupulatnie, jakby przeprowadzał ważną operację, wyjął z niej papierosa. – Szczegółów o stanie obrazu, o ukrytym napisie i tym podobnych rzeczach była łaskawa dostarczyć mi bratanica właściciela. To zresztą uroczy pan, ten don Manuel. A muszę przyznać – nacisnął zapalniczkę i wypuścił niewielki obłoczek dymu – że sprzeciwiał się pozbawieniu pani praw do van Huysa. Jak się zorientowałem, człowiek niezwykle lojalny, upierał się, proszę sobie wyobrazić, żeby nikt poza Julią nie dotykał obrazu, zanim renowacja nie dobiegnie końca… W tych rokowaniach niebywale pomógł mi sojusz natury taktycznej, jaki zawarłem z bratanicą don Manuela… Natomiast jej mąż, pan Lapeńa, nie zgłaszał obiekcji, zwłaszcza gdy usłyszał o ewentualnej zaliczce.
– Następny Judasz – Menchu prawie wypluła te słowa.
Montegrifo wzruszył ramionami.
– Przypuszczam – powiedział obojętnym tonem – że można by go ochrzcić takim przydomkiem, zgoda. I jeszcze paroma innymi.
– Ale ja też mam podpisany dokument – zaprotestowała Menchu.
– Wiem. Ale to zwykłe porozumienie bez mocy prawnej, moje tymczasem ma kontrasygnatę notariusza, są bratanica i jej mąż jako świadkowie, i rozmaite poręczenia, łącznie z gwarancją w postaci depozytu pieniężnego z naszej strony… Jeśli pozwoli pani, posłużę się zwrotem, którego użył pan Alfonso Lapeńa w momencie składania swojego podpisu: mucha nie siada.
Menchu pochyliła się do przodu i Julia przestraszyła się, że trzymana przez nią filiżanka z kawą wyląduje zaraz na nieskazitelnie białej koszuli Montegrifa. Jej przyjaciółka jednak tylko postawiła ją na stole. Sapała z oburzenia, a złość, pomimo solidnego makijażu, wyraźnie dodawała jej lat. Spódnica podciągnęła się do góry, ukazując całe uda. Julii było autentycznie potwornie głupio, że znalazła się w tak absurdalnej, żałosnej sytuacji.
– A co Claymore na to – powiedziała szorstko Menchu – jeśli postanowię pójść z obrazem do innego domu aukcyjnego?
Montegrifo obserwował dym unoszący się spiralnie z papierosa.
– Ze szczerego serca – wydawało się, że naprawdę rozważa taką ewentualność – radziłbym, żeby nie komplikowała sobie pani życia. Byłby to krok nielegalny.