Pieprzony Los Kataryniarza
- Автор: Ziemkiewicz Rafał A.
- Язык: польский
- Жанр: Научная фантастика
Электронная книга - «Pieprzony Los Kataryniarza». Краткое содержание книги:
Dla wielu jest miejscem codziennej pracy i skarbnicą rozrywek.
Dla wtajemniczonych to arena bezwzględnej walki o życie.
Powieść zawiera uderzającą wizję Polski XXI wieku wnoszącą w erę wszechpotężnej informatyki bagaż swych narodowych i historycznych nieszczęść. Czerpiąc z tradycji Małej apokalipsy i amerykańskiego cyberpunku, stanowi na polskim rynku dokonanie nowatorskie.
Te teksty wyrażają nowe bądź na nowo uaktywnione religijne i polityczne konflikty Polski i świata już bez czerwonego knebla, ale z pozostałościami silnej czerwonki. Może to jest dopiero fantastyka stricte polityczna, a nie jedynie antytotalitarna.
Maciej Parowski
Najmniej jest tu fikcji. Owszem, pozostaje sztafaż science fiction, lecz w gruncie rzeczy jest to opowieść o Polsce dnia dzisiejszego.
Marek Arpad Kowalski
Nie tracił na nie czasu.
Wyciągnął przed siebie prawą rękę – teraz widział ją przed sobą, utkaną z błękitnej, widmowej materii, tak jak sterownik odwzorowywał jego własne ciało ze zbieranych przez rdzeń impulsów – i delikatnym, ale zdecydowanym ruchem sięgnął ku największemu oknu, ustawionemu na wprost jego oczu. Wszedł w nie i na moment roztopił się w odgradzającej go od Tamtego Świata smudze ciemności.
II
Przez chwilę nie mógł zrozumieć, gdzie jest.
Ze wszystkich stron otaczał go gęsty kisiel, spowalniający nieznośnie ruchy, mętniejący przy każdym gwałtowniejszym geście. Przygaszona barwa starych cegieł zmieniła się w banalną czerwień z podstawowego zestawu, to samo stało się z trawą na zboczach przykopu. Wszystko było rozmyte, wygładzone, jak nieostre zdjęcie. Poznikały wypracowane pieczołowicie faktury murów i pancernej stali.
Obrócił się. Widmowe ciało słuchało go z opóźnieniem, nie był w stanie przyspieszyć jego ruchów. Zmętniały kisiel ustępował bardzo opornie i potrzebował kilku sekund bezruchu, by odzyskać przejrzystość.
Dopiero ten obrót uświadomił mu, że stał się barczystym żołnierzem w błękitnym mundurze, ze złotym emblematem na lewej piersi. W ręku trzymał długi jak nieszczęście karabin, wraz z bagnetem sięgający prawie ramienia. Nadgarstki miał sztywne, palce prawie pozbawione czucia. W Tamtym Świecie człowiek zawsze czuje się mniej lub bardziej jak manekin, przynajmniej przez pierwsze minuty, nim przyzwyczai się, że sterownik przyjmuje do wiadomości tylko impulsy kontrolujące główne mięśnie. Ale teraz był wręcz drewnianą kukłą, ledwie zdolną w zgęstniałej przestrzeni do sześciu podstawowych ruchów.
Mainframe Fortecy potraktował go jako obcego, uświadomił sobie, widząc karabin, którego konstrukcję zgrywał parę miesięcy temu z sieciowej ekspozytury muzeum broni w Hofburgu. A to znaczyło, iż znajdował się przy głównej bramie. Półkaponiera, w stoku której kryły się pancerne drzwi jego osobistego gniazda, musiała więc być na lewo, za trzecim załomem muru i wiodącego wzdłuż niego przykopu. Zatrzymując się w pół obrotowego ruchu, ruszył w jej stronę.
Sunął, odbijając się sztywnymi nogami od zmienionej w jednostajną, zieloną masę trawy, starając się powstrzymać przed jakimkolwiek zbędnym ruchem, który opóźniłby go jeszcze bardziej. Ta beznadziejnie powolna podróż mogła wyprowadzić człowieka z równowagi, ale nie miał wyjścia; mógł tylko czekać, aż wreszcie dotrze na miejsce. W końcu stanął przed swoim gniazdem i przemagając bezwładność przestrzeni, wyciągnął prawą rękę ku masywnemu, stalowemu pokrętłu, zamykającemu je jak drzwi kasy pancernej lub właz okrętu podwodnego. Starczyło mu go dotknąć i tylko zamarkować ruch, jakby zabrał się do odkręcania; drzwi ustąpiły, otworzyły się szeroko, odsłaniając panele sterowania Studni.
Przywołał swoje ID i ściągnął ku sobie okno kontroli teleportu. Złote litery w lewym dolnym rogu jego pola widzenia potwierdziły zidentyfikowanie i przyjęcie kodu osobistego. Zdrewniałą dłonią, zrośniętą, jakby upchnięto ją w rękawiczce z jednym palcem, było mu trudno operować po panelu. Na szczęście pokrywające go przyciski stały się teraz równie toporne i zgrubne, wystarczało ich tylko dotknąć.
Uzyskał potwierdzenie łączenia i zakręcił prawą ręką, jakby obracał korbą. Poczuł przechodzący od kręgosłupa dreszcz. W ułamku sekundy sztywność ciała i toporność pejzażu zniknęły, przestrzeń przestała być spowalniającym ruchy żelem. Powierzchnie ścian, stali i muru, trawa, kolory, układ cieni – wszystko wróciło do stanu, jaki pamiętał i do jakiego przywykł. Nie był już manekinem żołnierza, przybrał zwykłą, używaną w tamtym świecie postać swego widmowego sobowtóra z błękitnej mgły. Ciszę w uszach zastąpiła ściszona, rytmiczna muzyka, którą dawno temu ściągnął sobie z serwera miłośników muzyki elektronicznej. Na jej tle odzywały się normalne dźwięki środowiska pracy – pobrzękiwania, świergoty i alarmowe piski wydawane przez panele kontrolne studni.
Zarządzanie jego pobytem w Tamtym Świecie, dotąd z konieczności utrzymywane przez ledwie zdolny podołać takiemu obciążeniu domowy komputer Roberta, teraz przejął potężny mainframe Fortecy. Odczuł fizyczną ulgę.
Za uchylonymi drzwiami jego gniazdo wyglądało jak czekająca na pasażera kabina windy; a może raczej jak ustawiona pionowo komora grobu, zważywszy na marmurkową fakturę jej upstrzonych wielobarwnymi, rozmaitej wielkości prostokątami ścian. Pozostając w sieci lokalnej, mógł teraz jedną, zaklętą w ruch dłoni komendą przenieść się do miejsca, gdzie pożółkła tablica z trupią czachą i gotyckimi literami strzegła dostępu do kontrolera systemów operacyjnych mainframu Fortecy.
Szykował się jednak do szybkiego zejścia dalej, w sieć miejską i Skorupę. Wszedł do Studni i zaciśnięciem pięści potwierdził sprzężenie, od tego momentu otaczające go i dostarczające oparcia ściany stały się środkiem wszechświata. Tkwił w nieruchomej Studni, a pejzaż zewnętrznego świata poruszał się w odsłaniających go oknach, posłuszny wydawanym komendom.
Dopiero teraz przesunął względem siebie Fortecę i dobrał się do jej centrali. Przednia ściana Studni zniknęła, zastąpiona ogromnym oknem dialogowym.
Sprawdził aktualny stan sieci. Wszystkie główne jednostki pozostawały w niej, gotowe do pracy, ale w tej chwili nie używane. System zasygnalizował odłączenie kilku mniej istotnych peryferiów, jednocześnie zgłaszając gotowość ich natychmiastowego emulowania. Nie było aktywnego operatora systemu – na mocy nominacji kierownika firmy oficjalnie pełnił tę funkcję Strzeżewski, ale żeby uczynić pracę wygodniejszą, sieciowe uprawnienia SysOpa przysługiwały całej szóstce.
Oprócz Roberta mainframe nie obsługiwał w tej chwili żadnego innego kataryniarza. Wchodząc do sieci miał zamiar przywołać współpracowników na on-line i naradzić się nad powstałą sytuacją; spodziewał się zacząć od poinformowania ich o sprawie.
Być może było jeszcze za wcześnie. Robert wiedział, że w swoim porannym wstawaniu i kończeniu pracy wczesnym przedpołudniem jest raczej odosobniony. Większość kataryniarzy, także tych z InterDaty, pracowała wieczorami i nocą do świtu. Przede wszystkim ze względu na daleko mniejsze w tych godzinach obciążenie sieci. Dla Roberta dzienny ścisk na łączach nie stanowił problemu; zawsze jakoś udawało mu się obchodzić spowalniające węzły.
A może któryś z nich przyszedł zasiąść do sprzętu, ale zatrzymany przez bezpieczniaków przy wejściu zmuszony był teraz do wysłuchiwania przechwałek Siwawego?
To było istotne – czy zostaną potraktowani tak samo jak on, czy im także wydadzą sprzęt? Przywołał klawiaturę i wypisawszy krótki list oraz opatrzywszy go atrybutem: “Pilne” rozesłał go po domowych adresach całej piątki. Prosił o odpowiedź na węzeł Fortecy. Przywołał segmentowy FFG i kilkoma ruchami zmontował z jego modułów mały program poszukujący, który zostawiony w węźle miał mu dostarczyć każdy wysłany do niego list, gdziekolwiek Robert będzie się w danej chwili znajdować. Nie zrobił nic więcej, by nawiązać kontakt z pozostałymi. Nie użył programu telefonicznego, choć obdzwonić mieszkania researcherów InterDaty wydawało się w tej sytuacji rzeczą najoczywistszą.
Nigdy nie miał z pozostałymi pracownikami InterDaty dobrego kontaktu. Wszyscy byli o całe pokolenie od niego młodsi i bez reszty zajęci robieniem pieniędzy oraz nawiązywaniem korzystnych znajomości. Na pewno byli zdolniejsi, pilniejsi i lepiej wykształceni niż przytłaczająca większość ich rówieśników, ale nie czyniło ich to wcale wolnymi od typowego dla ich generacji zimnego pragmatyzmu, przechodzącego w krańcowy cynizm. To, co nie miało praktycznego znaczenia, co nie przekładało się na konkretne zyski, po prostu dla nich nie istniało. Był pewien, że gdyby dla kontynuowania raz obranej drogi potrzebowali uczestniczyć w jakimś łajdactwie, zrobiliby to bez wahania i nawet bez świadomości, że robią coś złego – układy, wymiany przysług, to, że elita władzy i biznesu istnieje, aby dzielić między siebie podatki ciemnoty, uważali za oczywisty i naturalny porządek świata. Wzorem popularnych osobistości nazywali ten porządek kapitalizmem i święcie wierzyli, że jakkolwiek by on był brutalny czy niemoralny, po prostu nie ma alternatywy.