Бесплатная библиотека
Читайте книгу на сайте или телефоне
Angielski pacjent [The English Patient - pl] - Читать Любимую Русскую Полную Книгу 👉 Read-E-Book.com

Angielski pacjent [The English Patient - pl]

Электронная книга - «Angielski pacjent [The English Patient - pl]». Краткое содержание книги:

Utkana z niedomówień i nastrojów poetycka opowieść, która zaczyna się pod koniec drugiej wojny światowej, w zrujnowanym pałacu na południu Włoch. Kanadyjska pielęgniarka, Hana, opiekuje się bezimiennym pacjentem, którego płonący samolot rozbił się na Saharze. Ciężko poparzonego uratowali Beduini i przetransportowali do szpitala. Hana otacza go troskliwą opieką, czyta mu książkę, która może być kluczem do poznania jego przeszłości. Pamięć niezwykłego pacjenta stopniowo powraca i odkrywa jego mroczną tajemnicę. Hana towarzyszy mu w ostatnich dniach próbując zapomnieć o swoich bolesnych przeżyciach. Angielski pacjent jest historią miłości uwikłanej w okrucieństwa wojny, uczucia niespełnionego, z góry skazanego na przegraną.
1 ... 41 42 43 44 45 46 47 48 49 ... 63
Перейти на страницу:

— Wiesz, brat uważa mnie za głupca z powodu tego, że ufam Anglikom — zwraca ku niej oczy rozjaśnione słońcem — mówi, że przejrzę pewnego dnia. Azja wciąż nie jest wolnym kontynentem, a on jest przerażony tym, że dajemy się wciągać w angielskie wojny. Zawsze nasze poglądy się ścierały. I zawsze powtarzał: „Pewnego dnia przejrzysz na oczy”.

Saper wypowiada te słowa z zamkniętymi oczami, jak gdyby chciał wzmocnić metaforę.

— Japonia jest częścią Azji, odpowiadam mu, a Sikhowie na Malajach są przez Japończyków prześladowani. Ale do brata to nie dociera. Powiada, że Anglicy wieszają Sikhów walczących o swą niezależność.

Ona odwraca głowę, składa ręce. Nienawiści rozdzierające świat. Nienawiści świat rozdzierają. Wchodzi w mrok pałacu, odcinający się od blasku słonecznego, i idzie posiedzieć przy Angliku.

Nocą, kiedy rozpuszcza mu włosy, on staje się na powrót konstelacją, ramiona rozłożone na poduszce jak równoleżniki, odległości między nimi skracające się i wydłużające w rytmie uścisków i osuwania się w sen. Trzyma w objęciach hinduskiego bożka, trzyma w dłoniach wodze. Kiedy się nad nią pochyla, wodze się luzują. Może je sobie owinąć wokół nadgarstka. Kiedy on się porusza, ona rozwiera oczy szeroko, wypatrując w mroku namiotu iskrzenia elektryczności w jego włosach.

Wszystkie jego ruchy mają jakieś odniesienie do przedmiotów: przesuwa się wzdłuż ścian, kroczy po krawędzi tarasu. Jakby wszystkiego unikał. Wzrokiem wyznacza obrzeża. Kiedy patrzy na Hanę, widzi kawałek jej szczupłego policzka na tle pejzażu w głębi. Kiedy się przypatruje łukowi konopniczka, wykreśla wzrokiem przestrzeń, jaką zajmuje on nad powierzchnią ziemi. W czasie przemarszu przez Włochy dostrzegał wszystko z wyjątkiem zjawisk chwilowych i zachowań ludzkich.

Jedyną rzeczą, co do której nigdy nie będzie się upewniał, jest on sam. Ani co do swego nikłego cienia, ani co do ręki sięgającej po krzesło, ani co do swego odbicia w oknie, ani co do tego, jak go widzą. Lata wojny nauczyły go tego, że jedyną rzeczą bezpieczną jest on sam.

Wiele godzin spędza z Anglikiem, który mu przypomina jodłę, jaką widział w Anglii. Miała suchą gałąź, obwisłą pod wpływem swego ciężaru, zbyt dużego na jej wiek, wspierającą się na innym drzewie. Stała w ogrodzie lorda Suffolka, na skraju cypla, wpatrzona w Kanał Bristolski jak sęp. Mimo iż była wątła, wyczuwał w niej szlachetność, pamięć o świetności, rozpiętą jak tęcza nad jej obecną słabością.

On sam nie korzysta z luster. Turban zawiązuje na zewnątrz, w ogrodzie, przypatrując się mchom na drzewach. Ale spostrzega pokos, który Hana wycięła sobie nożyczkami we fryzurze. Oswoił się z jej oddechem, który wyczuwa przywierając twarzą do jej ciała, do obojczyka przebijającego spod skóry. Ale kiedy ona go pyta o kolor swych oczu, nie umie go określić, mimo iż ona wie, że ją uwielbia. Roześmieje się i będzie zgadywał, ale jeśli ona zasłoni powiekami swe czarne tęczówki i powie, że jest niebieskooka, on w to uwierzy. Może się jej wpatrywać w oczy intensywnie, ale nie dostrzeże ich koloru, podobnie jak nie odczuje szczególnego smaku żadnej potrawy, która dla jego przełyku i żołądka jest po prostu pożywieniem.

Kiedy ktoś mówi, on przygląda się ustom, nie oczom i ich kolorowi, który jego zdaniem zmienia się w zależności od oświetlenia pokoju i pory dnia. Usta odsłaniają niepewność i zadowolenie z siebie, i każdy odcień usposobienia człowieka. Są według niego najdoskonalszym wykładnikiem wyrazu twarzy. Nigdy nie jest pewien wyrazu oczu. A umie dostrzec, jak usta układają się w szorstkość albo tkliwość. Łatwo dać się zmylić wyrazowi czyichś oczu reagujących na nagły promień słońca.

Wszystko to tworzy zmienną harmonię. Widuje Hanę w różnych porach i w różnych miejscach, które zmieniają jej głos i jej nastroje, a nawet jej piękno w taki sposób, w jaki potęga morza łamie lub ocala los rozbitków w łodzi ratunkowej.

Ustalił się wśród nich zwyczaj, by wstawać o świcie, a obiad jeść przy resztkach dziennego światła. W ciągu wieczora jedna tylko świeca rozjaśniała ciemności przy łóżku rannego Anglika, a czasem jeszcze Caravaggio zapalał naftową lampę i przykręcał knot do polowy, jeśli udało mu się zorganizować trochę nafty. Korytarze i pozostałe pokoje tonęły w mroku, jakby obowiązywało jeszcze zaciemnienie. Przyzwyczaili się do poruszania się po domu w ciemności, z wyciągniętymi przed siebie rękami, wymacując ściany po obu stronach.

„Nigdy więcej światła. Nigdy więcej koloru”. Hana nuciła sobie te zdania wciąż na nowo. Łosoś miał denerwujący zwyczaj zbiegać po kilka schodów z dłonią wysuniętą do przodu, aby wyczuć ewentualną przeszkodę. Hana wyobrażała sobie jego stopy wysoko uniesione w zeskoku i godzące w żołądek Caravaggia wchodzącego na górę.

Już przed godziną zgasiła świecę w pokoju Anglika. Zdjęła tenisówki, sukienkę rozpięła przy szyi z powodu gorąca, rozpięła też rękawy i podwinęła wysoko. Słodki negliż.

Na parterze tego skrzydła pałacu oprócz kuchni, biblioteki i zburzonej kaplicy znajdował się wewnętrzny, oszklony dziedziniec. Cztery szklane ściany z oszklonymi drzwiami prowadzącymi do zakrytej studni i półek pełnych zeschniętych roślin, które kiedyś musiały rozkwitać w tym ocieplanym pomieszczeniu. Ten wewnętrzny dziedziniec coraz bardziej jej przypominał książkę otwartą po to, by ukazać zasuszone w niej kwiaty, był czymś, co można obejrzeć przechodząc, ale w co nie powinno się nigdy wkraczać.

Była druga w nocy.

Każde z nich weszło do pałacu innymi drzwiami, Hana — wejściem od kaplicy po trzydziestu sześciu stopniach, a on od północnego dziedzińca. Wszedłszy do pałacu, zdjął zegarek i położył go na wysokości twarzy w niszy, w której stała figurka świętego. Patrona tego szpitalnego pałacu. Ona nie zobaczy połyskiwania fosforyzujących wskazówek. Zdjął już buty i miał na sobie tylko spodnie. Latarka zawieszona na ramieniu nie była zapalona. Nic nie miał w rękach i zatrzymał się na chwilę w ciemności, szczupły chłopak, czarny turban, kara wczepiona w skórę nadgarstka. Wyprężył się w kącie westybulu jak włócznia.

Potem przeszedł przez wewnętrzny dziedziniec. Po wejściu do kuchni natychmiast wyczuł psa w ciemności, schwytał go i przywiązał sznurkiem do stołu. Zabrał z kuchni skondensowane mleko i wrócił na oszklone patio. Obmacał palcami podstawę drzwi i znalazł małe zasuwki. Zamknął drzwi za sobą, zasuwając zameczki. Na wypadek, gdyby je wypatrzyła. A potem opuścił się w głąb studni. O metr poniżej znajdowała się pokrywa, o której wiedział, że jest dostatecznie mocna. Zamknął ją nad głową i przykucnął, wyobrażając sobie, jak go będzie szukała albo jak się sama gdzieś ukryje. I zaczął wysysać z puszki skondensowane mleko.

Podejrzewała go o coś takiego. Weszła do biblioteki, omiotła półki światłem świecy uniesionej wysoko, wspięła się na palce, żeby obejrzeć skrytki najwyżej umieszczone. Drzwi były zamknięte, nikt więc nie mógł dojrzeć światła z hallu. On mógłby wypatrzeć światło przez oszklone drzwi balkonowe tylko wtedy, gdyby znajdował się na zewnątrz. Zatrzymywała się co kilka kroków, przebiegając wzrokiem najliczniej tu zebrane książki włoskie, w poszukiwaniu jakiejś angielskiej, którą by mogła zanieść rannemu. Pokochała te księgi z włoskimi tytułami na grzbietach, ich frontyspisy, kolorowe ilustracje wytłaczane lub wypukłe, ich zapach, a nawet odgłos, jaki wydawały, kiedy je otwierała zbyt pośpiesznie, przypominający łamanie kruchych kosteczek. Znów się zatrzymała. Pustelnia Parmeńska.

1 ... 41 42 43 44 45 46 47 48 49 ... 63
Перейти на страницу:
0
Сюжет
  • 1
  • 2
  • 3
  • 4
  • 5
  • 6
  • 7
  • 8
  • 9
  • 10
0
Атмосфера
  • 1
  • 2
  • 3
  • 4
  • 5
  • 6
  • 7
  • 8
  • 9
  • 10
0
Главный герой
  • 1
  • 2
  • 3
  • 4
  • 5
  • 6
  • 7
  • 8
  • 9
  • 10
0
Общее впечатление
  • 1
  • 2
  • 3
  • 4
  • 5
  • 6
  • 7
  • 8
  • 9
  • 10
Итоговая оценка: 0.0 из 10 (голосов: 0 / История оценок)