Бесплатная библиотека
Читайте книгу на сайте или телефоне
READ-E-BOOK » Научная фантастика » Pieprzony Los Kataryniarza
Pieprzony Los Kataryniarza - Читать Любимую Русскую Полную Книгу 👉 Read-E-Book.com

Pieprzony Los Kataryniarza

Электронная книга - «Pieprzony Los Kataryniarza». Краткое содержание книги:

Po tamtej stronie komputera trwa wirualny świat.
Dla wielu jest miejscem codziennej pracy i skarbnicą rozrywek.
Dla wtajemniczonych to arena bezwzględnej walki o życie.
Powieść zawiera uderzającą wizję Polski XXI wieku wnoszącą w erę wszechpotężnej informatyki bagaż swych narodowych i historycznych nieszczęść. Czerpiąc z tradycji Małej apokalipsy i amerykańskiego cyberpunku, stanowi na polskim rynku dokonanie nowatorskie.
Te teksty wyrażają nowe bądź na nowo uaktywnione religijne i polityczne konflikty Polski i świata już bez czerwonego knebla, ale z pozostałościami silnej czerwonki. Może to jest dopiero fantastyka stricte polityczna, a nie jedynie antytotalitarna.
Maciej Parowski
Najmniej jest tu fikcji. Owszem, pozostaje sztafaż science fiction, lecz w gruncie rzeczy jest to opowieść o Polsce dnia dzisiejszego.
Marek Arpad Kowalski
1 ... 43 44 45 46 47 48 49 50 51 ... 64
Перейти на страницу:

Jego szklana winda znowu obsunęła się o piętro niżej, znalazł się w oznakowanym bielą i czerwienią hallu wejściowego interfejsu GOV-u, sieci rządowej. Program trasujący znalazł porozumienie z serwerem, którego potrzebował, programy nadzorujące serwer zbadały jego przywilej, stopień dostępu i oddały mu do dyspozycji część swojej mocy przeliczeniowej. Posunął się trzy komory do przodu, wnikając w bazę danych archiwum celnego. Wydobył z pudełka szybkiej pamięci numery notebooka, mogącego być tylko służbowym sprzętem Siwawego. Przywołał smart-skaner Fortecy i przerobiwszy w ciągu trzydziestu sekund półtora gigabajta starych kwitów dowiedział się, kto zaimportował tę jednostkę do Polski i którego dnia przekroczyła ona granicę.

Skopiował dane, zakończył połączenie z bazą i wylogował się z GOV-u z powrotem do sieci miejskiej; wycofał się tą samą drogą, którą przyszedł, ale teraz prowadziła one przez inne węzły, niż w tamtą stronę. Wstąpił znowu o piętro wyżej, ale nie znalazł się przez to na tym samym poziomie, na którym był, zanim zstąpił do GOV-u.

Firma, której potrzebował, przyłączała się do sieci miejskiej przez lokalną sieć Publicznych Zakładów Optycznych. Znowu oznaczało to przebycie kilku pięter i kilku korytarzy wirtualnego labiryntu. W chwili, gdy wejście poszukiwanej firmy zwizualizowało się w Studni, błysnęły mu w oczy zielone litery: CAUTION! THIS ENYIRON-MENT IS NOT FRIENDLY FOR INDIRECT CONTROL-LERS.

Tu wirtualny labirynt kończył się ślepą ścianą. Nie pozostawało nic innego, niż emulować terminal i podejść do serwera tradycyjną metodą. Wystąpił ze szklano-marmurowej komory i zagłębił się w otchłań lokalnej sieci spółki importowo-eksportowej, jednej z setek, jeśli nie tysięcy podobnych jej drobnych importerów sprzętu komputerowego.

Teraz ciężar wizualizowania przetwarzanych danych i przekazywanie ich w formie dostępnej jego podłączonym do komputera zmysłom spadł całkowicie na prowadzący go mainframe Fortecy. Pustka skurczyła się na ułamek sekundy i zaraz rozkwitła widmowym panelem okien.

Sieć składała się z dwunastu jednostek, korzystających ze wspólnego stosu. Ponieważ zidentyfikował się w niej jako gość, serwer powitał go standardowo katalogiem oferowanych przez firmę usług wraz z cenami i warunkami. Przywołał z szybkiej pamięci typ notebooka, jakim posługiwał się Siwawy.

Serwer odpowiedział, iż tym sprzętem nie prowadzi się obrotu i zaproponował zakończenie połączenia.

Zapytał o bazę danych firmy, bez większych nadziei.

Była zastrzeżona. Serwer zaproponował zakończenie połączenia.

Przez dłuższy czas usiłował wydobyć z serwera jakiekolwiek dane na temat firmy, jej udziałowców, pracowników, znaleźć jakikolwiek punkt zahaczenia, ale ten z mechaniczną cierpliwością odmawiał mu dostępu i proponował zakończenie połączenia.

Wylogował się z powrotem do swojej Studni i nawet nie bardzo zważając na drogę, którą się posuwał, zebrał po rejestrach miejskich informacje o lokalnej sieci, z której nie mógł wydobyć potrzebnych mu danych.

Jeśli nie możesz uzyskać jakiejś informacji, to znaczy tylko tyle, że podszedłeś od złej strony – powtarzał sobie jedną z podstawowych zasad swego zawodu. Był znowu w tym niezwykłym transie, znanym jedynie tym, którzy choć na moment zanurzyli się w przestrzeniach Tamtego Świata. Czas przestawał istnieć, przestawało się liczyć, po co i dlaczego tu przyszedł. Omal nawet zapomniał o swojej sytuacji. Pozostawała tylko trzymająca z nieludzką siłą komputerowa gra; trzeba było znaleźć rozwiązanie i w nagrodę dotrzeć do kolejnego poziomu, którego jeszcze się nie widziało.

Po kilkunastu minutach – coraz mniej to znaczyło -gorliwej krzątaniny w sieci miejskiej wiedział już o firmie wszystko. Z kwitariuszy czynszów Urzędu Dzielnicowego poznał jej numer statystyczny. Sięgnął do rejestrów Izby Gospodarczej i wyłowił z nich dane o koncesji na obrót sprzętem komputerowym, z informacjami o właścicielach, kapitale założycielskim i aportach. Z Urzędu Skarbowego, gdzie teoretycznie wstęp dozwolony był tylko z ustawowymi ograniczeniami, ale oznaczało to w praktyce tyle, że zdobyta tą drogą wiedza nie mogła być upubliczniana w mediach, wydobył listy podatków od wypłacanych wynagrodzeń.

Gdy powtórnie stanął przed nieużytym serwerem, wpisał jako hasło wejścia jedno z nazwisk, wymienionych w koncesji. Serwer odrzucił je, odrzucał też następne. Przeszedł do nazwisk powtarzających się na zgłaszanych do podatku listach płac. Któreś kolejne zostało wreszcie zaakceptowane, oszczędzając Robertowi szukania imion dzieci, żon i kochanek stałych użytkowników sieci lokalnej.

Serwer udzielił mu dostępu do swej pamięci jako Zygmuntowi Sygusiowi, ale w osobistym katalogu Zygmunta Sygusia Robert nie znalazł niczego ciekawego. Zabrał się za przeszukiwanie innych.

Kiedy wreszcie dopisało mu szczęście, nie pomyślał nawet o sprawdzeniu, jak długo już pracuje. Okazało się, że firma, w sieci której się znalazł, nie tylko sprowadza sprzęt, ale także zapewnia mu pełny serwis.

Po pewnym czasie miał w ręku specyfikację notebooka, którego szukał, oraz trzykrotne zapisy z rutynowych przeglądów. Podczas ostatniego z nich w sprzęcie wymieniana była karta sieciowa; dokumentacja zawierała dane nowej karty. W brudnopisie montera znalazł zanotowane robocze hasło, otwierające techniczną bramkę do pakietu zintegrowanego na notebooku.

To już było coś.

Wylogował się.

Każdy ze zmysłów miał swoje zastosowanie w przekazywaniu danych poprzez impulsy rdzenia kręgowego. Także zmysł równowagi statycznej. Błędniki, powodowane impulsami wydawanymi przez obejmujący głowę kabłąk gogli, ustawiały kataryniarza zawsze w taki sposób, żeby miał nad głową swój macierzysty mainframe. Podczas poszukiwań w światowych sieciach, gdy wirtualne połączenie ustalało się przez satelitarne infostrady, a praca przypominała drążenie lochów gdzieś u samych korzeni ziemi, tak ustawione poczucie pionu doskonale ułatwiało nawigację – choć, oczywiście, rzadko kiedy dawało się wychodzić prosto do góry.

Nie wracał jednak wprost do Fortecy. W interfejsie miejskim zgłosił żądanie wyjścia do Skorupy. Jak nigdy musiał czekać całych kilka sekund na zezwolenie połączenia. Wybrał linię przez Kraków, Sztokholm i dopiero stanąwszy w komorze tamtejszego interfejsu, wlogował się przez zawieszonego nad biegunem północnym satelitę do Ontario i Seattle. Dlaczego tak? Nie potrafiłby powiedzieć. Nauczył się wybierać drogę intuicyjnie, wiedziony jakimś szczególnym przeczuciem, gdzie grozi wklejenie się w kisiel, a gdzie nie.

Dwa kolejne poziomy w głąb i znalazł się w wewnętrznej sieci Uniwersytetu Berkeley. Większość sieci akademickich wręcz obezwładniała zmysły swymi przeładowanymi pejzażami, ale Berkeley zdawał się bić pod tym względem wszelkie rekordy. Sieć szkoły urządzona była w pejzażu ponurych, średniowiecznych lochów, oświetlonych migotliwym płomieniem pochodni. Od głównego korytarza odchodziły dziesiątki ginących w mroku chodników, z panelami informacyjnymi ucharakteryzowanymi na wydrapane w zmurszałych deskach lub cegle runy. Skądś, z dala dobiegało obłąkańcze wycie torturowanych, w każdym miejscu, na które padł wzrok, występowali z murów lub wprost z pustki Przewodnicy sieci lokalnych lub serwerów pod postaciami zakapturzonych mnichów, kościotrupów albo umięśnionych blondynek, których skąpe stroje składały się w większym stopniu z blachy niż z materiału. Powstrzymał się od gwizdnięcia przez zęby.

– Tak to jest, kiedy studenci mają dziesięć godzin na tydzień i trzy egzaminy w sesji – mruknął tylko do siebie i natychmiast otworzyło się przed nim okno z informacją o błędzie i prośbą o ponowienie komunikatu.

Skasował je. Kiedy indziej mógłby stracić dłuższą chwilę na podziwianie efektów sprytu i fantazji uniwersyteckich programistów, ale teraz szukał konkretnego, przyłączonego przez tę sieć systemu, którego adres wydobył z głębin wspólnej pamięci Fortecy. Przywołał odnajdujący go kod, złożył razem stopy, podciągając kolana do góry, pochylił się do przodu i przemknął przez labirynt podziemi aż do ciężkich, okutych drzwi z napisem: “Powiedz «przyjacielu» i wejdź”.

1 ... 43 44 45 46 47 48 49 50 51 ... 64
Перейти на страницу:
0
Сюжет
  • 1
  • 2
  • 3
  • 4
  • 5
  • 6
  • 7
  • 8
  • 9
  • 10
0
Атмосфера
  • 1
  • 2
  • 3
  • 4
  • 5
  • 6
  • 7
  • 8
  • 9
  • 10
0
Главный герой
  • 1
  • 2
  • 3
  • 4
  • 5
  • 6
  • 7
  • 8
  • 9
  • 10
0
Общее впечатление
  • 1
  • 2
  • 3
  • 4
  • 5
  • 6
  • 7
  • 8
  • 9
  • 10
Итоговая оценка: 0.0 из 10 (голосов: 0 / История оценок)