Lot nad kukułczym gniazdem
- Автор: Кизи Кен
- Язык: польский
- Жанр: Современная русская и зарубежная проза
Электронная книга - «Lot nad kukułczym gniazdem». Краткое содержание книги:
Książka Keseya wstrząsnęła opinią amerykańską, a przybyły w tym czasie do USA, zrewoltowany przeciw władzy komunistycznej czeski reżyser Milosz Forman nakręcił na jej podstawie film ze słynną kreacją Jacka Nicholsona. Film ten przydał sławy powieści (podobnie jak jej adaptacja teatralna), uwypuklając metaforyczną, antytotalitarną wymowę. W krajach ówczesnego bloku sowieckiego przyjęto go szczególnie żywo, jako czytelną aluzję do sowieckich psychuszek, w których osadzano i prześladowano opozycjonistów.
Słyszę, że ktoś wchodzi do biblioteki: to czarny z naszego oddziału i żona Hardinga. Rozmawiają i uśmiechają się do siebie.
– Hej, panie Dale! – woła czarny do Hardinga czytającego książkę. – Spójrz pan tylko, kto przyszedł! Mówiłem jej, że to nie pora odwiedzin, ale tak ładnie prosiła, że nie mogłem odmówić. – Pozostawia ją przed Hardingiem i wraca do drzwi, szepcząc do niej zagadkowo: – Tylko nie zapomnij, słyszysz?
Żona Hardinga posyła czarnemu całusa, po czym – kołysząc biodrami – odwraca się do męża.
– Cześć, Dale.
– Cześć, kochanie – odpowiada Harding, ale nie podchodzi do żony. Ogląda się tylko na obserwujących ich Okresowych.
Żona Hardinga dorównuje mu wzrostem. Ma buty na wysokich obcasach i czarną torebkę, której nie trzyma za pasek, lecz tak, jak trzyma się książkę. Na tle lakierowanej czarnej skóry pomalowane paznokcie wyglądają jak krople krwi.
– Hej, Mack! – woła Harding do McMurphy’ego, który siedzi w drugim końcu biblioteki i przegląda komiks. – Jeśli zechcesz przerwać na chwilę ową pasjonującą lekturę, przedstawię cię mojej małżonce i mojej Nemezis; nie zawahałbym się nawet przed określeniem jej jako mojej lepszej połowy, gdyby nie to, że ten banalny zwrot zakłada równy podział, prawda?
Uśmiecha się z przymusem i wsuwa do kieszeni koszuli dwa smukłe palce barwy kości słoniowej, żeby wziąć papierosa; manipulują przez moment przy paczce i wyciągają ostatniego. Papieros drży, kiedy Harding wkłada go do ust. Dotychczas ani on, ani jego żona nie zrobili kroku w swoją stronę.
McMurphy wstaje ciężko z fotela i podchodzi do nich, ściągając cyklistówkę. Kobieta spogląda na niego i z uśmiechem podnosi jedną brew.
– Dzień dobry pani – mówi McMurphy.
Żona Hardinga uśmiecha się jeszcze szerzej i oznajmia:
– Nie znoszę, jak ktoś mi mówi per pani, Mack. Mów mi Vera, dobrze?
Siadają w trójkę na kanapie, którą przedtem zajmował Harding, po czym Harding zaczyna opowiadać żonie o McMurphym i o tym, jak rudzielcowi udało się wyprowadzić z równowagi oddziałową, Vera zaś uśmiecha się i oświadcza, że wcale jej to nie dziwi. Przejęty opowieścią Harding zapomina o swoich rękach, które zaczynają kreślić w powietrzu to, o czym mówi, tańcząc w takt jego głosu niczym dwie piękne baletnice odziane na biało. Ręce Hardinga potrafią czynić cuda. Ale gdy historia dobiega końca, on zaś spostrzega, że McMurphy i Vera obserwują jego dłonie, wciska je między kolana. Śmieje się przy tym z zakłopotaniem, a wtedy żona mówi do niego:
– Kiedy się wreszcie nauczysz śmiać, Dale, zamiast piszczeć jak mysz?
McMurphy podobnie się wyraził o śmiechu Hardinga pierwszego dnia swojego pobytu w szpitalu, ale było to trochę co innego, i o ile słowa McMurphy’ego uspokoiły Hardinga, o tyle słowa żony denerwują go jeszcze bardziej.
Vera prosi o papierosa, więc Harding znów sięga do kieszeni; paczka jest jednak pusta.
– Racjonują nam papierosy po paczce dziennie – mówi, wysuwając do przodu chude ramiona, jakby chciał ukryć wypalonego do połowy papierosa, którego trzyma w ręce. – W tej sytuacji, najdroższa, trudno być rycerskim wobec dam.
– Och, Dale, zawsze ci mało, co?
Harding spogląda na nią i uśmiecha się, a w oczach zapalają mu się gorączkowe, figlarne ogniki.
– Czy to miała być aluzja, czy też nadal rozmawiamy tylko o papierosach? Zresztą wszystko jedno; zapewne i tak znasz odpowiedź na swoje pytanie, bez względu na to, co sobie imaginowałaś.
– Niczego sobie nie imarginowałam, Dale…
– Nic sobie nie imaginowałaś, najdroższa. Słownictwo Very, McMurphy, jest niemal tak ograniczone jak twoje. Posłuchaj, kochanie; mówi się imaginacja, imagizm…
– Dość! Wystarczy! Rozum to sobie, jak chcesz. Zawsze ci mało. Imarginowałam sobie wszystko!
– Imaginowałaś sobie, mój geniuszku.
Vera przez sekundę wpatruje się w niego gniewnie, po czym odwraca się do McMurphy’ego.
– A ty, Mack? Chyba poczęstowanie kobiety papierosem nie jest zadaniem ponad twoje siły?
McMurphy trzyma paczkę na kolanach. Spogląda na nią, jakby wolał, żeby jej nie było, i mówi:
– Pewnie, zawsze mam szlugi. Palę cudze, kiedy tylko mogę, i dlatego paczka starcza mi na dłużej niż Hardingowi. On pali tylko własne. Przez to szybciej mu się…
– Nie usprawiedliwiaj mnie, przyjacielu. Do ciebie to nie pasuje, a mnie nie pomoże.
– Słusznie – wtrąca kobieta. – Lepiej zapal mi papierosa.
I pochyla się nad zapałką tak nisko, że z drugiego końca biblioteki mogę zajrzeć jej w dekolt.
Potem wspomina o przyjaciołach Hardinga, mówiąc, że pragnie, by przestali ją nachodzić i pytać o niego.
– Wiesz, jakie to typki, Mack? Lalusiowaci chłopcy ze starannie ufryzowanymi, ładnymi, długimi włosami i wiotkimi dłońmi, którymi tak ślicznie wymachują w powietrzu.
Harding dopytuje się, czy jego przyjaciele rzeczywiście wpadają tylko dlatego, że chcą się z nim zobaczyć, na co Vera odpowiada, że faceci, którzy przychodzą do niej, potrafią wymachiwać czymś więcej niż wiotkimi dłońmi.
Nagle wstaje i oświadcza, że musi już iść. Podaje rękę McMurphy’emu, mówiąc, że ma nadzieję jeszcze się z nim zobaczyć, i wychodzi z biblioteki. McMurphy nie odzywa się słowem. Słysząc stukot obcasów, wszyscy podnoszą oczy i obserwują Verę, gdy idzie korytarzem, dopóki nie zniknie za rogiem.
– Co o niej myślisz? – pyta Harding.
McMurphy raptownie podrywa głowę.
– Ale ma bufory! – To jedyne, co mu przychodzi na myśl. – Nie gorsze niż stara Ratched.
– Nie chodzi mi o jej wygląd, przyjacielu, lecz…
– Do diabła, Harding! – woła nagle McMurphy. – Nie wiem, co mam myśleć! Czego ode mnie chcesz? Nie jestem poradnią matrymonialną. Wiem tylko, że choć wszyscy mają swoje braki, nic im nie sprawia takiej frajdy jak wyśmiewanie i poniżanie innych. Mam ci współczuć, powiedzieć, że ożeniłeś się z wredną suką. A przecież ona też nie czuła się jak królowa, kiedy jej docinałeś! Mam gdzieś ciebie i twoje “co myślisz?” Mam dość własnych zmartwień i nie zamierzam brać twoich na kark! Odpieprz się! – Rozgląda się po sali, mierząc gniewnym wzrokiem Okresowych. – To się tyczy was wszystkich! Odpieprzcie się, do cholery, przestańcie się mnie wreszcie czepiać!
Wsadza czapkę na głowę, przechodzi przez bibliotekę i znów bierze komiks. Okresowi spoglądają po sobie z otwartymi ustami. O co się na nich wścieka? Przecież nikt się go nie czepia. Odkąd się dowiedzieli, że musi słuchać oddziałowej, aby uzyskać zwolnienie, nikt go nawet o nic nie prosił. Dziwią się, że tak się wkurzył na Hardinga, i nie mogą pojąć, dlaczego złapał z furią komiks i wetknął nos w kartki, jakby nie chciał, żeby ktokolwiek go widział, lub sam nie chciał patrzeć na nikogo.
Wieczorem przy kolacji przeprasza Hardinga; mówi, że nie wie, co go napadło. Harding oświadcza, że to na pewno wina jego żony; często działa tak na ludzi. McMurphy siedzi ze wzrokiem utkwionym w filiżance.
– Nie wiem, stary. Do licha, poznałem ją dopiero dziś po południu, a już od tygodnia męczą mnie po nocach zmory.
– Ojej, panie McMurphy! – woła Harding, naśladując małego stażystę, który przychodzi na zebrania. – Musi mi pan o nich koniecznie opowiedzieć. Chwileczkę, wezmę tylko notes i ołówek. – Błaznuje, żeby rozładować napięcie wywołane przeprosinami McMurphy’ego. Bierze serwetkę, łyżkę i udaje, że szykuje się do notowania. – Słucham. Co dokładnie widzi pan w tych… snach?