Ludzie z gwiazdy Pella [=Stacja Podspodzie / Downbelow Station - pl]
- Автор: Черри Кэролайн Джэнис
- Серия: Unia/Sojusz #3
- Год: 1993
- Язык: польский
- Год: Alfa
- ISBN: 83-7001-570-0
- Переводчик: Jacek Manicki
- Жанр: Космическая фантастика
Электронная книга - «Ludzie z gwiazdy Pella [=Stacja Podspodzie / Downbelow Station - pl]». Краткое содержание книги:
Ludzie z Gwiazdy Pella to obszerna, wielowątkowa i dramatyczna wizja przyszłości, ukazująca charaktery, postawy i ambicje nie odbiegające od naszych. Przez stronice tej powieści przewija się galeria fascynujących postaci, ludzkich i nieludzkich, których losy zależą od wyniku tytanicznych zmagań w skali kosmicznej.
Powieść ta otrzymała nagrodę Hugo w roku 1982.
— Wpadł Damon — mruknęła Alicja. — Był z Eleną. Na śniadaniu. Było miło. Elena dobrze wygląda. Jest taka szczęśliwa.
Często tu zaglądali, jedno albo drugie… zwłaszcza teraz, kiedy nie było Emilia i Miliko. Przypomniał sobie o niespodziance, o taśmie, którą wrzucił do kieszeni bojąc się, że zapomni ją wziąć. — Przyszła wiadomość od Emilia. Odtworzę ci.
— Angelo, czy coś się stało?
Wstrzymał nagle oddech i potrząsnął ponuro głową.
— Spostrzegawcza jesteś, kochanie.
— Umiem czytać z twojej twarzy, kochany. Złe wiadomości?
— Nie od Emilia. Tam na dole wszystko idzie dobrze; jest dużo lepiej. Donosi o znacznym postępie w zakładaniu nowych obozów. Nie mają żadnych kłopotów z personelem z Q, droga jest już przeprowadzona do dwóch i są liczni chętni do przeniesienia się dalej.
— Zdaje mi się, że słyszę zawsze tylko lepszą stronę tych meldunków. Obserwuję korytarze. Ja też to wiem, Angelo.
Delikatnie odwrócił jej głowę, żeby mogła go lepiej widzieć. — Wojna wzmaga się coraz bardziej — powiedział. — Czy to nie wystarczająco przygnębiające?
Te piękne oczy… wciąż piękne w wychudłej, bladej twarzy… były żywe i spokojne.
— Jak jest blisko?
— Po prostu kupcy stają się nerwowi. Wcale nie jest blisko; nie ma żadnych tego oznak. Ale ja skupiam się na morale. Poruszyła oczyma wskazując na ściany.
— Pięknie urządziłeś cały ten mój świat. Pięknie jest… tam, na zewnątrz.
— Pell nic nie grozi. Na nic się nie zanosi. Wiesz przecież, że nie potrafię przed tobą kłamać. — Usiadł na krawędzi łóżka, na czystym, gładkim prześcieradle i wziął ją za rękę. — Już od dawna wiemy, że działania wojenne nabierają rozmachu, a jednak nadal tu jesteśmy.
— Jaka jest sytuacja?
— Właśnie przed chwilą rozmawiałem z kapitanem kupieckiego statku; opowiadała mi o postawach kupców; mówiła o miejscach w dalekim Kosmosie dobrych na przyczajenie się i przeczekanie. Wiesz, przyszło mi do głowy, że są jeszcze jakieś inne stacje; nie pozostała przecież sama Pell; jakieś okruchy skał w nieprawdopodobnych miejscach… kupcy wiedzą o takich rzeczach. Może Mazian też; Mazian na pewno. Są po prostu miejsca, które znają tylko statki. Przecież jeśli istnieją burze… to jest jakieś niebo prawda. Jeśli dojdzie do jakiejś beznadziejnej sytuacji, dokonamy pewnych wyborów.
— Odszedłbyś? Potrząsnął głową.
— Nigdy. Nigdy. Ale pozostaje jeszcze szansa namówienia do tego chłopców, prawda? Wyperswadowaliśmy jednemu, żeby udał się na Podspodzie; pracuj nad swoim najmłodszym; pracuj nad Eleną… ona jest twoją największą nadzieją. Ona ma tam przyjaciół; ona wie i ona może przekonać Damona. — Ścisnął jej rękę. Alicja Lukas-Konstantin potrzebowała Pell, potrzebowała maszyn, sprzętu, którego utrzymanie w ruchu na statku nie było sprawą prostą. Była przykuta do Pell i do maszyn. Wszelkie przenosiny jej środowiska składającego się z metalu i ekspertów nie uszłyby uwagi, byłby to sądny dzień przekazywany na czołowych miejscach w wideoprogramach. Przypomniała mu o tym. „Ja jestem Pell”, śmiała się nie śmiejąc. Stała kiedyś u jego boku. Nie opuści jej. W ogóle nie brał pod uwagę takiej ewentualności… odejść bez niej, porzucając to, co jego rodzina budowała przez tyle lat, co budowali wspólnie. — Jest jeszcze daleko — powtórzył. Ale bał się, że to nieprawda.
Jon Lukas zebrał potrzebne papiery i spojrzał na ludzi tłoczących się w jego biurze mieszczącym się przy dokach. Patrzył tak przez dłuższą chwilę, żeby podkreślić wagę swojej decyzji, potem położył plik dokumentów na krawędzi biurka, a Bran Hale wziął je i rozdał pozostałym ludziom.
— Dziękujemy bardzo — powiedział Hale.
— Spółka Lukasa nie potrzebuje właściwie nowych pracowników. Rozumiecie. Postarajcie się dowieść swojej przydatności. Robię to tylko dla was, spłacam dług, jeśli wolicie. Cenię sobie lojalność.
— Będzie pan z nas zadowolony — zapewnił go Hale.
— Siedźcie po prostu cicho. Zbytnia gorliwość kosztowała was wylanie ze służby bezpieczeństwa. Pracując dla mnie będziecie trzymać nerwy na wodzy. Ostrzegałem was. Ostrzegałem, kiedy pracowaliśmy razem na Podspodziu…
— Pamiętam — bąknął Hale. — Ale wylano nas, panie Lukas, z pobudek osobistych. Konstantin tylko szukał pretekstu. On tam zmienia zaprowadzone przez pana porządki, przewraca wszystko do góry nogami, burzy wszystko, czego pan dokonał. Staraliśmy się, sir.
— Nic na to nie poradzę — powiedział Jon. — Nie jestem tam na dole. Nie mam na to wpływu. A teraz wy też nie. Wolałbym, żeby Jacoby wywalczył dla was jakąś łagodniejszą karę, ale macie za swoje. Jesteście teraz na posadach prywatnych. Rozparł się w fotelu. — Mogę was potrzebować — powiedział rzeczowo. — Więc miejcie to względzie. I tak wszystko mogło się dla was skończyć gorzej… jesteście teraz na stacji, koniec z błotem, koniec z bólami głowy od skisłego powietrza. Pracujecie dla firmy bez względu na to, co się wydarty i robicie użytek ze swych głów. Nie będziecie narzekać.
— Tak jest, sir — powiedział Hale.
— Ty, Lee… — Jon spojrzał beznamiętnie na Lee Quale’a. Ty może staniesz od czasu do czasu na straży majątku Lukasa. Możesz nosić przy sobie broń. Ale nie będziesz z niej strzelał. Wiesz, jak niewiele ci brakowało do skierowania na przystosowanie?
— Ten skurczybyk rąbnął mi w lufę — mruknął Quale.
— Biurem Radcy Prawnego kieruje Damon Konstantin. To brat Emilia, człowieku. Angelo trzyma wszystko w garści. Gdyby miał lepsze argumenty, przepuściłby ciebie przez młyn. Na drugi raz, kiedy przyjdzie ci do głowy wejść w drogę Konstantinom, pomyśl o konsekwencjach.
Otworzyły się drzwi. Do gabinetu wśliznął się Vittorio, ignorując chwilowy grymas niezadowolenia na twarzy Jona. Zbliżywszy się do ojca pochylił się do jego ucha.
— Przyszedł jakiś człowiek — szepnął. — Ze statku o nazwie Oko Łabędzia.
— Nie słyszałem o żadnym Oku Labędzia — odszepnął Jon. — Niech zaczeka.
— Nie — nalegał Vittorio pochylając się jeszcze niżej. — Posłuchaj, wydaje mi się, że on nie ma zezwolenia.
— Jakiego zezwolenia?
— Papierów. Nie jestem pewien, czy na statku wiedzą, że on znajduje się na terenie stacji. Czeka tutaj. Nie wiem, co z nim zrobić.
Jon wstrzymał na chwilę oddech czując, jak nagły dreszcz przechodzi mu po plecach. Biuro pełne świadków. Pełny świadków dok.
— Wpuść go tutaj — zdecydował i zwracając się do Hale’a i jego ludzi rzucił: — Przejdźcie do sąsiedniego pokoju, wypełnijcie formularze i oddajcie je urzędnikom. Potem zabierajcie się do tego, co wam zlecą na dzisiaj. No, idźcie.
Popatrzyli po sobie ponuro nie rozumiejąc, czym go urazili.
— Chodźmy — odezwał się Hale wypychając ich przed sobą z gabinetu.
Vittorio pośpieszył za nimi i zniknął pozostawiając drzwi otwarte.
W chwilę później do gabinetu wśliznął się mężczyzna w stroju kupca i zamknął za sobą drzwi. Zamknął, tak po prostu. W tym ruchu nie było respektu, nie było nic z konspiracji. Jak gdyby to on tu rozkazywał. Pospolita twarz, mężczyzna pod trzydziestkę i bez żadnych dystynkcji. Ruchy opanowane i flegmatyczne.