Бесплатная библиотека
Читайте книгу на сайте или телефоне

Электронная книга - «Lot nad kukułczym gniazdem». Краткое содержание книги:

Lot nad kukułczym gniazdem to jedna z najgłośniejszych i najszerzej w świecie znanych powieści amerykańskich drugiej połowy XX wieku. Ukazuje brutalne dławienie indywidualności na przykładzie zamkniętego zakładu psychiatrycznego, w którym pacjentów odziera się z resztek wolności i godności osobistej. Powieść stanowi wnikliwą analizę psychologiczną szaleństwa zbiorowości.
Książka Keseya wstrząsnęła opinią amerykańską, a przybyły w tym czasie do USA, zrewoltowany przeciw władzy komunistycznej czeski reżyser Milosz Forman nakręcił na jej podstawie film ze słynną kreacją Jacka Nicholsona. Film ten przydał sławy powieści (podobnie jak jej adaptacja teatralna), uwypuklając metaforyczną, antytotalitarną wymowę. W krajach ówczesnego bloku sowieckiego przyjęto go szczególnie żywo, jako czytelną aluzję do sowieckich psychuszek, w których osadzano i prześladowano opozycjonistów.
1 ... 38 39 40 41 42 43 44 45 46 ... 79
Перейти на страницу:

– Zostawcie go – powiedział, obmywając się dokładnie. – Może nie lubi głębokiej wody.

Wiedziałem, co się święci. Nazajutrz McMurphy zadziwił cały oddział; wstał wcześnie i wyszorował toaletę, aż lśniła, po czym, gdy tylko czarni polecili mu umyć korytarz, od razu zabrał się do roboty. Zadziwił wszystkich oprócz Wielkiej Oddziałowej; ona jedna zachowywała się tak, jakby nie zdarzyło się nic nadzwyczajnego.

A tego samego dnia po południu, kiedy Cheswick oświadczył na zebraniu, że zdaniem wszystkich należy raz na zawsze wyjaśnić sprawę papierosów – “Nie jestem małym dzieckiem, żeby chowano przede mną papierosy jak herbatniki! Uważamy, że trzeba coś z tym zrobić, prawda, Mack?” – i czekał, aż rudzielec go poprze, odpowiedziało mu tylko głuche milczenie.

Spojrzał na siedzącego w kącie McMurphy’ego. Wszyscy na niego spojrzeli. Rudzielec wpatrywał się w talię kart, która to jawiła się, to nikła mu w dłoni. Nawet nie podniósł wzroku. Było niesamowicie cicho; słyszałem jedynie szelest zatłuszczonych kart i ciężki oddech Cheswicka.

– Trzeba coś zrobić! – krzyknął znów Cheswick. – Nie jestem dzieckiem!

Tupnął nogą i rozejrzał się dookoła, jakby nie wiedział, co począć, i miał się zaraz rozpłakać. Zacisnął obie pięści i przyłożył je do okrągłej, pulchnej piersi. Na tle zielonego ubrania wyglądały jak małe różowe piłeczki; Cheswick zaciskał je tak mocno, że cały dygotał.

Był niski, gruby, z tyłu głowy miał różową łysinę wielkości dolara i nigdy nie sprawiał wrażenia dużego mężczyzny, ale stojąc samotnie pośrodku świetlicy wydawał się wręcz maleńki. Patrzył na McMurphy’ego, a ponieważ ten go ignorował, zaczął się rozglądać po innych Okresowych, szukając u nich pomocy. Wszyscy po kolei odwracali wzrok i odmawiali mu poparcia; na twarzy Cheswicka malowało się coraz większe przerażenie. Wreszcie zatrzymał oczy na Wielkiej Oddziałowej i znów tupnął nogą.

– Trzeba coś zrobić! Słyszycie? Trzeba coś zrobić! Trzeba! Trzeba! Trze…

Dwaj rośli czarni otoczyli go od tyłu ramionami, a najniższy okręcił paskiem. Cheswick zwisł bezwładnie jak przedziurawiona piłka, a wtedy dwaj czarni zaczęli go ciągnąć na piętro do furiatów; słychać było głuche dudnienie, z jakim odbijał się od schodów. Kiedy sanitariusze wrócili do świetlicy i zajęli swoje miejsca, Wielka Oddziałowa popatrzyła na siedzących naprzeciw niej Okresowych. Od chwili wyprowadzenia Cheswicka nie padło ani jedno słowo.

– Czy może jeszcze ktoś chciałby zabrać głos w sprawie racjonowania papierosów? – spytała.

Spojrzałem na rząd załamanych twarzy pod przeciwległą ścianą, a następnie na McMurphy’ego, który wciąż siedział w rogu świetlicy i ze skupieniem ćwiczył przekładanie kart… Wtem białe jarzeniówki na suficie znów zaczęły pompować lodowate światło… czuję je, promienie dochodzą mi do brzucha, mrożą wnętrzności…

Choć McMurphy przestał się za nami wstawiać, niektórzy Okresowi gadają, że nadal chce przechytrzyć Wielką Oddziałową; dowiedział się, że zamierza posłać go do furiatów, i postanowił uspokoić się na pewien czas, aby jej nie dać pretekstu. Inni mówią, że chce uśpić jej czujność, a potem nagle wyciąć jakiś nowy numer, bardziej szalony i zmyślny od wszystkich dotychczasowych. Ciągle zastanawiają się i dyskutują tylko o tym.

Ale ja wiem, dlaczego McMurphy się zmienił. Słyszałem jego rozmowę z ratownikiem. Po prostu stał się przebiegły. Tak samo jak tata, kiedy w końcu zrozumiał, że nie wygra z mieszkańcami The Dalles, którzy chcieli, żeby rząd postawił tamę, bo oznaczało to pieniądze, pracę i likwidację naszej wioski: niech ci parszywi Indianie biorą dwieście tysięcy dolarów, które rząd im daje, i wynoszą się w cholerę! Tata słusznie zrobił, podpisując akt sprzedaży; nic by nie zyskał, gdyby się im stawiał. Rząd i tak prędzej czy później zabrałby nam ziemię, a tym sposobem plemię dostało przynajmniej niezły kawał forsy. Tata mądrze postąpił. Teraz McMurphy również postępował mądrze. Rozumiałem go. Ustąpił nie z powodów, które wymyślali Okresowi, ale ponieważ było to najmądrzejsze, co mógł zrobić. Wiedziałem o tym, choć sam tego nie mówił, i powtarzałem sobie, że postępuje mądrze. Powtarzałem sobie w kółko, że rozwiązanie, które wybrał, jest bezpieczne. Jak chowanie się we mgle. Postępuje rozsądnie; każdy musi się z tym zgodzić. Wiem, co robi.

A potem pewnego ranka wiedzą to również wszyscy Okresowi, rozumieją, dlaczego ugiął się przed Wielką Oddziałową, i pojmują, że dopatrując się innych przyczyn, chcieli sami siebie oszukać. McMurphy nic im nie mówił o rozmowie z ratownikiem, ale oni i tak wiedzą. Moim zdaniem oddziałowa musiała przetransmitować w nocy tę wieść przewodami w podłodze, bo nagle po przebudzeniu pacjenci wiedzą o wszystkim. Widzę to po spojrzeniach, którymi obrzucają McMurphy’ego, kiedy wchodzi rano do świetlicy. Nie patrzą na niego, jakby byli źli czy jakby zawiedli się na nim, gdyż rozumieją nie gorzej ode mnie, że jedynie słuchając Wielkiej Oddziałowej może się doczekać zwolnienia ze szpitala; niemniej ich spojrzenia mówią wyraźnie, że wiele by dali, by sprawy potoczyły się inaczej.

Nawet Cheswick rozumiał McMurphy’ego i nie miał do niego żalu o to, że go nie poparł i nie zrobił awantury o racjonowanie papierosów. Cheswick wrócił z oddziału dla furiatów po tym, jak siostra Ratched nadała do wszystkich łóżek swój komunikat, i powiedział McMurphy’emu, iż nie dziwi się, że właśnie tak postąpił, było to naprawdę najmądrzejsze, co mógł zrobić, i gdyby sam pamiętał o tym, że Mack jest na przymusowym leczeniu, nigdy by go nie stawiał w podobnie kłopotliwej sytuacji. Powiedział to McMurphy’emu w drodze na basen. A gdy doszliśmy na miejsce, dodał, że jednak żałuje, iż nikt wtedy nic nie zrobił, i skoczył do wody. I tak mocno zacisnął palce na okratowaniu rury odpływowej na dnie, że ani rosły ratownik, ani McMurphy, ani dwaj czarni nie mogli go oderwać, a nim przynieśli śrubokręt, odkręcili kratę i wyciągnęli Cheswicka na brzeg – wciąż wczepionego w nią zsiniałymi, pulchnymi palcami – on już nie żył.

Stojąc w kolejce po obiad widzę, jak gdzieś przede mną wylatuje w powietrze taca – zielona, plastykowa chmura kropiąca mlekiem, groszkiem i zupą jarzynową. Sefelt wyskakuje na jednej nodze z szeregu pacjentów i z rękami wysoko w powietrzu, wygięty w sztywny łuk, pada do tyłu tuż przy mnie, błyskając wywróconymi białkami. Wali głową w posadzkę z głuchym trzaskiem, jakby ktoś uderzył pod wodą kamieniem o kamień, i leży na niej wyprężony w pałąk niby dygocący, rozedrgany most. Fredrickson i Scanlon rzucają mu się na pomoc, ale duży czarny odpycha ich, wyciąga z tylnej kieszeni spodni płaski patyk owinięty poplamionym na brązowo plastrem, siłą rozwiera Sefeltowi usta i wpycha mu patyk między zęby. Słyszę, jak patyk pęka, kiedy Sefelt zaciska szczęki. Sam czuję na języku smak drewna. Drgawki Sefelta stają się rzadsze, ale za to przybierają na sile; potężne skurcze podnoszą go do góry wygiętego w łuk, żeby po chwili znów go rozpłaszczyć na posadzce – unosi się i opada, coraz wolniej i wolniej, aż wreszcie, kiedy staje nad nim Wielka Oddziałowa, rozpływa się u jej stóp niczym szara kałuża.

Oddziałowa składa dłonie na brzuchu, jakby trzymała w nich świecę, i przypatruje się mazi wyciekającej z nogawek, kołnierza i rękawów szpitalnej odzieży.

– Pan Sefelt? – pyta czarnego.

– Tak. Uhm! – Czarny ciągnie patyk, usiłując go odzyskać. – Pan Sefelt.

– No proszę, a twierdził, że nie potrzebuje brać leków! – Oddziałowa kiwa głową i cofa się o krok, żeby maź na posadzce nie poplamiła jej białych butów. Podnosi wzrok i spogląda po Okresowych, którzy przypatrują się Sefeltowi otoczywszy go kołem. Znów kiwa głową i powtarza: -…nie potrzebuję brać leków!

1 ... 38 39 40 41 42 43 44 45 46 ... 79
Перейти на страницу:
0
Сюжет
  • 1
  • 2
  • 3
  • 4
  • 5
  • 6
  • 7
  • 8
  • 9
  • 10
0
Атмосфера
  • 1
  • 2
  • 3
  • 4
  • 5
  • 6
  • 7
  • 8
  • 9
  • 10
0
Главный герой
  • 1
  • 2
  • 3
  • 4
  • 5
  • 6
  • 7
  • 8
  • 9
  • 10
0
Общее впечатление
  • 1
  • 2
  • 3
  • 4
  • 5
  • 6
  • 7
  • 8
  • 9
  • 10
Итоговая оценка: 0.0 из 10 (голосов: 0 / История оценок)