Gdzie wasze ciała porzucone [To Your Scattered Bodies Go - pl]
- Автор: Фармер Филип Хосе
- Год: 1997
- Язык: польский
- Год: MAG
- ISBN: 83-86572-27-2
- Переводчик: Piotr W. Cholewa
- Жанр: Научная фантастика
Электронная книга - «Gdzie wasze ciała porzucone [To Your Scattered Bodies Go - pl]». Краткое содержание книги:
Dlaczego Tajemniczy Przybysz potrzebował właśnie jego, by wrzucić ziarnko piasku w tryby Ich kosmicznej maszynerii? Jak mógł pomóc Judaszowi on, zwykła ludzka istota, uwięziona w tej dolinie, tak ograniczona własną niewiedzą?
Jedno było pewne. Gdyby Przybysz nie potrzebował Burtona, nie zdradziłby się przed nim. Chciał, by Burton dotarł do Wieży na biegunie północnym.
Dlaczego?
Znalezienie jedynego możliwego powodu zajęło Burtonowi dwa tygodnie.
Przybysz powiedział, że — jak wszyscy Etycy — nie może nikomu bezpośrednio odebrać życia. Nie miał jednak skrupułów przed dokonaniem tego okrężną drogą, o czym świadczyło wręczenie Burtonowi trucizny. Zatem, jeżeli chciał, by Burton znalazł się w wieży, to po to, aby dla niego zabijał. Chciał wypuścić tygrysa na swych rodaków, otworzyć okno przed wynajętymi mordercą.
Morderca zechce zapłaty. A co zaproponował Przybysz?
Burton wciągnął do płuc dym z papierosa, wypuścił go i wypił kubek bourbona. Bardzo proszę. Tamten spróbuje go wykorzystać, ale niech się ma na baczności. On także wykorzysta Przybysza.
Po trzech miesiącach Burton uznał, że przemyślał już wszystko. Nadeszła pora, by się stąd wynieść. Pływał właśnie w Rzece i kierowany nagłym impulsem wypłynął na sam środek. Zanurkował tak głęboko, jak tylko zdołał, zanim niepokonana wola przeżycia jego ciała zmusiła go, by ze wszystkich sił płynął ku bezcennemu powietrzu. Nie zdążył. Drapieżne ryby pożrą jego ciało, a kości spoczną w mule głęboko na dnie. Tym lepiej. Nie chciał wpaść w ręce Etyków, nawet po śmierci. Jeśli Przybysz mówił prawdę, to portrafiliby odczytać z jego mózgu wszystko co widział i słyszał, jeśli tylko znaleźliby go dostatecznie wcześnie, zanim komórki ciała ulegną rozkładowi.
Nie sądził, by Im się to udało. Przez następne siedem lat udawało mu się, o ile mógł to stwierdzić, uniknąć wykrycia. Jeżeli Zdrajca wiedział, gdzie przebywa, to nie dał Burtonowi znać. Lecz Burton wątpił, by wiedział ktokolwiek. Sam nie mógł określić, w jakiej części Świata Rzeki się znajduje, jak daleko lub jak blisko głównej kwatery w Wieży. Cały czas był w ruchu, wciąż płynął, płynął, płynął. Wiedział, że pobił swego rodzaju rekord. Śmierć stała się jego drugą naturą.
Jeśli się nie pomylił, to dokonał 777 podróży Samobójczym Ekspresem.
28
Czasami Burton myślał o sobie jako o planetarnym koniku polnym, co skacze w ciemność śmierci, potem ląduje i przez krótką chwilę skubie trawę, jednym okiem wciąż bacząc na cień, zdradzający nadlatującego drapieżcę — Etyków. Na wielkiej łące ludzkości siadał już na wielu źdźbłach, smakował je i ruszał dalej.
Kiedy indziej porównywał się do sieci, tu i tam wyłapującej z ogromnego morza ludzkości jakieś okazy. Schwytał kilka wielkich ryb i wiele sardynek. Równie wiele, jeśli nie więcej, można było się dowiedzieć od tym małych, co od dużych.
Nie lubił jednak porównania z siecią. Przypominało mu, że jest gdzieś inna, większa sieć, zarzucona specjalnie na niego.
Jakichkolwiek jednak używał przenośni czy porównań, był człowiekiem, który — żeby użyć dwudziestowiecznego amerykanizmu — sporo kręcił się po świecie. Kilka razy spotkał się — nawet z legendą o Burtonie Cyganie. W pewnym regionie, gdzie mówiono po angielsku, usłyszał o Richardzie Wędrowcu, a w innym o Łazarzu Włóczędze. Trochę go to niepokoiło, gdyż Etycy mogli domyślić się, w jaki sposób ucieka i przedsięwziął odpowiednie środki, by go schwytać. Mogli też odgadnąć jego główny cel i rozmieścić straże w pobliżu źródeł Rzeki.
Po siedmiu latach obserwacji gwiazd, po wielu odbytych rozmowach, wyrobił sobie opinię o biegu Rzeki.
To nie była amphisbaena, wąż o dwóch głowach, ze źródłem na północnym i ujściem na południowym biegunie. To był Wąż Midgardu, z głową na biegunie północnym, ciałem owiniętym po wielokroć wokół planety i ogonem we własnej paszczy. Rzeka wypływała z północnych regionów polarnych, płynęła tam i powrotem przez jedną półkulę, okrążała biegun południowy i ruszała zygzakiem po drugiej, tam i z powrotem, ciągle w górę, aż jej ujście otwierało się do hipotetycznego polarnego morza.
Zresztą ten duży akwen nie był czysto hipotetyczny. Jeśli historia o Titanthropie, prehistorycznym osobniku, który twierdził, że widział Mglistą Wieżę, była prawdziwa, to Wieża wznosiła się z okrytej mgłami powierzchni morza.
Burton znał tę opowieść tylko z drugiej ręki. Widział jednak Titanthropów u początków Rzeki, w czasie pierwszego „skoku”. Wydawało się zupełnie możliwe, by jeden z nich przeszedł przez góry i dotarł tak daleko, że widział morze polarne. A gdzie doszedł jeden człowiek, tam może dojść drugi.
W jaki sposób Rzeka płynęła pod górę?
Prędkość ruchu wody wyglądała na stałą, nawet w miejscach, gdzie prąd powinien zwolnić lub całkiem się zatrzymać. Burton wywnioskował z tego istnienie lokalnych pól grawitacyjnych, przesuwających masy wody do miejsca, gdzie zaczynało działać naturalne przyciąganie planety. Gdzieś, może pod dnem samej Rzeki, ukryte były urządzenia, wykonujące tę pracę. Ich pola musiały być bardzo ograniczone, ponieważ mieszkańcy, tych rejonów nie odczuwali zmian grawitacji.
Zbyt wiele miał pytań. Musiał próbować, póki nie dostanie się do Istot, które udzielą odpowiedzi.
To był jego 777 „skok”. Był przekonany, że siódemka jest jego szczęśliwą liczbą. Mimo kpin swych dwudziestowiecznych przyjaciół, Burton święcie wierzył w większość przesądów, do których przyzwyczaił się na Ziemi. Śmiał się często z cudzych zabobonów lecz wiedział, że niektóre liczby przynoszą mu szczęście, że srebro położone na powiekach pomoże odzyskać siły w chwili zmęczenia i wzmocni intuicję, dodatkowy zmysł, ostrzegający przed niebezpieczeństwami. Co prawda, w tym ubogim w minerały świecie nie było chyba srebra, lecz gdyby je znalazł, na pewno potrafiłby wykorzystać.
Przez cały pierwszy dzień pozostał na brzegu. Nie zwracał uwagi na tych, którzy próbowali z nim rozmawiać. Uśmiechał się tylko. W przeciwieństwie do większości poznanych dotychczas, tutejsi ludzie nie przejawiali wrogości. Słońce płynęło nad wschodnim pasmem gór, na pozór właśnie wynurzając się zza szczytów. Płonąca kula przesuwała się nad doliną niżej niż kiedykolwiek udało mu się zaobserwować, z wyjątkiem krótkiego okresu pobytu wśród Titanthropów o groteskowych nosach. Na pewien czas słońce zalało ziemię światłem i ciepłem, by zaraz rozpocząć swą wędrówkę nad zachodnimi górami. Dolina pogrążyła się w cieniu. Znowu zrobiło się chłodniej niż w jakimkolwiek innym miejscu, które poznał, z wyjątkiem tamtego pierwszego skoku. Słońce przesuwało się ciągle, aż powróciło do miejsca, gdzie zobaczył je Burton gdy pierwszy raz otworzył oczy.
Szczęśliwy, choć zmęczony dwudziestoczterogodzinnym czuwaniem ruszył, by poszukać sobie kwatery. Wiedział już, że trafił na tereny arktyczne, choć nie w miejsce tuż poniżej źródeł. Tym razem znalazł się na drugim końcu, u ujścia.
Odwracając się usłyszał głos, z pewnością znajomy, choć nie potrafił go rozpoznać (tak wiele ich już słyszał).
— John Collop!
— Abdul ibn Harun! A mówią, że nie ma cudów! Co się z tobą działo od czasu, kiedy się widzieliśmy?