Ludzie i gwiazdy
- Автор: Булычев Кир, Черна Йожеф
- Год: 1976
- Язык: польский
- Год: Wydawnictwo Pozna
- Переводчик: Кшиштоф Малиновский
- Жанр: Научная фантастика
Электронная книга - «Ludzie i gwiazdy». Краткое содержание книги:
Jak już wspomniałem, książka ta została wydana w czasach dość zamierzchłych, bo w roku 1973 — co może działać deprymująco na czytelników lubujących się w dość poczytnych, aczkolwiek pisanych nieco na siłę powieściach — a tych, jak wiadomo, pełno dziś na półkach księgarni. Niemniej publikacja o dość tajemniczym, intrygującym tytule „Ludzie i gwiazdy” wydaje się pozycją godną uwagi każdego miłośnika fantastyki (bez względu na przedział wiekowy).
Cóż w takim razie jest ciekawego w tej dość opasłej i bogatej w treść merytoryczną książce? Co sprawia, że odpowiedź na pytanie dotyczące wartości książki — bez trudu nasunie się czytelnikowi już po lekturze kilku utworów w niej zawartych? Otóż zbiór opowiadań „Ludzie i gwiazdy”, mimo iż wydany w czasach wszechobecnej cenzury i inwigilacji, wziętej niemal z powieści „Nova Express” W.S. Burroughsa, niewiele tylko straciwszy na świeżości przekazu, nadal zaskakuje siłą wyobraźni autorów, wielotorowością, wieloaspektowością nurtu fantastyki i wieloma innymi cechami, których na próżno szukać u niektórych twórców.
I dalej Apofis pisał: „Wezwał mnie król Bepn i wypytywał, co to za obrazkowe historie pokazuję. Opowiedziałem mu o nich. Szczególnie spodobały mu się dzieje spustoszenia Sodomy i Gomory, dwóch podłych miast, gdzie żył tylko jeden sprawiedliwy, bratanek praojca Abrahama — Lot, który opuścił wraz z rodziną to miejsce. Król bardzo się podniecił moim opowiadaniem, pytał mnie, dla ilu ludzi potrafiłbym urządzić widowisko. Odrzekłem mu, że zwykle czynię to dla grona przyjaciół, liczącego około piętnastu, dwudziestu osób.
„Król następnie wyraził myśl, że mój aparat jest ważnym narzędziem w walce przeciw fali przestępstw, które ostatnimi czasy niezwykle się u nas rozpleniły. Poprosił mnie, bym przedstawił mu w przyszłości propozycję, w jaki sposób moje projekcje można udostępnić dla ludu.
„Udałem się do domu i zaprosiłem mojego przyjaciela, poetę Makolfina, zarządzającego manufakturą szlifowania soczewek, sporządzania pergaminu, malowania postaci i wykuwania lamp. Utworzyłem grupę badawczą pod moim kierunkiem.
„Po upływie czterech miesięcy złożyłem na stole króla Beona dokładny projekt.
„Powiedziałem władcy, że dla celów projekcji pragnę wykorzystać gładkie pola asfaltowe, leżące w pobliżu wybrzeży Morza Martwego.
„Na skraju pola ustawimy potężnych rozmiarów skrzynię, na jego drugim krańcu ekran wychwytujący promienie, sporządzony z grubej skóry zwierzęcej.
„W jednym pokazie będzie mogło brać udział przeciętnie 10 tysięcy widzów; w pobliżu miasta znajduje się około stu pól asfaltowych, a więc każdego wieczora obejrzy widowisko milion osób. Ponieważ 10 procent ludności to starcy, a 20 procent to niemowlęta i dzieci, pozostanie do objęcia pokazami siedemdziesiąt procent mieszkańców, a więc około 10 milionów osób.
„W ciągu dziesięciu dni cały kraj obejrzy moją historię Sodomy i Gomory.
„Królowi Beonowi spodobał się projekt i natychmiast wydał rozporządzenie rozpoczęcia zakrojonych na wielką skalę prac przygotowawczych.
„Od trzech już z górą lat, co wieczór, w stu stacjach projekcyjnych wyświetlamy ludowi Hazoru smutne dzieje Sodomy i Gomory.
„Wczoraj byłem u króla. Powiadomił mnie, że jego ludzie do specjalnych poruczeń stwierdzili tendencję spadkową w popełnianiu przestępstw. Ilość „ciężkich przewinień w porównaniu z ilością sprzed trzech lat spadła o 42 procent.
„Cieszy mnie sukces, ale jestem niespokojny; muszę wymyślić nową historię. Wczoraj widziałem się z Makolfinem. Opowiedział mi pewną anegdotę, którą można by wykorzystać. Mówi ona o tym, jak Pan Bóg karze grzeszny świat, zsyłając nań potop. Ale znajduje dobrego człowieka o imieniu Noe; pozwala mu zbudować olbrzymią arkę, na której Noe wraz z rodziną ma przetrwać szczęśliwie katastrofę. No i oczywiście, przetrwał.”
(według Hansa Limmera: Astronomie, Optik. Die interessantesten Überlieferungen, I–IV. Freiburg — München, 1936).
Przetłumaczyła Hanna Kuźniarska
Ion Hobana
Ludzie i gwiazdy
Konferencja prasowa była długa i nudna. Reporterzy zaskoczeni przyspieszeniem startu „Albatrosa” wertowali gorączkowo stosy starych gazet, szukając w nich natchnienia do pytań, jakie mogliby zadać podczas popołudniowego wywiadu. Entuzjazm dziennikarzy poprzedniej generacji stanowił rzeczywiście nieocenione źródło. Ale że niemal wszyscy wpadli na ten sam pomysł, pytania były podobne do siebie jak dwie bliźniacze rakiety.
Chudy Anglik, który raz po raz strzepywał wyimaginowany pyłek z klapy marynarki, silił się na oryginalność:
— Jak rozwiążecie problem higieny osobistej? Przypuszczam, że zapas wody ledwo wam starczy do picia.
— Niech się pan nie martwi, panie Harris — odparł Matej Cincu. — Dzięki strumieniowi ultradźwięków nie będziemy wstydzić się naszego wyglądu wobec Marsjan.
Widząc, że Harris wcale nie jest przekonany, Bill podsunął mu pod nos nieskazitelnie czyste dłonie.
— Oto wynik porannego natrysku. Działa skuteczniej niż najlepsze mydło angielskie.
Skarcony spojrzeniem profesora Gromowa, Bill nie odezwał się już podczas drugiego incydentu, jaki miał miejsce w ciągu konferencji prasowej. Ale w drodze do Wiednia dał wyraz swemu oburzeniu:
— Cóż to za żółtodziób! Mógłbym przysiąc, że prowadzi w gazecie „Kącik wędkarski” i że przysłano go tylko dlatego, bo inni byli na urlopie.
Ów „żółtodziób”, młody reporter jakiejś tam francuskiej gazety, wszczął z Gromowem spór na temat silników atomowych. Sięgając po argumenty sprzed dobrych dwudziestu lat, utrzymywał, że „są to niebezpieczne rzeczy” i że „uczeni powinni by raczej zająć się ulepszaniem silników starego typu”.
— Katarakta — mruknął profesor poprawiając okulary. A ponieważ dzienikarze koniecznie chcieli się dowiedzieć, jaki sens miało tutaj to słowo, wyjaśnił im z ironicznym uśmieszkiem: — Pod koniec ubiegłego stulecia pewien kolega mego szanownego oponenta zwiedzał Wystawę Światową, na której ogromne zainteresowanie wzbudziły nowe lampy jarzeniowe. Czy wiecie, co napisał ów dziennikarz? Powtórzę wam słowo w słowo, bo to godne zapamiętania: „Należy stanowczo przeciwstawić się opracowaniu tego wynalazku, który może przynieść wiele szkód, na przykład spowodować kataraktę, natomiast w interesie powszechnym trzeba doskonalić jeden, wypróbowany już system oświetlenia, mianowicie oświetlenie gazowe…”
Wśród ogólnej wesołości „żółtodziób” gdzieś zniknął. Korzystając z chwili odprężenia, Larsson szepnął siedzącym obok niego kolegom:
— Może tak wpadlibyśmy do Wiednia? Dziś wieczór jest premiera baletu „Zakochany robot”.
— Zamówiłeś bilety? — sceptycznie spytał Mate j.
— Bilety? Nie doceniasz mnie, chłopcze! Dyrekcja teatru oddała nam do dyspozycji lożę.
— Dyrekcja czy dyrektorka? — wtrącił Bill.
— Skorzystałeś chyba z wideotelefonu, żeby ją sobie zjednać — podjął żartobliwie Matej.
— Nie wygłupiajcie się!
Mimo że się obruszył, był mile połechtany tym żartem.
Larsson nieruchomo wpatrywał się w kurtynę, która jeszcze zasłaniała scenę. Nie odpowiedział na pytanie, Matej dotknął więc jego ramienia, żeby zwrócić uwagę przyjaciela. Pod cienką tkaniną dygotały napięte mięśnie.
— Co ci jest, Sven?
Inżynier drgnął.
— Co? Nic mi nie jest. Zamyśliłem się.
Speszony bez wyraźnego powodu Matej zamierzał podjąć rozmowę na obojętne tematy. Wybawił go z kłopotu szelest podnoszonej kurtyny. A później zapomniał i o Larssonie, i o reszcie kolegów, przejęty niesamowitym widowiskiem.
Cienkie listki ze złota, srebra i platyny, umocowane na stalowym szkielecie, połyskiwały matowo w rozproszonym świetle. Nagle z lewej strony zapalił się reflektor. Liście, jakby zbudzone silnym snopem światła, zaczęły lekko drżeć i zderzać się ze sobą. Szkielet pochylił się cały z suchym klekotem.
— Pomysłowy trik — stwierdził Matej. — Komórki fotoelektryczne.
— Bzdura! — ofuknął go Bill. — Widziałem podobne sztuczki na Broadwayu. Nawet za darmo nie warto tracić na to czasu.
— W każdym razie nie jest to spektakl odpoczynkowy — szepnął Gromow, jak zawsze zważający na to, by nikogo nie urazić.
Larsson nie usiłował bronić swego niefortunnego pomysłu. Metalowy koszmar poruszył go bardziej niż innych, zapewne też z innego powodu. Ze ściągniętą twarzą zerwał się nagle i wyszedł z loży. Po chwili wahania koledzy poszli za jego przykładem. Ostatni wieczór na Ziemi chcieli spędzić razem.