Pieprzony Los Kataryniarza
- Автор: Ziemkiewicz Rafał A.
- Язык: польский
- Жанр: Научная фантастика
Электронная книга - «Pieprzony Los Kataryniarza». Краткое содержание книги:
Dla wielu jest miejscem codziennej pracy i skarbnicą rozrywek.
Dla wtajemniczonych to arena bezwzględnej walki o życie.
Powieść zawiera uderzającą wizję Polski XXI wieku wnoszącą w erę wszechpotężnej informatyki bagaż swych narodowych i historycznych nieszczęść. Czerpiąc z tradycji Małej apokalipsy i amerykańskiego cyberpunku, stanowi na polskim rynku dokonanie nowatorskie.
Te teksty wyrażają nowe bądź na nowo uaktywnione religijne i polityczne konflikty Polski i świata już bez czerwonego knebla, ale z pozostałościami silnej czerwonki. Może to jest dopiero fantastyka stricte polityczna, a nie jedynie antytotalitarna.
Maciej Parowski
Najmniej jest tu fikcji. Owszem, pozostaje sztafaż science fiction, lecz w gruncie rzeczy jest to opowieść o Polsce dnia dzisiejszego.
Marek Arpad Kowalski
Gdyby Robert zaczął im się zwierzać ze swego żalu, że wszystko poszło na marne, wymordowane pokolenia, życiorysy złamane przez uczciwość, porywy serca, już o jego młodości nie wspominając, nie powiedzieliby nic, po prostu przyjęliby do wiadomości i na przyszłość starali się omijać nudziarza.
Kazał systemowi podać historię ostatnich podłączeń. Na wyświetlonym schemacie kilka punktów podświetlonych zostało krwistą czerwienią. W dziewiątym porcie od kilku godzin pracował dodatkowy, pozasieciowy terminal. Robert przywołał backup i sprawdził historię jego pracy. Terminal połączony był ze streamerem i większość jego podłączenia zajęło zgrywanie zawartości głównego archiwum Fortecy.
Operator terminalu dysponował pełnym zestawem haseł i kodów, a po sposobie, w jaki połączył się z głównym archiwum, znać było także, iż doskonale orientował się w architekturze sieci.
Tak czy owak, nie był tym, kogo Robert szukał. To, czego szukał, znalazł chwilę później, przybliżając do oczu kolejny z podświetlonych na czerwono fragmentów sieci. Była to ruchoma stacja sieciowa klasy podstawowej, włączona biernie do sieci krótko przed dziewiątą rano i pozostająca w niej nadal, cały czas bez próby uaktywnienia. Od kilku lat producenci i dystrybutorzy hardware'u umieszczali w standardowym zestawie sieci lokalnej współpracującą z mainframem stację połączeń bezprzewodowych; ułatwiało to posługiwanie się notebookami, uwalniało od plątania się w kablach dla każdego byle drobiazgu, a przy drobnych wydatkach na abonament radiolinii umożliwiało bezpośredni kontakt ze swoją siecią lokalną wprost z podróży, narady w biurze biznespartnera czy negocjacji. Przepustowość takiego łącza była jak na potrzeby kataryniarza śmiesznie mała, spowolniała ją dodatkowo konieczność korekcji błędów na wejściu/wyjściu, tym bardziej licznych, im większa odległość dzieliła połączone bezprzewodowo jednostki. Ale dla skorzystania z lokalnej bazy danych, modyfikacji dokumentu zapisanego w głównym stosie pamięci i odebrania lub nadania poczty wystarczało ono w zupełności.
Standardowa stacja bezprzewodowa w węźle sieci lokalnej miała wśród swoich funkcji i taką, iż automatycznie nawiązywała kontakt z fabrycznym chipem łączenia bezprzewodowego każdej jednostki, jaka znalazła się w jej zasięgu. Kontakt ten, dopóki użytkownik nie zapragnął go uaktywnić, ograniczał się do rozpoznania rodzaju stacji i obsługującego ją programu komunikacyjnego. Przypomniał sobie o tym, gdy Siwawy podtykał mu pod nos ekran swojego notebooka.
Jeżeli w studni zaistniała potrzeba napisania krótkiego tekstu w ASCII, można to było zrobić na kilka sposobów. Początkujący zazwyczaj wywoływali przed sobą klawiaturę. Robert wolał używać alfabetu głuchoniemych. Składanie palców w kombinacje oznaczające poszczególne litery trwałoby chwilę, ale ponieważ wystarczała sama myśl o ich układaniu w ten lub inny sposób, napisanie tym sposobem kilku zdań w oknie dialogowym zajmowało dosłownie sekundę.
Ułożył krótki komunikat sieciowy, przypominający, iż zbliża się kolejny termin czyszczenia i kompresjonowania wspólnych obszarów pamięci, w związku z czym wszyscy użytkownicy systemu, którzy nie opisali dotąd swoich danych dla programu czyszczącego proszeni są o dokonanie tego w ciągu najbliższych dwóch dni, inaczej mogą bezpowrotnie.utracić swoje zapisy.
Ostatnim ruchem dłoni zaadresował list: ALL USERS i odesłał go do programu nadzorującego systemy operacyjne. Ponieważ list wyszedł od jednego z uprawnionych operatorów sieci lokalnej, system nie miał żadnego powodu zwlekać z jego rozesłaniem do wszystkich ogniw sieci. Próba uaktywnienia połączenia z notebookiem i przekazania mu danych wywołała w oknie dialogowym przed Robertem obraz nie kończącego się tunelu, wypełnionego mnóstwem wychodzących jedna z drugiej aplikacji. Obraz ten przesłonięty był na całą szerokość paskiem komend, żądającym podania w ciągu czterdziestu sekund hasła. Zadziałały procedury wewnętrzne troubleshootera systemu, centrala powiadomiona została o konflikcie w sieci i zamiast hasła podała stanowiący standardową procedurę środowiska sieciowego kod błędu. System Firmy zadowolił się nim, połączenie zostało zdezaktywowane.
Równolegle do tego zadziałała inna automatyczna procedura; gniazdo bezprzewodowe notebooka zidentyfikowało się numerem ID sprzętu i jego parametrami, niezbędnymi podejmującemu kontakt serwerowi sieci do samokonfiguracji.
Robert przesunął te dane do kosza Szybkiej Pamięci i wlogował się do sieci miejskiej.
To było tak, jakby winda, w której stał, obsunęła się o jedno piętro niżej. Teraz zdezaktywował także boczne ściany, zamieniając je w zaznaczające swą obecność delikatną, choć wyraźną refrakcją szkło. Stał w komorze wybierania, głównym węźle interfejsu sieci miejskiej. W mowie kataryniarzy słowo “komora” znaczyło to samo, co dla techników sieci “węzeł”.
Złote litery w lewym dolnym rogu jego pola widzenia informowały o stopniu obciążenia sieci. Mógł się nimi nie przejmować; jego przywilej sieciowy był daleko wyższy niż u zwykłych użytkowników, jeśli centrala publiczna będzie zmuszona zmniejszać przepustowość łączy, nie uczyni tego jego kosztem. Problemem mogły być konkretne serwery, w które zdarzało się wkleić podczas pracy, ale i z tym potrafił sobie radzić.
Komora zasygnalizowała gotowość rozwinięcia paneli informacyjnych, wyszczególniających dostępne przez sieć miejską usługi i połączenia, pytała o tryb wyszukiwania, jakim jest zainteresowany. Tego także nie potrzebował. Nie wybierał się dokonywać zakupów, zwiedzać wystawionych na sprzedaż nieruchomości, przeglądać katalogów dostępnych przez sieć coraz to nowych usług ani grać. Wszystkie te obszary, absorbujące większość aktywności użytkowników Netu, nie wymagały sprzętu, jakim w tej chwili dysponował. Kiedy zastanawiał się nad wakacjami lub ściągał sobie program telewizyjny na wieczór, wystarczały w zupełności standardowe gogle i domowy desktop. Poruszył ręką, wybierając zakodowany w sterowniku jako makro adres przeglądarki serwera informacji miejskiej. Zażądał adresu Ewidencji Ministerstwa Handlu i od razu przerzucił go do trasera z poleceniem znalezienia optymalnego dojścia.
W sieciach krajowych nawigowało się znacznie łatwiej niż na międzyrządowych magistralach G-7, stanowiących fundament WorldNetu. Wynikało to z faktu, iż polskie sieci miejskie wciąż jeszcze miały charakter kręgosłupowy. Wielkie stacje robocze przeważały w nich nad końcówkami domowymi. Pośród okablowanych budynków ponad połowę stanowiły siedziby urzędów i firm, a większość indywidualnych uczestników włączona była przez kable telewizyjne lub nawet modemy do lokalnych sieci gdzieś w centrum miasta – tak samo, jak to było z domowym komputerem Roberta. W Tamtym Świecie Warszawa składała się niemal tylko z centrum, a cała Polska tylko z większych miast – pozostałe były jeszcze tylko pojedynczymi punktami, dopiero zaczynającymi wypączkowywanie z głównych węzłów.
Dobrą stroną tego faktu był brak charakterystycznego dla Zachodu szaleństwa repeaterów, krossownic i generowanego przez nie ruchu, zmuszającego do ciągłych obejść i improwizacji.