Lot nad kukułczym gniazdem
- Автор: Кизи Кен
- Язык: польский
- Жанр: Современная русская и зарубежная проза
Электронная книга - «Lot nad kukułczym gniazdem». Краткое содержание книги:
Książka Keseya wstrząsnęła opinią amerykańską, a przybyły w tym czasie do USA, zrewoltowany przeciw władzy komunistycznej czeski reżyser Milosz Forman nakręcił na jej podstawie film ze słynną kreacją Jacka Nicholsona. Film ten przydał sławy powieści (podobnie jak jej adaptacja teatralna), uwypuklając metaforyczną, antytotalitarną wymowę. W krajach ówczesnego bloku sowieckiego przyjęto go szczególnie żywo, jako czytelną aluzję do sowieckich psychuszek, w których osadzano i prześladowano opozycjonistów.
Uśmiecha się cierpliwie, ze współczuciem, a zarazem obrzydzeniem – pewnie długo pracowała nad tą miną.
McMurphy pierwszy raz jest świadkiem podobnego zdarzenia.
– Co mu się stało? – pyta.
Oddziałowa wciąż wpatruje się w kałużę; odpowiada McMurphy’emu, nie podnosząc oczu.
– Pan Sefelt jest epileptykiem, panie McMurphy. To znaczy, że jeśli nie będzie się stosował do zaleceń lekarskich, może w każdej chwili mieć napad. Ale pan Sefelt woli się kierować własnym rozumem. Ostrzegaliśmy go, że to się właśnie tak skończy, jeśli nie będzie brał leków. Ale na upór nie ma lekarstwa.
Fredrickson z gniewnie najeżonymi brwiami robi krok do przodu. Jest to żylasty, bezkrwisty blondyn z jasnymi, krzaczastymi brwiami i końską szczęką, który czasami lubi się stawiać podobnie jak Cheswick – wścieka się, wrzeszczy, ruga pielęgniarki i odgraża się, że pójdzie precz z tego parszywego szpitala. Pielęgniarki pozwalają mu krzyczeć i wymachiwać pięścią, a kiedy się uspokoi, mówią: “W porządku, panie Fredrickson, zaraz wypiszemy zwolnienie”, po czym zakładają się między sobą, ile czasu upłynie, zanim z miną winowajcy zastuka do dyżurki i będzie je prosił, żeby się nie gniewały, puściły w niepamięć bzdury, które wygadywał ze zdenerwowania, i schowały na razie formularz z powrotem do szuflady, dobrze?
Teraz podchodzi do oddziałowej, wygrażając jej pięścią.
– A więc to tak, co? To tak? Będzie się siostra znęcać nad biedakiem, jakby miał atak jej na złość?
Oddziałowa pocieszycielskim gestem kładzie mu rękę na ramieniu i Fredrickson natychmiast opuszcza pięść.
– Nie przejmuj się, Bruce. Twojemu przyjacielowi nic nie będzie. Zapewne nie łykał dilantiny. Nie mam pojęcia, co robi z pastylkami.
Wie równie dobrze jak my; Sefelt chowa pastylki pod język, a potem oddaje Fredricksonowi. Nie chce ich brać, bo twierdzi, że mają wręcz katastrofalne działanie uboczne, natomiast Fredrickson – panicznie bojący się ataków – chętnie łyka podwójną dawkę. Oddziałowa doskonale zdaje sobie z tego sprawę, przebija to nawet z jej tonu, ale patrząc na nią, gdy tak stoi z dobrotliwym, współczującym uśmiechem na ustach, nikt by się nie domyślił, jak świetnie jest zorientowana w sytuacji.
– Taaak – mówi Fredrickson, ale już nie potrafi wzniecić w sobie gniewu. – Tylko że siostra wszystko upraszcza. Decyzja, czy brać leki, czy nie, wcale nie jest łatwa. Siostra wie, jak Sefelt martwi się o swój wygląd, powtarza, że nie podoba się kobietom, i wini dilantinę…
– Wiem – odpowiada oddziałowa i znów dotyka jego ramienia. – Wini lek za to, że wypadają mu włosy. Biedny starowina…
– Wcale nie jest stary!
– Wiem, Bruce. Dlaczego się denerwujesz? Nie mogę zrozumieć, co was takiego łączy, że go ciągle bronisz?
– Ech, do licha! – woła Fredrickson i wpycha pięści do kieszeni.
Oddziałowa schyla się, wyciera kawałek posadzki, klęka na jednym kolanie i zaczyna ugniatać Sefelta jak ciasto, by nadać mu ludzki kształt. Mówi czarnemu, że ma pozostać przy biednym starowinie, a ona pójdzie sprowadzić dla niego wózek; niech zawiozą Sefelta do sypialni i pozwolą mu spać przez resztę dnia. Prostując się, znów klepie Fredricksona po ramieniu, na co ten mruczy:
– Ja przecież też muszę brać dilantinę. Stąd wiem, jak Sefeltowi ciężko się zdecydować. Dlatego właśnie… Ech, do licha…
– Rozumiem, Bruce, że obu wam nie jest łatwo, ale chyba już wszystko jest lepsze niż to!
Fredrickson patrzy w kierunku wskazanym przez oddziałową. Sefelt po części wrócił już do siebie; jego klatka piersiowa unosi się i opada, gdy epileptyk parskając śliną wciąga z charkotem powietrze. Na głowie, tam gdzie uderzył nią o posadzkę, wyrósł guz wielkości kurzego jaja, a choć patyk sterczący mu z ust nadal otacza czerwona piana, jego oczy obracają się powoli i białka ustępują miejsca źrenicom. Sefelt to zaciska kurczowo, to znów rozwiera palce rozkrzyżowanych rąk, podobnie jak pacjenci przywiązywani pasami do stołu zabiegowego we wstrząsówce, którym dym idzie z dłoni, gdy technicy włączają prąd. Sefelt i Fredrickson nigdy nie byli we wstrząsówce. Są tak zbudowani, że sami wytwarzają elektryczność i magazynują ją w kręgosłupie. Ilekroć podpadną oddziałowej, wystarczy, że wciśnie guzik na tablicy rozdzielczej w dyżurce – obaj bowiem są podłączeni pod zdalne sterowanie – a wtedy, choćby byli akurat w połowie pysznego świńskiego dowcipu, sztywnieją natychmiast, zupełnie jakby piorun trafił ich między nerki. Oddziałowa nie musi zadawać sobie trudu, żeby odsyłać ich na elektrowstrząsy.
Teraz szarpie Fredricksona za ramię, jakby go chciała wyrwać z drzemki, i mówi:
– Jeśli nawet przyjmiemy, że lek ma szkodliwe działanie uboczne, czy może być coś gorszego od tego?
Fredrickson wpatruje się w Sefelta i unosi jasne brwi, jakby dopiero teraz dotarło do niego, że i on tak wygląda przynajmniej raz w miesiącu. Oddziałowa uśmiecha się, klepie go po ramieniu i idzie w stronę drzwi, obrzucając gniewnym spojrzeniem pozostałych Okresowych, bo chce ich zawstydzić, że się tłoczą, by obejrzeć to nieprzyjemne zajście. Po jej wyjściu z jadalni Fredrickson otrząsa się i uśmiecha z przymusem.
– Sam nie wiem, czemu się zezłościłem na siostrę… Przecież nie zrobiła chyba nic takiego, co by usprawiedliwiało mój wybuch, prawda?
Nie oczekuje odpowiedzi; po prostu nagle zdał sobie sprawę, że nie pamięta przyczyny swojego wybuchu. Znów się otrząsa i wolno odsuwa od grupy. McMurphy podchodzi do niego i pyta cicho, jaki lek muszą brać on i Sefelt.
– Dilantinę. Jest to środek przeciwdrgawkowy, choć nie wiem, co ci do tego.
– Nie skutkuje czy co?
– Skutkuje, jeśli się go bierze.
– Więc o co wam idzie? Bierzcie go i koniec.
– Nic ci do tego, ale dobra! Pokażę ci, o co nam idzie!
Fredrickson podnosi rękę, chwyta palcami dolną wargę i odciąga ją w dół, ukazując poszarpane, bezkrwiste dziąsła i długie, lśniące zęby.
– Dziązła – wyjaśnia, nie puszczając wargi. – Od dilantiny niją dziązła. A podczas napadu łamiesz zęby, bo…
Z posadzki rozlega się trzask. Przenoszą wzrok na rzężącego, charczącego Sefelta, akurat gdy czarny wyciąga mu z ust owinięty plastrem patyk, a razem z nim dwa wyłamane zęby.
Scanlon bierze tacę i odłącza się od pozostałych, mrucząc:
– Pieskie życie. I tak źle, i tak niedobrze. Nie wiadomo, co począć.
– Wiem, co masz na myśli – mówi McMurphy, ale nie odrywa oczu od twarzy przychodzącego wolno do siebie Sefelta. Jego własna twarz ma teraz ten sam napięty, zaszczuty i zdumiony wyraz co ta na podłodze.
Zlikwidowali usterki i znów wszystko funkcjonuje prawidłowo; wróciły równe, precyzyjne ruchy marionetek. Szósta trzydzieści – pobudka; siódma – śniadanie, ósma – Chronicy dostają łamigłówki, Okresowi karty… za szybą dyżurki widzę białe dłonie Wielkiej Oddziałowej fruwające nad pokrętłami.
Czasem czarni zabierają mnie z Okresowymi, a czasem nie. Pewnego dnia biorą mnie z nimi do biblioteki; podchodzę do działu literatury technicznej i czytam tytuły podręczników elektroniki, z których korzystałem, studiując przez rok na wyższej uczelni – pamiętam, że wypełniają je schematy, równania i teorie: trwałe, pewne, bezpieczne.
Chcę obejrzeć jedną z książek, ale się boję. Boję się nawet poruszyć. Mam wrażenie, że unoszę się w żółtym, zakurzonym powietrzu biblioteki, mniej więcej w połowie drogi między podłogą a sufitem. Nade mną chwieją się półki ze stosami książek, biegnące szalonymi zygzakami po ścianach i ustawione do siebie pod wszelkimi możliwymi kątami. Ta przegina się na lewo, tamta na prawo. Niektóre są pochylone; nie wiem, dlaczego nie spadają z nich książki. Półki piętrzą się jedne na drugich i znikają gdzieś w górze; znajduję się w środku tej chwiejnej konstrukcji, podpartej drągami, wzmocnionej przez listwy i deski, podtrzymywanej przez drabinki. Bóg raczy wiedzieć, co by się stało, gdybym wyciągnął z półki książkę.