Lot nad kukułczym gniazdem
- Автор: Кизи Кен
- Язык: польский
- Жанр: Современная русская и зарубежная проза
Электронная книга - «Lot nad kukułczym gniazdem». Краткое содержание книги:
Książka Keseya wstrząsnęła opinią amerykańską, a przybyły w tym czasie do USA, zrewoltowany przeciw władzy komunistycznej czeski reżyser Milosz Forman nakręcił na jej podstawie film ze słynną kreacją Jacka Nicholsona. Film ten przydał sławy powieści (podobnie jak jej adaptacja teatralna), uwypuklając metaforyczną, antytotalitarną wymowę. W krajach ówczesnego bloku sowieckiego przyjęto go szczególnie żywo, jako czytelną aluzję do sowieckich psychuszek, w których osadzano i prześladowano opozycjonistów.
McMurphy nawet się nie uśmiecha.
– Nie wiem, stary. Chyba tylko twarze… same twarze.
Nazajutrz rano w gabinecie hydroterapii Martini staje za konsolą i zaczyna udawać pilota odrzutowca. Pokerzyści przerywają grę, żeby pośmiać się z jego wygłupów.
– liiiiiaahHUUuumrrrr. Ziemia wzywa pilota, ziemia wzywa pilota; zlokalizowano nieznany obiekt, czterdzieści szesnaście na sto; prawdopodobnie pocisk nieprzyjacielski. Zbadać natychmiast! liiahhUUUmmmm.
Martini przekręca gałkę, przerzuca dźwignię i pochyla się, kiedy samolot wchodzi w zakręt. Przesuwa do oporu pałąk z boku konsoli, ale choć igła na tarczy wychyla się do końca, z kranów umieszczonych wewnątrz wyłożonej kaflami budki stojącej po drugiej stronie gabinetu nie tryska woda. Urządzenie nie jest podłączone do sieci, bo hydroterapia dawno wyszła z mody. Fabrycznie nowy chromowany sprzęt i stalowa konsola nigdy nie były w użyciu. Gdyby nie warstwa lśniącego chromu, urządzenie wyglądałoby zupełnie tak samo jak to, którym posługiwano się w starym szpitalu przed piętnastu laty: budka z kranami mogącymi pod dowolnym kątem polewać pacjenta strumieniami wody, a naprzeciw niej konsola, za którą stał technik w gumowym fartuchu i manipulował pokrętłami, ustalając, gdzie skierować strumień, jakiej mocy i jakiej temperatury – początkowo na przykład łagodny i kojący, potem nagle ostry jak igła – pacjent wisiał bezwładnie w płóciennych szelkach między wylotami kranów, cały mokry, ze skórą pomarszczoną od wody, a technik cieszył się swoją zabawką.
– liiaauuu Uuummm… Pilot do wieży, pilot do wieży; pocisk w polu widzenia, biorę go na celownik…
Martini pochyla się nad konsolą i celuje w budkę. Przymyka jedno oko, mierząc w sam jej środek.
– Gotuj broń, cel, p…
Nagle odrywa ręce od konsoli, prostuje się tak szybko, że włosy stają mu dęba, i wybałuszając oczy, wpatruje się z przerażeniem w budkę. Gracze obracają się na krzesłach i spoglądają tam gdzie on, widzą jednak tylko metalowe sprzączki kołyszące się na sztywnych, nowych parcianych szelkach między wylotami kranów.
Martini odwraca się i patrzy prosto na McMurphy’ego. Tylko na niego.
– Widzisz ich? Widzisz?
– Gdzie, Mart? Nikogo nie widzę.
– W tych szelkach. Nie widzisz?
McMurphy uważnie przygląda się budce.
– Nie. Absolutnie nic.
– Zaczekaj. Chcą, żebyś ich zobaczył – nalega Martini.
– Cholera, Martini, mówię ci, że nic nie widzę! Rozumiesz? Absolutnie nic!
– Ha! – woła Martini i kiwa głową. – Ja też nic nie widzę. Tylko żartowałem.
McMurphy dzieli talię na dwie części i z głośnym szelestem tasuje karty.
– Hm… Nie lubię takich żartów, Mart. – Znów dzieli karty, żeby je przetasować, ale nagle rozsypują się na wszystkie strony, jakby talia wybuchnęła z siłą bomby w jego drżących dłoniach.
Pamiętam, że w piątek w trzy tygodnie po głosowaniu nad zmianą godzin oglądania telewizji zapędzono tych z nas, którzy ruszali się o własnych siłach, do głównego budynku na – jak nam usiłowali wmówić – kontrolne prześwietlenia klatki piersiowej, choć ja wiedziałem, iż właśnie w ten sposób sprawdzają, czy wszystkie wmontowane nam instalacje funkcjonują należycie.
Siedzimy obok siebie na długiej ławce w korytarzu przy drzwiach z napisem RENTGEN. Za następnymi drzwiami urzęduje laryngolog, który w zimie ogląda nam gardła. Po przeciwnej stronie korytarza stoi druga ławka; za nią są stalowe drzwi. Te z rzędami nitów. I bez numeru. Drzemią na niej dwaj faceci pilnowani przez dwóch czarnych, a trzeci przechodzi właśnie zabieg – słyszę, jak krzyczy. Nagle drzwi otwierają się z chrzęstem do wewnątrz – widzę migoczące w środku lampy – i sanitariusze wywożą na wózku wciąż jeszcze dymiącego nieszczęśnika. Z całej siły chwytam się rękami ławki, żeby mnie nie wessało do gabinetu elektrowstrząsów. Dwóch sanitariuszy, czarny i biały, podnosi na nogi jednego z czekających na ławce; zatacza się otumaniony przez leki – idący do wstrząsówki zawsze dostają czerwone kapsułki – i leci im przez ręce. Wpychają go do gabinetu, a tam już technicy biorą go pod pachy. Widzę go jeszcze przez ułamek sekundy, akurat kiedy facet zdaje sobie sprawę, gdzie trafił, i zapiera się nogami o betonową posadzkę, żeby nie dać się zaciągnąć na stół zabiegowy – a potem drzwi obite z drugiej strony skórą uderzają z sykiem o stalową ramę, zatrzaskują się i nic więcej nie widzę.
– Ty, co się tam dzieje? – pyta McMurphy Hardinga.
– Tam? Ach, prawda. Nie miałeś tej przyjemności. Szkoda. Każdy człowiek powinien tego doświadczyć. – Harding zakłada ręce na kark i odchyla się na ławce, wpatrując się w drzwi. -To wstrząsówka, przyjacielu, o której ci kiedyś opowiadałem, gabinet terapii elektrowstrząsowej. Szczęśliwcy, którzy tam trafiają, odbywają darmowy lot na Księżyc. No, może niezupełnie darmowy. Płacą szarymi komórkami. Mają ich jednak miliardy, więc spokojnie mogą sobie na to pozwolić.
Marszczy brwi i spogląda na samotnego pacjenta czekającego na ławce.
– Mało dziś klientów, nie to co przed laty! Ale c’est la vie, moda szybko się zmienia. Jesteśmy, niestety, świadkami zmierzchu elektrowstrząsów. Nasza kochana oddziałowa jest jedną z niewielu osób gotowych bronić tej chwalebnej tradycji leczenia wyrzutków społeczeństwa przez palenie mózgów. Płoną raźniej niż Faulknerowska stodoła.
Drzwi się otwierają. Wylatuje z nich nie pchane przez nikogo łóżko – bierze na dwóch rolkach zakręt i dymiąc znika nam z oczu. McMurphy patrzy, jak sanitariusze wprowadzają do środka ostatniego pacjenta i zamykają za nim drzwi.
– Chcesz powiedzieć – mówi i nasłuchuje przez moment – że biorą tam faceta i puszczają mu prąd przez czaszkę?
– Trafnie ujęte.
– Po jakie licho?
– Dla jego dobra, oczywiście. To wszystko robi się dla dobra pacjentów. Przebywając wyłącznie na naszym oddziale, można odnieść wrażenie, że szpital to ogromny, precyzyjny mechanizm, który funkcjonowałby bez zarzutu, gdyby usunięto z niego pacjentów; prawda jednak wygląda inaczej. Elektrowstrząsy też nie są zamierzone jako środek represyjny – choć tak właśnie posługuje się nimi nasza oddziałowa – i zwykle personel nie stosuje ich z pobudek wyłącznie sadystycznych. Pewna liczba pacjentów uznanych za nieuleczalnie chorych odzyskała zmysły właśnie dzięki elektrowstrząsom; lobotomia też pomogła niejednemu. Kuracja wstrząsowa ma swoje zalety: jest tania, szybka i zupełnie bezbolesna. Wywołuje po prostu napad padaczkowy.
– Co za życie! – biadoli Sefelt. – Jednym dają prochy, żeby nie mieli napadów, a innym elektrowstrząsy, żeby je wywołać!
Harding nachyla się do McMurphy’ego.
– Opowiem ci, jak się to wszystko zaczęło: dwaj psychiatrzy zwiedzający rzeźnię – Bóg wie, z jakich zboczonych powodów – przyglądali się rzeźnikowi, który zabijał bydło, waląc je młotem między oczy. Zobaczyli, że nie wszystkie sztuki umierają od razu, niektóre najpierw padają na ziemię w drgawkach podobnych do skurczy występujących przy napadzie epileptycznym. “To jest to! – krzyknął pierwszy psychiatra. – Tego właśnie trzeba naszym pacjentom, sztucznie wywołanych napadów!” Drugi się oczywiście zgodził. Było rzeczą ogólnie wiadomą, że przez pewien czas po napadzie chorzy są znacznie spokojniejsi, bardziej łagodni i nawet z furiatami, z którymi normalnie nie ma żadnego kontaktu, można swobodnie prowadzić rozmowę. Nikt nie wiedział, dlaczego tak się dzieje, i dotąd nikt nie wie. Ale jasne było, że wywoływanie napadów u nieepileptyków może dać doskonałe wyniki. Tu zaś psychiatrzy mieli przed sobą człowieka, który bez trudu wywoływał bombowe napady.