Бесплатная библиотека
Читайте книгу на сайте или телефоне
READ-E-BOOK » Научная фантастика » Pieprzony Los Kataryniarza
Pieprzony Los Kataryniarza - Читать Любимую Русскую Полную Книгу 👉 Read-E-Book.com

Pieprzony Los Kataryniarza

Электронная книга - «Pieprzony Los Kataryniarza». Краткое содержание книги:

Po tamtej stronie komputera trwa wirualny świat.
Dla wielu jest miejscem codziennej pracy i skarbnicą rozrywek.
Dla wtajemniczonych to arena bezwzględnej walki o życie.
Powieść zawiera uderzającą wizję Polski XXI wieku wnoszącą w erę wszechpotężnej informatyki bagaż swych narodowych i historycznych nieszczęść. Czerpiąc z tradycji Małej apokalipsy i amerykańskiego cyberpunku, stanowi na polskim rynku dokonanie nowatorskie.
Te teksty wyrażają nowe bądź na nowo uaktywnione religijne i polityczne konflikty Polski i świata już bez czerwonego knebla, ale z pozostałościami silnej czerwonki. Może to jest dopiero fantastyka stricte polityczna, a nie jedynie antytotalitarna.
Maciej Parowski
Najmniej jest tu fikcji. Owszem, pozostaje sztafaż science fiction, lecz w gruncie rzeczy jest to opowieść o Polsce dnia dzisiejszego.
Marek Arpad Kowalski
1 ... 40 41 42 43 44 45 46 47 48 ... 64
Перейти на страницу:

Przebrał się, umył ręce i zaczął przenosić sprzęt do pokoju. Odepchnął biurko pod ścianę, aby zrobić miejsce dla sterownika. Sięgnął po kable i zaczął starannie przebierać pomiędzy nimi, segregując je według wtyczek. Potem zaczaj: spinać ze sobą poszczególne jednostki, włączać je, uruchamiać programy testujące.

Uspokajało go to. Nie musiał zastanawiać się nad swoimi uczuciami, nazywać ich. Miał się na czym skupić; przygotowywał sprzęt do pracy. Włączył sterownik i odczekał, aż skończą się testy RAM-u, potem połączył go skręconym kablem, zakończonym trzydziestodwuigłową wtyczką, z jednostką centralną. Ekran komputera ożył.

Robert podniósł się z podłogi, ściągnął z klawiatury plastikową, zakurzoną osłonę i wszedłszy trackballem w okno systemu operacyjnego na głównym panelu, zaczął wstukiwać wywołania driverów współpracujących ze sterownikiem. Dostał cztery komunikaty o błędzie, zanim zdołał przypomnieć sobie właściwą komendę i zainicjować procedurę konfigurowania zestawu.

– Nie powinieneś mnie straszyć – powiedział do Siwawego i choć w głębi duszy wiedział, że to tylko puste odgrażanie się, przyniosło mu ono ulgę. – Nie trzeba było mnie straszyć, skurwysynu – powtórzył na głos.

Komputer przetestował kompatybilność programów i zaakceptował połączenie. Ekran podzielił się na dwa panele, lewy dla jednostki centralnej i prawy dla sterownika. Oba sygnalizowały gotowość dalszych połączeń.

Teraz przyszła kolej na spooler. Wpiął w gniazda sterownika dwa cienkie kable wychodzące z czarno-srebrnego prostopadłościanu; prawy panel ożył. Samoczynne kalibrowanie, system kompresji/dekompresji bieżącej, korekcja. Ready. Ready.

Multiinterfejs. Kolejna samoczynna jednostka, wyspecjalizowana w rozpoznawaniu i konwersji systemów operacyjnych i środowisk, zdolna emulować kilkaset układów terminali, z wbudowanym dodatkowo kompilatorem dla pięciu języków wysokiego poziomu, gdyby w trakcie pracy zapragnął doprogramować jakiś mostek, przyjaznym interfejsem graficznym dla ułatwienia ich obsługi i prostym językiem typu FFG na wypadek, gdyby mimo wszystko okazało się to dla niego zbyt trudne.

Trak, komputer śledzący wirtualne połączenie, modelujący płynne przejścia w czas rzeczywisty, rozpinający elektroniczną nić Ariadny pomiędzy macierzystą jednostką a kolejnymi, przejmującymi kataryniarza serwerami i mainframami. Tak zresztą potocznie mieli zwyczaj nazywać linię wirtualnego połączenia – Nicią.

Dodatkowy UPS. Stacja pamięci stałej.

Ready. Ready. Ready – sygnalizował niestrudzenie ekran zaskakiwanie kolejnych ogniw zestawu.

Ready. Ready – migotały sygnalizacyjne lampki na płytach czołowych sterownika i peryferiów. Zapamiętał się w pracy.

Aż nagle uświadomił sobie, że sprzęt jest gotowy. Wyprostował się. W zgiętym od dobrej pół godziny grzbiecie zdążył narodzić się ból. Założył ręce na głowę i oddychając miarowo, powoli, zrobił dziesięć skłonów, po każdym wyprostowując się aż do bólu pomiędzy łopatkami. Dziesięć przysiadów. I jeszcze raz skłony. Potem przez chwilę podskakiwał na palcach, żeby rozluźnić mięśnie.

Zgarnął z brzegu biurka kartkę z wydrukowanym listem Brzozowskiego. Po drodze zmiął ją w dłoni. Zajrzał do kuchni, tylko przechylił się górną połową ciała przez futrynę, żeby cisnąć papierową kulką do kosza na śmieci. Może się mylił; może to miało znaczyć tylko tyle, że Brzozowski ma informację o nowej pracy, zamiast tej w Inter-Dacie. On, tak świetnie ustawiony, mający tylu zobowiązanych tym lub owym znajomych, lubiący okazywać wielkopańskie masz-to-u-mnie. Może tyle. Ale nie chciał z nim rozmawiać, póki nie sprawdzi swych podejrzeń.

Nie trafił. Musiał podejść, podnieść papier i umieścić go w koszu. Potem wszedł do ubikacji, opróżnić przed sesją pęcherz i jelita. Nie czuł głodu, choć od rana nic nie jadł; ale to dobrze, z pustym żołądkiem lepiej się pracuje. Długo, starannie mył ręce, jakby chciał zyskać na czasie. Usiadł w fotelu, położył sobie przylgę na kolanach; przez chwilę starannie poprawiał swoje ubranie. Niefortunnie umiejscowiona fałdka, tak drobna, że w pierwszej chwili nie dawało się jej poczuć, mogła w czasie godzin bezruchu zostawić na ciele bolesne, długo nie schodzące odgniecenie. Wygładził palcami materiał na udach, pośladkach i plecach, odciągając jego nadmiar na boki. Poruszył się jeszcze kilkakrotnie, wciskając swe ciało w fotel i moszcząc się w nim.

Kiedy już siedział wygodnie, nie odrywając pleców od oparcia, pochylił głowę do przodu, dotykając brodą piersi, i prawą ręką umieścił sobie wysoko na karku przylgę. Ukryta w gumowych kieszeniach brunatna maź wydostała się na jego skórę i rozpełzła cienką warstwą pod stykami biołącza jak jakaś żywa galareta, zimna, aż po kręgosłupie przeszedł go dreszcz. Delikatnymi ruchami przesuwał przylgę w lewo i w prawo, podczas gdy seria wolniejszych lub szybszych dźwięków dobywających się z komputera sygnalizowała jej zbliżanie się lub oddalanie od właściwego punktu. Wreszcie trafił; dźwięk komputera zamienił się w ciągły, kilkusekundowy buczek, zakończony pięciodźwiękową, wesołą melodyjką, gumowa powierzchnia pod jego palcami zassała się i napięła z ledwie dosłyszalnym westchnieniem.

Wyprostował głowę i oparł ją o zagłówek fotela, przylga spłaszczyła się obło, nie przeszkadzając temu. Sięgnął po hełm z goglami i starannie, długo układał je na swojej twarzy. Na razie świeciły mu w oczy jednostajną, błękitną poświatą, w której lewitowała klawiatura, wiedział, że gdyby po nią sięgnął, jego palce trafiłyby na plastikową pokrywę. Opuścił na uszy umocowane do kabłąka hełmu sferyczne słuchawki. Nad kącikiem ust zawisł mikrofon, ziarno grochu z metalowej siatki na cienkim jak struna gitary włosie. Oparł dłonie – jeszcze prawdziwe, jego dłonie – na kolanach i czekał. Mógł wystukać komendę startu na klawiaturze, ale nie było takiej potrzeby. Od momentu zainicjowania biołącza procedura uruchamiała się sama.

Od karku powoli rozchodził się po ciele chłód. Wspomagający biosynapsę emiter zaczął wytwarzanie pola tłumiącego do minimum impulsy przewodzone przez rdzeń kręgowy poniżej punktu połączenia. Jego ciało powoli przestawało istnieć. Najpierw zanikły bodźce dotykowe; kilkanaście sekund zabawnego uczucia, kiedy ciało wciąż istnieje, ale nie ma już ściśle określonej granicy, nie czuje się już żadnej konkretnej powierzchni, do której byłoby się jeszcze sobą, a nie otaczającym światem. Potem wytłumieniu uległo także czucie głębokie.

Przed oczami Roberta zaczęły przetaczać się geometryczne figury, wzory kolorowych pasków, tańczące filary światła i mroku; uszy zostały zaatakowane seriami rytmicznych dźwięków, przebiegających po skali od basu do raniącego uszy pisku. Ostatnie testy. Dopóki trwały, wystarczyło, żeby poruszył gwałtownie rękami, klasnął lub zrobił cokolwiek takiego, a system przeładowałby się automatycznie i otworzył panel konfigurowania terminalu. Ale konfiguracja była sprawdzana wielokrotnie i wszystko działało bez zarzutu.

Za paręnaście, może tylko parę lat, uproszczą to wszystko do maksimum, wystarczy kilka sekund i już będziesz w VR. Może zdołają wreszcie dopracować seryjny implant do rdzenia kręgowego i zdobyć dla niego aprobatę biurokratów ze Światowej Organizacji Zdrowia, może wymyślą coś innego. Naciśnie człowiek jeden guzik i wio – już siedzi głęboko w Studni.

Testy skończyły się i przed oczami Roberta wychynęły z nicości linie tworzące główny panel. W górę, w dół, na boki, rozciągała się nie kończąca nigdzie ściana okien. Na którymkolwiek z nich spoczął jego wzrok, animowane ikony ożywały, poruszały się zachęcająco, wyświetlały wideo-klipy, grały melodyjki.

1 ... 40 41 42 43 44 45 46 47 48 ... 64
Перейти на страницу:
0
Сюжет
  • 1
  • 2
  • 3
  • 4
  • 5
  • 6
  • 7
  • 8
  • 9
  • 10
0
Атмосфера
  • 1
  • 2
  • 3
  • 4
  • 5
  • 6
  • 7
  • 8
  • 9
  • 10
0
Главный герой
  • 1
  • 2
  • 3
  • 4
  • 5
  • 6
  • 7
  • 8
  • 9
  • 10
0
Общее впечатление
  • 1
  • 2
  • 3
  • 4
  • 5
  • 6
  • 7
  • 8
  • 9
  • 10
Итоговая оценка: 0.0 из 10 (голосов: 0 / История оценок)