Бесплатная библиотека
Читайте книгу на сайте или телефоне
READ-E-BOOK » Научная фантастика » Pieprzony Los Kataryniarza
Pieprzony Los Kataryniarza - Читать Любимую Русскую Полную Книгу 👉 Read-E-Book.com

Pieprzony Los Kataryniarza

Электронная книга - «Pieprzony Los Kataryniarza». Краткое содержание книги:

Po tamtej stronie komputera trwa wirualny świat.
Dla wielu jest miejscem codziennej pracy i skarbnicą rozrywek.
Dla wtajemniczonych to arena bezwzględnej walki o życie.
Powieść zawiera uderzającą wizję Polski XXI wieku wnoszącą w erę wszechpotężnej informatyki bagaż swych narodowych i historycznych nieszczęść. Czerpiąc z tradycji Małej apokalipsy i amerykańskiego cyberpunku, stanowi na polskim rynku dokonanie nowatorskie.
Te teksty wyrażają nowe bądź na nowo uaktywnione religijne i polityczne konflikty Polski i świata już bez czerwonego knebla, ale z pozostałościami silnej czerwonki. Może to jest dopiero fantastyka stricte polityczna, a nie jedynie antytotalitarna.
Maciej Parowski
Najmniej jest tu fikcji. Owszem, pozostaje sztafaż science fiction, lecz w gruncie rzeczy jest to opowieść o Polsce dnia dzisiejszego.
Marek Arpad Kowalski
1 ... 44 45 46 47 48 49 50 51 52 ... 64
Перейти на страницу:

– Friend – mruknął. Drzwi ustąpiły. Znowu poczuł dreszcz wzdłuż kręgosłupa; dwa mainframy dogadały się co do środowiska, Cerber Netu sprawdził ID i przywilej Roberta, upewnił się co do jego niekaralności, pełnoletniości i wypłacalności, sterownik zmodyfikował parametry, dostosowując się do konfiguracji nowego połączenia – i Robert stał się aktywnym użytkownikiem sieci Cypher Devils Club.

CDC należał do kategorii użytkowników, których amerykańskie prawo, narzucone trzem czwartym świata, definiowało jako “pozbawionych pełnego dostępu” – tej samej kategorii, do której należały wirtualne sex shopy. Limited Accessibility oznaczała zakaz umieszczania danych wejściowych w ogólnodostępnych przeglądarkach Skorupy i sieci publicznej oraz obwarowywało korzystanie z poddanych restrykcji obszarów szeregiem warunków dotyczących wieku i sieciowego statusu użytkownika.

Robert dowiedział się o CDC podczas pracy w Kancelarii, ale nigdy wcześniej nie miał powodu z wiedzy tej korzystać. Słyszał o wielu podobnych obszarach, zazwyczaj powiązanych w ten lub inny sposób z sieciami akademickimi. W tej chwili wybrał właśnie ten, ponieważ w pamięci utkwiły mu nie pamiętał już czyje pochwały dla rozpowszechnianego przez CDC półdarmowego oprogramowania.

Pejzaż sieci lokalnej był jeszcze bardziej plastyczny niż podziemia, które do niej prowadziły – z ledwością powstrzymał chęć cofnięcia się o krok, ku wciąż obecnej za plecami ścianie własnej Studni, który to ruch niechybnie zostałby przez sterownik zinterpretowany jako zakończenie sesji. Znajdował się w mrocznej jaskini, wyrysowanej szaleńczym światłocieniem, jakby wziętym z grafik niemieckich ekspresjonistów. Nie była to prostopadłościenna klatka z barwnych linii, wyłożona płytami paneli i przeglądarek – jak większość dostępnych w sieci stacji. Była to zalana upiornym światłem, zagracona kolorami jaskinia, rozwinięte w trzy wymiary graffiti z kampusowego muru. On sam stał się przysadzistym, okrytym krótką szczeciną i łuskową zbroją wilkołakiem, o obrzydliwie upazurzonych łapach. Plączące się pod nogami, spiętrzone pod ścianami kształty sprawiały wrażenie usypanych bezwładnie stosów, dopiero wpatrzywszy się w ich układ, można było odróżnić tworzone przez nie warstwy. Większość dała się zidentyfikować jako interfejsy programów lub ciekawie zmodyfikowane panele świadczonych przez sieć usług; z niektórymi nie miałby ani śladu pomysłu, co zrobić. Na wszystkim odcisnęła się estetyka popularnych gier i komiksów. Jakieś potrzaskane skrzynie, zwoje lin, ożywających pod spojrzeniem w kłębowiska żmij i robaków, ogniłe czaszki, ogromne szczury. Na ścianach wykwitały pod spojrzeniem satanistyczne symbole. W uszy uderzyła go dzika, drażniąca muzyka, kojarząca się z rytmicznymi skrętami kiszek wampira.

Pomocnik interfejsu zjawił się po przepisowych pięciu sekundach i doskonale pasował do pejzażu sieci. Był to nadpieczony, częściowo zwęglony trup, w wypalonych dziurach pomiędzy żebrami pulsowały oślizłe flaki. Robert mógł sobie pogratulować, że jego zestaw nie umożliwiał odbioru wrażeń węchowych – był pewien, że Cyfrowe Diabły nie zapomniały i o tym.

Przypieczony trup rozdziawił osmalone, różowe dziąsła i wydał z siebie charkotliwy, odrażający głos.

– Hi bud, d'ya need? – tyle tylko udało mu się zrozumieć z koszmarnego slangu gangsterskich przedmieść, którym posługiwał się Przewodnik. Złożył palce obu rąk, otwierając pomiędzy nimi okno dialogowe i zatrudniając do bieżącej konwersji program tłumaczący.

Witaj w jaskini Klubu Cyfrowych Diabłów. Jeśli nie jesteś [nie znane słowo] będziesz mógł tutaj znaleźć, kupić lub wymienić trochę oprogramowania, które na pewno nie spodoba się [nieznane słowo], a także [nieznane słowo]. Jeśli chcesz nam zaproponować transakcję, przywołaj Necrovore'a [sugestia: imię własne]. Jeśli chcesz poznać, co szykujemy na [nieznane słowo], skieruj się do głównego panelu. Jeśli masz ochotę się zabawić…

Nie mógł złapać orientacji w systemie operacyjnym, na którym opierała się sieć, ani w jej architekturze; wszystko tu było inne, poprzestrajane, cudaczne. Nie pozostało nic innego, niż stosować się do poleceń gospodarzy klubu. Zastanawiał się chwilę nad wyborem sposobu przeglądania zasobów, w końcu zdecydował się na zwykły hiper-tekst w oknie dialogowym. Nie miał czasu na podziwianie dorobku młodych talentów amerykańskiej informatyki.

Dokopał się do listy proponowanego software'u, bardzo porządnie zaopatrzonej w szczegółowe opisy wraz z programami demonstracyjnymi.

Te właśnie programy musiały być powodem, dla których władze zezwalały na półlegalne funkcjonowanie sieciowych klubów cyferów. Wiedziały przecież nie gorzej niż ich bywalcy, czemu kluby te służą. Wiedziały także coś, co nie wszyscy cyferzy potrafili sobie uświadomić – że są one doświadczalnym poligonem następnych pokoleń programistów i sprzętowców, wylęgarnią przyszłych specjalistów od zabezpieczeń i pożyteczną w komputerowej biocenozie, kontrolowaną populacją wilków, zmuszających koncerny do utrzymywania czujności.

Cyferskie programy, oprócz tego, że służyły rzeczom, których legalność można by kwestionować, były zwięzłe. To je różniło w sposób zasadniczy od “puszystych” produktów wielkich korporacji, pełnych łat, nakładek i poprawek, zbędnych funkcji, pożerających beztrosko ogromne obszary nośnika i pamięci operacyjnej użytkownika. Nawet taki rynkowy wstrząs, jak spektakularne wyłożenie się przed kilkoma laty architektury windowsów, nie oduczyło programistów wielkich firm nonszalanckiego zużywania RAM-u. Młodym, nawiedzonym chciało się babrać w asemblerze i konstruować programy z maksymalną ekonomią – li tylko dla cyferskiej sławy i uznania braci w szaleństwie. Dlatego potrafili zawrzeć w jednym megabajcie funkcje, na które komercyjny software zużyłby ich dziesięć.

Znalazł to, czego szukał. Program nazywał się CypherStalker.

– Za ten kawałek liczę tauzena, ale jeśli potrafisz mi udowodnić, że jesteś prawdziwym żołnierzem Szatana, rzucę darmo i dołożę parę bajerów – oznajmiła z przeglądarki animowana fizjonomia młodego programisty. Robert nie zamierzał mu tego udowadniać. Wywołał i potwierdził przelew – tym łatwiej, że zrobił go z konta InterDaty. Jednym ruchem posłał czarną, połyskliwą kulę nowo nabytego programu ku ścianie swej studni, która połknęła go i rozpaliła komunikaty o rozpoczęciu procedury zgrywania konfiguracji.

– No, chłopcy, mam nadzieję, że to jest naprawdę coś warte – westchnął i machnięciem ręki starł z przestrzeni okno z komunikatem o błędzie.

Odbił się mocno nogami, z prawdziwą ulgą opuszczając siedzibę cyferów i, wróciwszy do podziemi Berkeley, rozpoczął mozolne wynurzanie się z głębin Tamtego Świata.

*

W chwili, gdy przed Robertem stanął upieczony miotaczem płomieni trup, Wiktoria z westchnieniem ulgi posłała w diabły ostatni z kretyńskich tekstów i zamknęła na ekranie okno katalogu Zjednoczonych Redakcji. Przeciągnęła się na fotelu, rozejrzała po pokoju, przez chwilę przyglądała się pracującym kolegom. Zerknęła na zegarek.

Dyżur dobiegał końca. Ale tego dnia, tak czy owak, musiała siedzieć tu nadal – tak długo, aż spłyną do nich wszystkie komentarze z ceremonii podpisania Gwarancji, przeznaczone na kolumny ekonomiczne pism koncernu, i aż zwolnią je wszystkie do druku.

Jakoś nie chciało jej się sięgać po telefon. Otworzyła kursorem panel komunikacji, wybrała z menu “voice” i numer telefonu w swoim domu.

1 ... 44 45 46 47 48 49 50 51 52 ... 64
Перейти на страницу:
0
Сюжет
  • 1
  • 2
  • 3
  • 4
  • 5
  • 6
  • 7
  • 8
  • 9
  • 10
0
Атмосфера
  • 1
  • 2
  • 3
  • 4
  • 5
  • 6
  • 7
  • 8
  • 9
  • 10
0
Главный герой
  • 1
  • 2
  • 3
  • 4
  • 5
  • 6
  • 7
  • 8
  • 9
  • 10
0
Общее впечатление
  • 1
  • 2
  • 3
  • 4
  • 5
  • 6
  • 7
  • 8
  • 9
  • 10
Итоговая оценка: 0.0 из 10 (голосов: 0 / История оценок)