Panowie i damy [Lords and Ladies - pl]
- Автор: Пратчетт Теренс Дэвид Джон
- Год: 2002
- Язык: польский
- Год: Pr
- ISBN: 978-83-7469-354-7
- Переводчик: Piotr W. Cholewa
- Жанр: Фэнтези
Электронная книга - «Panowie i damy [Lords and Ladies - pl]». Краткое содержание книги:
Kręgi zbożowe otwierają się wszędzie, nawet na hodowli rzeżuchy Pewseya Ogga, lat cztery.
A Magrat Garlick, czarownica, rankiem ma wyjść za mąż…
Wszystko powinno być jak we śnie.
Ale Lancrański Zespół Tańca Morris upija się przy magicznych kamieniach i elfy wracają, przynosząc ze sobą wszystko to, co tradycyjnie łączy się z ich czarowną, migotliwą krainą: okrucieństwo, porwania, złośliwość i złość, straszne morderstwa. Babcia Weatherwax i jej mały, kłótliwy sabat ma tym razem pełne ręce roboty...
Pełna obsada drugoplanowa: krasnoludy, magowie, trolle, tancerze morrisa oraz jeden orangutan. Mnóstwo trali-dida-nonny-nonny i wszędzie pełno krwi.
— Czy wyjdziesz do nas, pani? Drzwi zatrzeszczały.
— Zatańczysz z nami, piękna pani?
W głosie brzmiały dziwne harmoniki, a przez kilka sekund po ostatnim słowie w umyśle wibrowało jeszcze echo.
Drzwi się otworzyły i trzy postacie wśliznęły się do komnaty. Jedna sprawdziła łóżko, a dwie pozostałe zajrzały we wszystkie ciemne kąty. Potem jedna z nich wychyliła się za okno.
Pokruszony mur opadał w dół aż do pokrytego strzechą dachu, całkiem pustego.
Postać machnęła do dwóch innych, stojących na dziedzińcu. Ich jasne włosy lśniły w blasku księżyca.
Jeden ze strażników na zewnątrz wskazał w górę, gdzie po murze twierdzy wspinała się inna postać w długiej, wydymanej wiatrem białej sukni.
Elf zaśmiał się głośno. Zapowiadała się jeszcze lepsza zabawa, niż się spodziewał.
Magrat przeciągnęła się przez parapet i zdyszana osunęła na podłogę. Dopiero po chwili wstała i chwiejnie podeszła do drzwi, w których nie tkwił klucz. Były za to dwie solidne drewniane sztaby, które wsunęła na miejsce.
Okno miało drewnianą okiennicę.
Drugi raz nie pozwolą jej na coś takiego. Oczekiwała strzały z łuku, ale nie — coś tak oczywistego nie byłoby zabawne.
Rozejrzała się w ciemności. A więc… trafiła do jakiegoś pokoju. Nie wiedziała nawet którego. Znalazła lichtarz ze świecą i pęczek zapałek. Po kilku próbach udało jej się zapalić świecę.
Obok łóżka leżało kilka pudeł i kufrów. Zatem — pokój gościnny.
Myśli ciekły jedna po drugiej przez milczący umysł.
Zastanawiała się, czy będą dla niej śpiewać i czy zdoła to wytrzymać za drugim razem. Może jeśli człowiek wie, czego ma się spodziewać…
Ktoś delikatnie zastukał do drzwi.
— Mamy na dole twoich przyjaciół, pani. Wyjdź, zatańcz ze mną.
Magrat rozejrzała się zrozpaczona.
Pokój był taki sam, jak pokoje gościnne wszędzie. Dzbanek i miska na stojaku, okropna wnęka garderoby, nie do końca zakryta zasłoną, łóżko, na które ktoś rzucił kilka toreb i tobołów, porysowane krzesło, z którego zszedł już cały lakier, i mały kwadrat dywanu, szarego ze starości i od wżartego we włókna kurzu.
Drzwi się poruszyły.
— Wpuść mnie, słodka pani.
Okno tym razem nie nadawało się do ucieczki. Mogła się schować pod łóżkiem, ale to pomoże na jakieś dwie sekundy…
Jakaś straszliwa magia ściągała jej wzrok ku ukrytej za zasłoną garderobie.
Magrat uniosła klapę. Szyb był wystarczająco szeroki, by zmieściło się tam ciało. Garderoby były z tego znane. Niejeden niepopularny władca kończył swój żywot właśnie w garderobie, z rąk skrytobójcy uzdolnionego we wspinaczce, z włócznią i fundamentalistycznym podejściem do polityki.
Coś mocno uderzyło w drzwi.
— Czy mam zaśpiewać dla ciebie, pani? Magrat podjęła decyzję.
W końcu ustąpiły zawiasy; skorodowane ćwieki przestały się trzymać kamienia.
Na wpół odsunięta zasłona wnęki kołysała się w przeciągu. Elf uśmiechnął się, podszedł i szarpnął ją na bok.
Dębowa klapa była podniesiona.
Elf zajrzał do szybu.
Magrat uniosła się za nim niczym białe widmo i mocno trafiła go w kark krzesłem, które złamało się od uderzenia.
Elf próbował odwrócić się i utrzymać równowagę, lecz w ręku Magrat pozostało dostatecznie dużo krzesła, żeby trafić go jeszcze solidnie z drugiej strony. Przewrócił się do tyłu i rozpaczliwie sięgnął po klapę, ale udało mu się tylko zatrzasnąć ją za sobą. Magrat usłyszała uderzenie i wrzask wściekłości, gdy leciał w cuchnącą ciemność. Trudno raczej liczyć, że upadek go zabije — w końcu wyląduje przecież na czymś miękkim.
— Nie tylko wysoko — powiedziała do siebie — ale jeszcze śmierdzi.
Kryjówka pod łóżkiem jest dobra na jakieś dwie sekundy, ale czasami te dwie sekundy wystarczają.
Wypuściła z dłoni resztki krzesła. Trzęsła się cała… ale nadal żyła i było to przyjemne uczucie. Tak już jest z życiem — człowiek żyje, żeby się nim cieszyć.
Wyjrzała na korytarz.
Nie powinna tkwić w jednym miejscu. Podniosła więc odłamaną nogę krzesła, dającą słabe poczucie pewności, i wyszła.
Od strony głównego holu znowu rozległ się krzyk.
Magrat spojrzała w przeciwnym kierunku, ku Długiej Galerii. Pobiegła. Gdzieś musi być przecież wyjście, niestrzeżona furtka czy okno…
Jakiś przedsiębiorczy monarcha już dawno nakazał oszklić wszystkie okna. Światło księżyca wpadało przez nie wielkimi srebrzystymi blokami poprzedzielanymi przez czarne prostokąty. Magrat biegła nieskończonym korytarzem przez światło, cień, światło, cień… Monarcha za monarchą przepływał obok, jak w przyspieszonym filmie. Król za królem, z bokobrodami, koronami i brodami. Królowa za królową, z kwiatkami, sztywnymi gorsetami, z kłapodziobymi jastrzębiami, pieskami i…
Jakiś kształt, złudzenie w słabym świetle, jakiś wyraz na mijanej twarzy przebił się przez pokrywę zgrozy i zwrócił uwagę Magrat.
Tego portretu nigdy jeszcze nie widziała. Nigdy jeszcze nie dotarła tak daleko. Idiotycznie znudzone miny zebranych tu królowych wpędzały ją w depresję. Ale ta…
Ta jedna w jakiś sposób do niej przemówiła.
Magrat zatrzymała się.
Ten portret nie mógł być namalowany z żywego modelu. Za czasów tej królowej jedyną lokalnie znaną farbą był rodzaj błękitu, używany właściwie wyłącznie na ciele. Ale kilka pokoleń temu król Lully I okazał się w pewnej mierze historykiem i romantykiem. Przestudiował wszystko, co było wiadomo o przeszłości Lancre, a gdzie materialne zapisy były zbyt skąpe, w najlepszych tradycjach historyków etnicznych wnioskował z ujawnionych, oczywistych zjawisk[29] i ekstrapolował ze źródeł związanych z badaną tematyką[30]. Zamówił też portret królowej Ynci Gwałtownej, jednej z założycielek królestwa.
Miała na głowie hełm ze skrzydełkami i kolcem, i masę czarnych włosów zaplecionych w cienkie warkoczyki, z krwią zamiast pomady. Stosowała ostry makijaż w popularnym barbarzyńskim stylu kosmetycznym: urzet, krew i spirale. Miała też półpancerz z miseczkami rozmiar D-105 i naramienniki z kolcami, a także kolczaste nakolanniki, sandały z kolcami i krótką spódniczkę w modny deseń tartanu i krwi. Jedna jej dłoń spoczywała nonszalancko na podwójnym toporze z kolcem, druga gładziła rękę pojmanego wrogiego wojownika. Reszta pojmanego wrogiego wojownika zwisała z gałęzi kilku sosen w tle. Na obrazie przestawiono też Kolca, jej ulubionego kucyka bojowego z wymarłej już całkiem odmiany górskich lancrańskich, charakteryzujących się wyglądem i ogólnym charakterem beczki prochu, oraz jej wojenny rydwan, też wykończony zgodnie z dominującym deseniem kolców. Miał koła, którymi można by się golić.
Magrat patrzyła nieruchomo.
O tym nikt jej nie powiedział.
Mówili o gobelinach, o haftach, o krynolinach i jak podawać rękę książętom. Nikt ani słowem nie wspomniał o kolcach.
Na końcu galerii rozległy się jakieś głosy — z kierunku, skąd przyszła. Uniosła suknię i pobiegła.
Za sobą słyszała kroki i śmiech.
W lewo, krużgankiem, potem ciemnym korytarzem ponad kuchnią, obok…
Jakiś kształt przesunął się w mroku. Błysnęły zęby. Magrat uniosła nogę od krzesła, zamachnęła się i znieruchomiała.
— Greebo?
Kot niani Ogg otarł się ojej nogi. Uszy położył po sobie, co wystraszyło Magrat jeszcze bardziej. Przecież to Greebo, bezsporny władca całej kociej populacji Lancre i ojciec większej jej części. Greebo, w którego obecności wilki chodziły na paluszkach, a niedźwiedzie uciekały na drzewa. Był przerażony.
29
Zmyślał.
30
Czytał dużo tekstów innych ludzi, którzy też zmyślali.