Бесплатная библиотека
Читайте книгу на сайте или телефоне
Angielski pacjent [The English Patient - pl] - Читать Любимую Русскую Полную Книгу 👉 Read-E-Book.com

Angielski pacjent [The English Patient - pl]

Электронная книга - «Angielski pacjent [The English Patient - pl]». Краткое содержание книги:

Utkana z niedomówień i nastrojów poetycka opowieść, która zaczyna się pod koniec drugiej wojny światowej, w zrujnowanym pałacu na południu Włoch. Kanadyjska pielęgniarka, Hana, opiekuje się bezimiennym pacjentem, którego płonący samolot rozbił się na Saharze. Ciężko poparzonego uratowali Beduini i przetransportowali do szpitala. Hana otacza go troskliwą opieką, czyta mu książkę, która może być kluczem do poznania jego przeszłości. Pamięć niezwykłego pacjenta stopniowo powraca i odkrywa jego mroczną tajemnicę. Hana towarzyszy mu w ostatnich dniach próbując zapomnieć o swoich bolesnych przeżyciach. Angielski pacjent jest historią miłości uwikłanej w okrucieństwa wojny, uczucia niespełnionego, z góry skazanego na przegraną.
1 ... 42 43 44 45 46 47 48 49 50 ... 63
Перейти на страницу:

Jeśli kiedykolwiek otrząsnę się z mych kłopotów — powiedział do Clelii — wybiorę się obejrzeć piękne — widoki Parmy, a wtedy zapamiętasz to nazwisko: Fabrycy del Dongo[14].

Caravaggio leżał na dywanie po drugiej stronie sali bibliotecznej. Z odległości wydawało się, że lewe ramię Hany fosforyzuje, światło świecy padało na książki, rzucało czerwony odblask na ciemne włosy, rozbłyskiwało na bawełnie jej sukienki i na zagiętym rękawie.

Wyszedł ze studni.

Półtorametrowy krąg światła rzucanego przez świecę wchłaniały ciemności, toteż Caravaggiowi wydawało się, że zalega między nimi dolina mroku. Włożyła pod prawą pachę książkę w brązowej oprawie. W miarę posuwania się wzdłuż półek dobierała jedne książki, odkładała inne.

Dorosła już. I kochał ją teraz bardziej niż wtedy, kiedy ją lepiej rozumiał, kiedy była odbiciem swych rodziców. By stać się taką, jaka była teraz, postanowiła sama z siebie. Wiedział, że gdyby spotkał Hanę na ulicy gdzieś w Europie, odniósłby wrażenie pewnej swojskości, ale by jej nie rozpoznał. Tej nocy, kiedy dotarł do pałacu, ukrył przed nią szok wywołany jej widokiem. Jej ascetyczna twarz, która na pierwszy rzut oka wydawała się chłodna, miała w sobie także jakąś szorstkość. Pojął, że przez dwa ostatnie miesiące stawała się taka, jaka jest teraz. Z trudem mógł uwierzyć swej radości z jej przemiany. Przed laty wyobrażał sobie ją jako dorosłą, ale miał to być ktoś uformowany przez jej środowisko. A nie ta dziwna nieznajoma, którą pokocha głębiej, ponieważ nie uformowała się z niczego, co on by dostarczył.

Położyła się na sofie, światło umieściła tak, żeby padało na książkę, i zatopiła się w lekturze. Po jakiejś chwili oderwała wzrok od książki, rozejrzała się nasłuchując i szybko zdmuchnęła świecę.

Czy odgadła jego obecność w pokoju? Caravaggio zdawał sobie sprawę z hałaśliwości swego oddechu i trudności w utrzymaniu go w cichym, równym rytmie. Światło zabłysło na chwilę i ponownie zgasło.

A potem wydawać się zaczęło, że wszystko w tym pokoju, z wyjątkiem Caravaggia, wprawione zostało w ruch. Wszystko słyszał i dziwił się, że nikt go nie potrącił. Chłopak też był w pokoju. Caravaggio podszedł do sofy i próbował ręką odnaleźć Hanę. Ale jej tam nie było. Kiedy się wyprostował, czyjaś ręka chwyciła go za kark i przygniotła do podłogi. Błysk światła padł mu na twarz, obaj sapali tarzając się po podłodze. Ręka z przewieszoną latarką wciąż trzymała go za kark. A potem jakaś naga stopa pojawiła się w kręgu światła, przesunęła się po twarzy Caravaggia i przydepnęła kark chłopcu. I zapaliło się inne światło.

— Mam cię! Mam cię!

Dwa ciała na podłodze patrzące poprzez krąg ciemności w twarz Hany ponad świecą. Ona śpiewała:

— Mam cię. Mam cię. Posłużyłam się Caravaggiem, który doprawdy okropnie chrapie. Wiedziałam, że on tu jest. To on był przynętą.

Przygniotła mocniej stopą kark chłopca.

— No, dalej. Przyznaj się teraz do wszystkiego.

Caravaggio zaczął się szamotać w uścisku chłopca, wyrwał się już spod niego, ale nie mógł się uwolnić z jego rąk. Światło lampy i świecy na jego twarzy. Jakoś się jednak musiał wyrwać z tych kleszczy. Przyznaj się. Dziewczyna się zaśmiewała. Musiał uspokoić oddech, zanim by przemówił, ale oni nie zwracali nań uwagi, podekscytowani swą zabawą. Wyrwał się z uścisku chłopca i nie mówiąc ani słowa, wyszedł z pokoju.

Znów znaleźli się w ciemności.

— Gdzie jesteś? — pyta.

I szybko się nachyla. Przybrał taką pozycję, że ona ociera się o jego policzek i osuwa w jego ramiona. Przyciska sobie jej rękę do karku, usta do jej ust.

— Mleko skondensowane! Kiedy my się tu siłujemy! Skondensowane mleko?!

Przywiera ustami do jego spoconej szyi, do miejsca, które przygniatała nagą stopą.

— Chcę cię obejrzeć.

Zapala światło i przygląda się jej umorusanej twarzy, jej włosom zlepionym potem. Jej grymas doń skierowany.

Wkłada swe drobne dłonie pod podwinięte rękawy jej sukienki i obejmuje krągłe ramiona. Kiedy ona się odchyla, jego dłonie wędrują za jej ciałem. Próbuje się wyśliznąć, odchylając do tyłu całym ciężarem, wierząc, że on nadal będzie do niej przywierał, że jego ręce utrzymają ten ciężar. Wtedy on się podrywa, machając stopami w powietrzu, złączony z nią tylko ustami i dłońmi, miota się jak modliszka. Lampa rzuca światło na pot na jego lewym ramieniu. Jej twarz wpada w krąg światła, aby go całować i lizać, i smakować. Zanurza głowę w wilgoci jej włosów.

A potem nagle przebiega przez pokój, snop jego latarki omiata cale pomieszczenie; spędził w nim tydzień wypatrując wszelkich możliwych zapalników i teraz jest oczyszczone. Ta sala jakby się nagle wyłączyła z wojny, nie jest już żadną zoną ani terytorium. Chodzi dokoła wymachując latarką, omiata światłem sufit. Jej śmiech dogania go, kiedy ją mija stojącą na oparciu kanapy i spoglądającą z wysoka na jego lśniące, szczupłe ciało. Kiedy ją mija następnym razem, widzi, że rękawy zsunęła z ramion rękawy i uwolniła je od sukni.

— Ale cię złapałam, złapałam cię — śpiewa — jestem Mohi-kanką z Danforth Avenue.

A potem nosi ją na barana, światło świecy ślizga się po grzbietach książek na najwyższych półkach, jej ręce wznoszą się i opadają wraz z jego podskokami, wreszcie zsuwa się z niego, obejmuje nogami jego uda, uwalnia odeń i kładzie na wznak na dywanie, pachnącym ciągle zastarzałą wilgocią i kurzem, i kamiennym pyłem przyklejającym się do jej mokrych ramion. Pochyla się nad nią, a ona gasi latarkę.

— Wygrałam, prawda?

Nie wyrzekł jeszcze słowa, odkąd wszedł do tego pokoju. Jego głowa porusza się w geście, który ona tak kocha, a który oznacza zarazem i niepewne potwierdzenie, i możliwość nieśmiałego sprzeciwu. Nie może jej widzieć pozbawiony swej latarki. Gasi jej świecę i oboje zrównują się w ciemności.

Jest to w ich życiu miesiąc, w którym Hana i Łosoś sypiają obok siebie. Rodzaj formalnego celibatu. Odkryli, że w miłości zawrzeć się może cała cywilizacja, że stawia ich ona oko w oko z krajem każdego z nich. Miłość, jaką darzą swe wyobrażenia o sobie nawzajem. Nie chcę być rypana. Nie chcę cię rypać. Kto wie, gdzie się tego nauczył, albo gdzie ona się tego nauczyła, w tak młodym wieku. Może od Caravaggia, który jej wtedy właśnie opowiadał o swej młodości, o czułości, jaką żywi się dla każdej komórki ciała kochanka, kiedy odkrywa się własną śmiertelność. W końcu to był wiek śmierci. Pożądanie żywione przez chłopca spełniało się tylko w najgłębszym śnię, kiedy spoczywał w objęciach Hany, jego orgazm miał więcej wspólnego z silą przyciągania księżyca, był nocnym skurczem ciała.

Przez cały wieczór spoczywał z twarzą przyciśniętą do jej boku. Przypomniała mu, jaką przyjemność znajdował w drapaniu, jej paznokcie kolistym ruchem drażnią mu skórę na plecach. To było coś, czego pewna ayah nauczyła go przed laty. Łosoś zrozumiał, że wszystkie rozkosze dzieciństwa pochodziły od niej, nie od matki, którą przecież kochał, nie od brata ani ojca, z którymi się bawił. Kiedy był wystraszony albo nie mógł zasnąć, odgadywała, czego mu brak, ułatwiała mu zapadnięcie w sen, muskając ręką jego wąskie plecy, ta czuła obca kobieta z południowych Indii, która z nimi mieszkała, gotowała i podawała posiłki, wprowadziła do ich domu własne dzieci, dopomagała także jego bratu w dzieciństwie i zapewne rozumiała ich obu lepiej, niż ich rozumieli rodzice.

вернуться

14

Przekład Tadeusza Żeleńskiego-Boya.

1 ... 42 43 44 45 46 47 48 49 50 ... 63
Перейти на страницу:
0
Сюжет
  • 1
  • 2
  • 3
  • 4
  • 5
  • 6
  • 7
  • 8
  • 9
  • 10
0
Атмосфера
  • 1
  • 2
  • 3
  • 4
  • 5
  • 6
  • 7
  • 8
  • 9
  • 10
0
Главный герой
  • 1
  • 2
  • 3
  • 4
  • 5
  • 6
  • 7
  • 8
  • 9
  • 10
0
Общее впечатление
  • 1
  • 2
  • 3
  • 4
  • 5
  • 6
  • 7
  • 8
  • 9
  • 10
Итоговая оценка: 0.0 из 10 (голосов: 0 / История оценок)