Бесплатная библиотека
Читайте книгу на сайте или телефоне
Wszystko czerwone - Читать Любимую Русскую Полную Книгу 👉 Read-E-Book.com

Wszystko czerwone

Электронная книга - «Wszystko czerwone». Краткое содержание книги:

Joanna Chmielewska
1 ... 41 42 43 44 45 46 47 48 49 ... 83
Перейти на страницу:

– Daj mu te ogуrki – szepnęłam do Zosi z naciskiem.

Zosia spojrzała na mnie, na ogуrki, na Bobusia i zawahała się.

– Ależ, Bobusiu, dajże spokуj – powiedziała Biała Glista z przekąsem. – Może Alicja chowa te ogуrki dla siebie. Tu tak trudno o ogуrki!

W oczach Zosi nagle mignęło szaleństwo. Bez słowa, z jakąś dziką zachłannością, zdjąwszy pokrywę ze słoja, zaczęła wyciągać ogуrki jeden po drugim. Zamieszała całą zawartość i wybierała te z wierzchu, starannie maczając je w sosie.

Alicja prezentowała jakieś osobliwe poczucie humoru, co jakiś czas wydając z siebie szatański chichot. Thorsten siedząc w fotelu, uważnie przyglądał się wszystkiemu i wszyst­kim, zapisując coś w notesie. Paweł podpierał ściany, zmieniając miejsce, żeby nie tracić z oczu Białej Glisty, i wyglądał tak, jakby właśnie przeżywał najpiękniejsze chwile w życiu. Bobuś szalał po pokoju, siejąc blask swojej indywidualności.

– Co się tu dzieje na tym biurku – mуwił ze wzgardliwą naganą, obracając się w kręco­nym fotelu. – Kto to widział tak przechowywać papiery! Ja bym ci tu od razu zrobił porządek. Posegregować, poukładać, wyrzucić, pуł godziny i załatwione! Jutro ci to zrobię!

Pomyślałam sobie, że nasz dotychczasowy morderca tym razem może zostać wyręczony…

– Szczegуlnie duńskie będzie ci łatwo posegregować – powiedziała Alicja, dławiąc się jadowitą słodyczą.

– Trzeba umieć posługiwać się słownikiem. Wystarczy odrobina inteligencji!

– Trzeba także mieć odrobinę inteligencji – wycharczała szeptem Zosia.

– Ma pan słownik polsko-duński? – zdziwiłam się tak niewinnie, jak tylko umiałam się na to zdobyć.

– Mam wszystkie słowniki – odparł Bobuś pobłażliwie. – Kulturalny człowiek powinien dać sobie radę z każdym językiem.

– Jeszcze trzeba być kulturalnym człowiekiem – wymamrotała Zosia pod nosem.

– Ale tu jest chyba niewiele przepisуw kulinarnych – powiedziałam z życzliwym żalem. – O ile wiem, tu są dokumenty innej treści.

Nakrywająca do stołu Alicja znieruchomiała, w ekstazie oczekując dalszego ciągu, wiedziała bowiem, do czego zmierzam. Bobuś wydawał się odrobinę zaskoczony.

– Jak to? – zapytał nieufnie.

– Tak zwyczajnie. Polsko-duński słownik w ogуle nie istnieje. Są tylko takie idio­tyczne rozmуwki dla turystуw, ktуre zawierają wyłącznie informacje o artykułach spożywczych. Będzie panu trochę trudno tym się posłużyć…

Z Alicji wydobył się jakiś dziwny kaszel, połączony z czymś w rodzaju rozkosznego gruchania. Bobuś odzyskał mowę. Prychnął wzgardliwie, machnął lekceważąco ręką i odepchnął fotel od biurka.

– Można się posłużyć słownikiem angielsko-duńskim albo niemiecko-duńskim – rzekł pouczająco i z odrobiną urazy.

– Aha – przyświadczyła radośnie Alicja. – Trzeba tylko znać dosyć dobrze niemiecki albo angielski. Proszę do stołu, kolacja gotowa…

Wieczуr zapowiadał się uroczo, rzecz bowiem polegała na tym, że Bobuś nigdy w życiu nie zdołał opanować w pełni żadnego obcego języka. Jakiś tajemniczy defekt umysłu nie pozwolił mu nauczyć się perfekt nawet angielskiego pomimo długoletniego pobytu w Anglii. Ułomność tę starannie ukrywał, z uporem usiłując czynić wrażenie poligloty.

Nie mogłyśmy jednak, niestety, rozwijać dalej czarownej i pouczającej dyskusji, bo zaabsorbowała nas ważniejsza znacznie akcja ochrony Thorstena. Wszyscy czworo, Alicja, Zosia, Paweł i ja, czuliśmy się zmuszeni patrzeć mu w zęby i bez przerwy pilnować, co je. Osobiście usuwałam z zasięgu jego ręki musztardę. Zdecydowana na wszystko Alicja stanow­czym gestem wydarła mu słoik dżemu pomarańczowego i podetknęła ser, mуwiąc po duńsku coś, od czego Thorsten popadł w rodzaj osłupienia. Przyjrzał się Pawłowi jakimś dziwnym wzrokiem, po czym usiłował zareagować, kiedy dżemem jęta się delektować Biała Glista. Alicja znуw wygłosiła jakąś uwagę i osłupienie Thorstena przeszło w rodzaj paniki. Niemoż­ność natychmiastowego dowiedzenia się od niej, co powiedziała, doprowadziła nas do stanu wrzenia. Bobuś i Biała Glista siedzieli przy stole i słuchali, a nie mieliśmy najmniejszych wątpliwości, że owe słowa nie były przeznaczone dla ich uszu.

Przyglądaliśmy się im w napięciu, wciąż oczekując pogorszenia stanu zdrowia. Nic takiego nie następowało. Siedzieli, żarli i doskonale się czuli. Bobuś ględził coś, czego nikt nie słuchał, a Biała Glista mizdrzyła się do Alicji. Po kolacji wyszli do ogrodu, wciąż w zna­komitym stanie. Wydawało nam się to wręcz niepojęte!

– Czyżby on nie wykorzystał okazji? – zaniepokoiłam się. – Codziennie będziemy musieli wynosić się z domu?

– Takim nawet kurara nie da rady – powiedziała Zosia z goryczą.

Alicja przypomniała sobie nagle o oleju w samochodzie.

– Jutro rano zmienisz – powiedziałam.

– Jutro rano muszę jechać do Viborg i nie zdążę. Muszę bardzo wcześnie wyjechać. Sprуbuję jeszcze dzisiaj. Są stacje obsługi czynne w nocy.

Zagadnięty w tej sprawie Thorsten potwierdził. Alicja zaczęła się wybierać. W drzwiach korytarzyka pojawił się nagle Paweł, ktуry, straciwszy wreszcie z oczu Białą Glistę, otrząsnął się z zafascynowania widokiem i poszedł do swojego pokoju. Miał jakiś dziwny wyraz twarzy.

– Nie chcę robić kłopotu – powiedział niepewnie. – Ale w moim pokoju chyba ktoś leży.

Urwałyśmy w pуł słowa rozważania o oleju.

– Kto leży? – spytała zaskoczona Alicja.

– Nie wiem. Znуw widać same nogi bez reszty kadłuba.

Na chwilę zbaraniałyśmy wszystkie trzy. Spojrzałyśmy na siebie, a potem znуw na niego.

– Zwariowałeś? – spytała Alicja nieufnie.

– Paweł, jeżeli to mają być wygłupy… – zaczęła Zosia złamanym głosem.

Nie zdołała dokończyć. Odpychając Pawła i tłocząc się w ciasnym korytarzyku, jedna przez drugą rzuciłyśmy się do pokoju. Jakie, na litość boską, same nogi mogły znowu leżeć w tym domu?!

Na małym kawałku wolnej od mebli podłogi, pomiędzy fisharmonią a łуżkiem Pawła, leżały istotnie nogi w roboczych spodniach. Reszta przynależnej do nich osoby ginęła w mro­ku pod stolikiem z maszyną do szycia i przykryta była zwojem zwisającej z niej tkaniny w żуłte kwiatki, przy czym spod tkaniny wyglądało w poprzek coś czerwonego. Widok był dość wstrząsający, bo wszystko razem robiło takie wrażenie, jakby osoba została przecięta na pуł, gуrę zabrano, a dуł z nogami został.

1 ... 41 42 43 44 45 46 47 48 49 ... 83
Перейти на страницу:
0
Сюжет
  • 1
  • 2
  • 3
  • 4
  • 5
  • 6
  • 7
  • 8
  • 9
  • 10
0
Атмосфера
  • 1
  • 2
  • 3
  • 4
  • 5
  • 6
  • 7
  • 8
  • 9
  • 10
0
Главный герой
  • 1
  • 2
  • 3
  • 4
  • 5
  • 6
  • 7
  • 8
  • 9
  • 10
0
Общее впечатление
  • 1
  • 2
  • 3
  • 4
  • 5
  • 6
  • 7
  • 8
  • 9
  • 10
Итоговая оценка: 0.0 из 10 (голосов: 0 / История оценок)